Powodzenia, Leo Grande

Zaczyna się od czekania gdzieś w hotelowym pokoju. Tam przebywa Nancy (Emma Thompson), która swoją pierwszą młodość ma już dawno za sobą. I czeka na kogoś, sprawiając wrażenie niepewnej, ciągle się wahającej. Schadzka? Pierwsza randka od dawna? Dzwonek do drzwi i jest on – młody, przystojny, czarnoskóry młodzieniec, tytułowy Leo Grande (Daryl McCormack). Dość szybko się dowiadujemy o co chodzi – to nie randka ani schadzka kochanków. On jest żigolakiem, eeee, facetem do towarzystwa, a ona klientką. Jej cel jest prosty: seks, który od dawna przestał być istotnym elementem życia Nancy.

Seksualność ludzi bardziej dojrzałych wydaje się tematem, stanowiącym tabu. Bo jak to? W tym wieku jeszcze uprawiać seks? I to z dużo młodszym facetem, który mógłby być jej synem? Zamiast prowadzić ustabilizowane, nudne życie i czekać na śmierć? Jak tak można? To bezczelność!!! Film Sophie Hyde nie jest tak naprawdę tylko o tym, a wszyscy oburzeni spodziewający się dzikich ekscesów oraz scen rozbieranych z filmów porno typu „365 dni” nie mają tu czego szukać. Tu więcej miejsca jest na dialog oraz powolne poznawanie nasze parki podczas kolejnych spotkań. Zaczynają się coraz bardziej otwierać i bardziej można odnieść wrażenie, że bardziej jesteśmy u terapeuty. Bo choć Leo ma ciało niczym młody bóg oraz wiedzę o seksie wydaje się mieć w małym paluszku, to tak naprawdę uwaga skupia się na Nancy. Oboje wiedzą po co przyszli (a przynajmniej jedno z nich), bo Nancy jest bardzo, bardzo spięta. On od razu podaje reguły (żadnych prawdziwych nazwisk, chodzi o zapewnienie przyjemności, nic na siłę) i zachowuje się jak na profesjonalistę przystało.

Choć humoru jest tu strasznie dużo (dialogi są pro prostu cudowne!), to temat seksualności w wieku 60+ potraktowany jest z powagą. Bo kto powiedział, że przyjemność cielesna jest zarezerwowana dla osób pięknych i młodych? I czemu korzystanie z usług pracowników seksualnych wywołuje problem? Z każdym spotkanie poznajemy ich oboje, a prosty szablon w jaki wrzuciłem te postacie (pewny siebie przystojniak oraz bardzo zahukana, niepewna kobieta) zaczynał pękać. Poznajemy jego skrywane tajemnice (jego trudne relacje rodzinne), zaś ona też ma parę rzeczy za uszami. Bo tak naprawdę nie chodzi tylko i wyłącznie o fizyczną przyjemność, lecz o… samoakceptację. Także swojego zaoranego przez życie ciała. Wyzwolenie się z osądu, wstydu, strachu, poczucia przymusu (seks nie ma być czym, co MUSISZ zaliczyć niczym egzamin) i otwarcia się na drugą osobę. Tylko, czy jesteśmy w stanie przełamać te narzucone pęta, które siedzą w naszej głowie? Przez otoczenie, rodzinę, wychowanie oraz nasze własne myśli. Warto o tym pomyśleć po seansie.

To wszystko także działa dzięki świetnemu duetowi aktorskiemu. Daryl McCormack jako pewny siebie Leo może początkowo wydawać się jednowymiarowym „świętym od seksu”, a swoją cierpliwością mógłby śmiało rywalizować z tybetańskimi mnichami. Mimo wieku jest doświadczony i wie jak mówić, by odpowiednio rozładować krępującą sytuację. Ale ciekawie robi się w dalszej części, gdy zaczynają emocję brać górę. Ale prawda jest taka, że film to absolutnie fenomenalna Emma Thompson – bardzo rozgadana, przerażona oraz zakompleksiona. Wszystkie swoje emocje pokazuje w oczach, pokazują swoją drogę do polubienia siebie samej jest pokazana wręcz bezbłędnie. Thompson w takiej formie nie widziałem od czasu „Dowcipu” Mike’a Nicholsa – złożona, choć pozornie pozbawiona fajerwerków kreacja warta wszelkich możliwych nagród.

To kolejny przykład małego filmu, który jest inteligentnie napisany, fantastycznie zagrany oraz wykonany (może bez wodotrysków) z wyczuciem oraz elegancją. Co patrząc na tematykę jest ogromnym osiągnięciem.

8/10

Radosław Ostrowski

Frank

Jon jest młodym chłopakiem, który ma ambicje bycia muzykiem. Ma jednak spore problem z pisaniem piosenek, ale walczy z tym i pracuje w banku. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy zostaje zaproszony jako klawiszowiec do dość ekscentrycznego zespołu. Frontmanem kapeli, której nazwy nie dam rady wymówić jest Frank. To tak dziwna postać, bo ma na głowie… głowę. Taką wielką, drewnianą głowę, którą zawsze nosi na sobie. Czy to je, czy śpi, czy bierze prysznic. Grupa mieszka gdzieś w małym domku, by nagrać swoją płytę.

Dla wielu kinomanów Lenny Abrahamson stał się bardzo rozpoznawalny dzięki filmowi “Pokój”. Ale przed nim pojawił się równie sundance’owy w duchu “Frank”, który powstał dwa lata wcześniej. Bardziej tutaj reżyser skupia się na relacjach między członkami zespołu, a wszystko z perspektywy nowego członka zespołu. A jest to bardzo pokręcona ekipa. Grająca na thereminie Clara, potrafiąca tworzyć dziwaczną muzykę, jeden z klawiszowców Jon lubi… manekiny, duet francuski (gitara oraz perkusja) wydaje się normalny. Oprócz posługiwania języka innego niż angielski. No i jeszcze jest Jon, który chce coś osiągnąć, ale czy w ogóle ma talent? Czy tylko wyłącznie posiada ambicje? A te relacje pokazują jak powstaje muzyka. Nawet jeśli nie jest przystępna, popularna czy komercyjna.

Reżyser powoli prowadzi swoją narrację, dając czas na poznanie swoich bohaterów. Relacje między nimi oraz bardzo niekonwencjonalne metody tworzenia dają spore pole do tworzenia komediowych scenek. Ten balans między humorem a dramatem to prawdziwe spoiwo “Franka”. Tak samo jak bardzo niekonwencjonalna i fantastycznie brzmiąca muzyka, choć same teksty brzmią mocno absurdalnie. To wszystko angażuje oraz chwyta za serducho, tak jak fascynujący Frank (kapitalny Michael Fassbender) oraz to, jak jego umysł funkcjonuje. Jak jest w stanie tworzyć muzykę oraz obserwuje świat. Czyli jest bardzo porządnie, ale dla mnie zaskakujące było zakończenie i poznanie kim jest Frank. Oraz jak on wygląda.

Fantastycznie zagrany też jest. Fassbender miał o tyle trudne zadanie, że wszelkie emocje mógł wyrazić tylko głosem. I zrobił to absolutnie znakomicie. Nawet przyziemny (w porównaniu z resztą) Domhnall Glleson radzi sobie bardzo dobrze jako ambitny oraz troszkę egoistyczny Jon. Widać, że zależy mu na uznaniu, ale też na sławie, popularności, co może się mocno odbić. Równie wyborni są grający na drugim planie Scoot McNaily oraz Maggie Gyllenhaal, którzy potrafią rozsadzić ekran samym pojawieniem się.

“Frank” jest bardzo zaskakującym filmem okołomuzycznym, gdzie muzyka jest istotnym elementem. Ale nie najważniejszym. Jest wiele świetnych dialogów oraz poruszających scen, ale zakończenie jest największą niespodzianką oraz daje masę satysfakcji. Małe, mądre, świeże kino niezależne.

8/10

Radosław Ostrowski

Pokój

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że jesteście w jednym pomieszczeniu. I to jest wasz jedyny znany świat. Właśnie taki los spotkał niejakiego Jacka, który niedawno skończył 5 lat oraz w takim pomieszczeniu zwanym Pokojem przebywa z mamą. I podczas tych urodzin poznaje prawdę, że Pokój to tak naprawdę więzienie, gdzie są przetrzymywani przez Wielkiego Nicka, ale nie wierzy jej. Mama próbuje namówić synka, by pomógł w ucieczce.

pokoj1

Wydawałoby się, że im człowiek jest starszy, tym mniej jest w stanie coś poruszyć i zaskoczyć. Ale pewien irlandzki reżyser nazwiskiem Lenny Abrahamson dokonał niemożliwego. Samą historię dzieli na dwa etapy: zniewolenie i ucieczkę oraz powrót do zewnętrznego świata, pełnego nadziei. Początkowo twórcy pomysłowo ogrywają przestrzeń Pokoju zwracając uwagę na detale, a także narzucając perspektywę dziecka (nieostre kadry, połamana perspektywa), przypominającego ptaka urodzonego w klatce, które poza niewolą, nie zna innego życia. Ale jego matka wcale nie ma łatwiej, gdyż zostało odebrane 7 lat życia – cała jej młodość, przyszłość, perspektywy. I jakby tego było mało, jej rodzice rozwiedli się. Ale Abrahamson nie próbuje stosować emocjonalnego szantażu wobec bohaterów, tylko obserwuje ich proces dostosowywania, akceptacji. Do tego potrzebna jest nie tylko determinacja i wola przetrwania, lecz także wielka siła miłości. Miłości, która potrafi przenieść góry i pokonać zło.

pokoj2

Walka jest tutaj pokazana w całej palecie emocji: od strachu i poczucia bezsilności po wydawałoby się irracjonalny upór, determinację do zrealizowania celu. Świetnie jest to dawkowane i poprowadzone, bez poczucia fałszu, zakłamania czy manipulacji. Jest także zasługą bardzo dobrego aktorstwa. Objawieniem jest dla mnie Brie Larson jako Ma (Joy) – opiekująca się dzieckiem, do czego (odniosłem takie wrażenie, ale może się mylę) nie była przygotowana i próbuje je chronić. Kocha je, dba i chce dać mu to, czego w warunkach Pokoju nie może mieć. Ale ta batalia będzie dość ciężka dla niej, nie mogącej się w pełni wyzwolić z tamtego miejsca. Nadzieja, lęk, zwątpienie, bezradność – wszystko to jest bardzo naturalnie wygrywane. Jednak film skradł jej 9-letni Jacob Tremblay w roli jej syna, Jake’a. Chłopak wszystko wygrywa swoją naturalnością – złość, gniew, nieufność wobec innych (scena, gdy policjantka próbuje wyciągnąć od niego informacje – perełka), nieśmiałość, przywiązanie do Pokoju oraz powolne dostrojenie się do świata. Ich wspólne sceny mają potężną siłę rażenia, angażując do ostatniej sekundy.

pokoj3

Jestem pewny, że wiele osób z was będzie płakało w trakcie seansu, a kilka osób może znowu zacznie cieszyć się życiem, zwracając uwagę na małe drobiazgi. Rzeczy, których parę osób może nie znać i nie widzieć, bo trafili do takiego Pokoju. Długo jeszcze będę o tym filmie pamiętał.

pokoj4

8/10

Radosław Ostrowski