Steven Wilson – To The Bone

to the bone

Drugiego tak ważnego dla brzmień progresywnych muzyka jak Steven Wilson po prostu nie ma. W tym roku 50-letni muzyk i wokalista najpierw powrócił w wielkim stylu z Blackfieldem, teraz postanowił wydać piaty album solowy, po dwuletniej przerwie. Jednak tym razem Wilson zmienił wytwórnię (Kscope tym razem zastąpiło Caroline Records) i na dzień dobry dostaliśmy aż pięć singli. Pojawiły się głosy, że nasz kochany frontman sprzedał się. Jaka jest prawda?

Truth is individual calculation. Which means, because we all have different perspectives, there isn’t just one singular truth, is there? – tymi słowami zaczyna się cały album oraz tytułowy utwór, który jest bardzo mroczny. Elektroniczna, minimalistyczna perkusja, mocne odgłosy harmonijki niemal żywcem wzięte z „Again”, wokaliza w tle, a potem dołącza mocna gitara, by pod koniec wyciszyć się. I już tutaj słychać skręt Wilsona w stronę bardziej popowego i przystępnego grania. Bardziej nastrojowo robi się przy „Nowhere Now”, gdzie całość oparta jest na fortepianie i akustycznej gitarze. A kiedy wydaje się, że cały czas będzie ostro wchodzi pierwszy singiel, czyli pełna ciepłego tła ambientu „Pariah” z gościnnym udziałem Ninet Tayeb. Spokojna kompozycja coraz bardziej nabiera wyrazistości, by w finale zaatakować dźwiękową ścianą, by zaraz wrócić do pop-rockowego (z naciskiem na rockowego) kopniaka w postaci „The Same Asylum as Before”, gdzie Wilson śpiewa… falsetem, by znowu wejść do ambientu w „Refugee” – magia wraca, by znowu podkręcić całą aurę i zaatakować najpierw perkusją, smyczkami, gitarą oraz harmonijką.

Ale co się odwaliło w „Permanating” to nie jestem tego w stanie zrozumieć. Takie taneczne, wręcz dyskotekowe popisówki fortepianu, Wilson znowu myśli, że jest zaginionym bratem Gibb i to tak gryzie się z cała resztą, że sprawia wrażenie wrzuconego na siłę. Podobnie krótki, oparty na flecie „Blank Tapes”, a ogień wraca w rytmicznym „People Who Eat Darkness”. „Song of I” zaśpiewane ze szwajcarska wokalistką Sophie Hunger początkowo odpycha minimalistyczną, niepokojącą perkusją oraz smyczkami, działając dość usypiająco. Z wyjątkiem środkowej partii, gdzie znów dochodzi do dźwiękowej eksplozji. A najlepsze dostajemy na koniec – 9-minutowy „Detonation” to mieszanka styli i gatunków, czyli stary dobry Wilson. Tutaj mamy elektroniczno-perkusyjne cykania, przesterowany głos, ostre wejścia gitar, mocna perkusja, skręt w cudowny ambient ze smyczkami oraz niemal reagge’owe riffy. I na finał „Song of Unborn” – wyciszona, piękna kompozycja z niemal sakralnym zakończeniem (te chórki są cudowne).

„To The Bone” to bardzo problematyczny i nierówny album, w którym Wilson za bardzo chce zaszaleć stylistycznie. Problem w tym, że jako całość jest zbyt rozstrzelona, gryzie się ze sobą i jest niespójna. Muzyk za bardzo upraszcza, przez co dawna magia pojawia się tylko fragmentarycznie. Troszkę szkoda, ale mam nadzieję, ze to tymczasowy wyskok.

7/10

Radosław Ostrowski

Blackfield – V

Blackfield_V_album_cover_image

Nie ma drugiej art rockowej grupy jak Blackfield. Kierowany przez kompozytorsko-wokalny duet Steven Wilson/Aviv Geffen do tej pory wydał cztery dobrze przyjęte płyty. Dlatego czekano na „V”  wielkimi nadziejami. Zwiększyły się na wieść, że producencko wsparł ich sam Alan Parsons – legenda art rocka. Czy mogło to nie wypalić?

Zaczyna się ładnie, bo od smyczkowego intra „A Drop In the Ocean”, gdzie w połowie klimat jest bardziej melancholijny, by zakończyć wszystko szumem wiatru. To jednak tylko zmyłka do ostrego i intensywnego „Family Man”, gdzie perkusja uderza nieprzyjemnie, a w tle elektronika buduje atmosferę strachu. Tak samo jak „ciachająca” gitara. Melancholia wraca do singlowego „How Was Your Ride?”, gdzie dominuje fortepian, by szarpnąć w połowie krótkim riffem oraz grą sekcji rytmicznej. Folkowy wstęp w „We’ll Never Be Apart” to haczyk, który ma wprawić w dezorientację, gdyż wejścia gitary, wspólny zaśpiew Wilsona z Geffenem (tu dominuje ten drugi). Odskocznią od rockowego wejścia jest akustyczne „Sorrys”, dające odrobinę ukojenia. Podobnie jak przestrzenny, pianistyczny „Life is an Ocean” (przerobione cyfrowo głos w tle), by pod koniec z hukiem uderzyć. Powrót do czarowania gitarą przypada na szybkie „Lately”, które poraża riffami Wilsona oraz potężną dawką energii, by uderzyło pianistyczno-smyczkowe „October” oraz bluesowe „The Jackal”.

Wilson potwierdza swoje umiejętności gitarzysty, a ciepły głos współgra z klimatem całego wydawnictwa. Szorstki Geffen udziela się tym razem mniej niż na poprzednim albumie (i bardzo dobrze), a brzmieniowy rozrzut między rockiem a progresywnością daje prawdziwego kopa. „Piątka” przypomina wszystko, za co kochało się Blackfield i będzie na pewno często grana.

8/10

Radosław Ostrowski

Steven Wilson – 4 1/2

fron

Steven Wilson to współczesna legenda rocka progresywnego, której aktywność po prostu imponuje. Po wydanym w zeszłym roku albumie „Hand. Cannot. Erase.” pojawia się z kolejnym materiałem, jednak nie jest to pełnoprawny album, tylko EP-ka. „4 1/2” zawiera piosenki odrzucone z sesji nagraniowych płyt „Hand. Cannot. Erase” jak i „The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)”.

Jest tu tylko sześć utworów, ale całość trwa ponad pół godziny, a muzyk ściągnął doświadczonych kolegów (m.in. klawiszowca Adama Holzmana, basistę Nicka Beltza oraz perkusistę Craiga Brundella), dzięki którym stworzył intrygujące, klimatyczne dzieło. Na początek prawie 10-minutowe „My Book of Regrets”. Zaczyna się niczym pop-rockowy kawałek, z pobrudzoną gitarą oraz elektroniczne przerobioną perkusją. Riffy nabierają większej mocy i wtedy następuje wyciszenie, by zapętliła się gitara w towarzystwie ciepłych klawiszy i tak w kółko. Koło 2 i pół minuty, gitara zmienia melodię, perkusja przyspiesza i wali jak huragan z pięknym basem, a klawisze mocno pachną latami 70. I następuje kolejna wolta oraz uspokojenie (bardzo ciepłe klawisze zmieszane z deszczem oraz burzą), by wrócić do melodii z początku. „Year of the Plague” to z kolei kompozycja instrumentalna rozpisana na solo skrzypiec oraz tworzące aurę tajemnicy klawisze, do których dołącza się delikatna gitara oraz werblowa perkusja (pod koniec). „Happiness” jak na utwór o szczęściu, zaczyna się bardzo smutno – samotnej gitary oraz odgłosów miejskiej komunikacji. Wtedy pojawia się gitara elektryczna oraz mocniejsza sekcja rytmiczna, przyspieszając gwałtownie aż do końca.

Spowolnieniem jest kolejny instrumental – „Sunday Rain Sets In”, gdzie dominuje tutaj wolna gra gitary oraz klawiszy, imitujących flet i fortepian, ale pod koniec dochodzi do mocniejszego uderzenia gitary i sekcji rytmicznej. Następny jest kolejny instrumental, czyli „Vermillioncore” zaczynający się mrocznymi dźwiękami klawiszy, mooga i basu, do których dochodzi dziwacznie przesterowana gitara, coraz mocniej oraz ostrzej atakująca. A na sam koniec dostajemy „Don’t Hate Me” zaśpiewane wspólnie z Ninet Tayeb, gdzie wybijają się dynamiczne klawisze oraz agresywny saksofon.

Sam Wilson na wokalu radzi sobie dobrze, a jego niska barwa współgra z całością brzmienia. Bardzo czarującego, uwodzącego i na najwyższym poziomie, jaki można sobie wyobrazić.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Steven Wilson – Hand. Cannot. Erase.

Hand._Cannot._Erase

Fani progresywnego rocka znają twórczość Stevena Wilsona bardzo dobrze. Zarówno jego działalność z Purpucine Tree, Blackfield, solowe dokonania czy remastering płyt King Crimson. Teraz Wilson powraca z nowym materiałem, utrzymanym nadal w stylistyce progresywnego rocka.

„Hand. Cannot. Erase” to koncept-album, zainspirowany historią Joyce Holland. Miała 38 lat, mieszkała w Londynie, miała pracę i przyjaciół, Aż pewnego dnia… zniknęła bez śladu. Po dwóch latach znaleziono jej ciało – we własnym łóżko. A że nie będzie to przyjemna podróż, słyszymy już w „First Regret”, gdzie do dźwięków dzieci nakłada się najpierw ponura elektronika, a następnie melancholijny fortepian. Ale „3 Years Later” to Wilson w najczystszej postaci – różnorodny wobec nastroju, tempa. Dynamiczna perkusja w refrenie skontrastowana z łagodną grą gitary akustycznej, fortepianu oraz basu. Mocniejszy jest tytułowy utwór, gdzie Wilson pozwala zaszaleć swojej gitarze. „Perfect Life” zaczyna się mrocznie od nieprzyjemnych klawiszy oraz dziwacznego Mooga, by potem dołączyła elektroniczna perkusja oraz głos Katherine Jenkins opowiadającej o „idealnym życiu”, którą w połowie zastępuje Wilson. Mocne wrażenie robi drugi kolos, czyli „Routine” zaczynający się od fortepianu niemal żałobnego, do którego potem dołącza się głos Ninet Tayeb (zwyciężczyni izraelskiego Idola, rekomendowana przez Aviva Geffena) oraz minimalistyczna perkusja. Fortepian ożywia się, gitara zaczyna się aktywizować, by w okolicy 2:40 wyciszyć się całkowicie, dając pole do niemal sakralnego głosu żeńskiego oraz tajemniczej gitary oraz fletu, usypiającego czujność, bo dalej dochodzi do eksplozji. Jeszcze bardziej przeraża „Home Invasion” z agresywną grą gitary oraz sekcji rytmicznej, które płynnie przechodzi do „Regret #9” zdominowanym przez mellotron oraz gitarę elektryczna (druga połowa), dopiero pod koniec pojawia się wyciszenie.

Łamańce, eksperymenty i zmienność nastrojów jest tutaj standardem, a Wilson garściami czerpie zarówno z własnego dorobku jak i klasyków gatunku z King Crimson na czele. Słychać to także w „Ancestral”, gdzie poza fortepianem (dość chętnie wykorzystywanym przez Wilsona tutaj) są cymbałki, flet, smyczki, wokal Tayeb, wspierający głos Nicka Beggsa, mocny riff gitarowy oraz jazzowa końcówka. Sam głos Wilsona jest dość wyciszony i stonowany, co nadaje tylko jeszcze większej siły emocjonalnej.

Rock progresywny tak naprawdę umarł gdzieś w połowie lat 70., jednak wielu twórców czerpie z tego nurtu i potrafi ubarwić ją współczesną realizacją. Wilson kiedyś bardziej eksperymentował i szalał w tym gatunku, jednak czas wariactw chyba dobiegł końca. Smutna, melancholijna to płyta, która mimo pewnych niedoskonałości (nie do końca wykorzystany wokal Tayeb, większa odwaga i brawura realizacyjna) jest płyta na pewno interesującą i udaną, nadrabiająca emocjami oraz warsztatem.

8/10

Radosław Ostrowski

Marillion – marillion.com

marillion.com

Po dość przeciętnym „Radiation” Marillion kazał czekać na nowy album rok (1999) i tym razem zrobili duży skok jakościowy. Nagrali kolejny album, ale tym razem przy produkcji pomagał im Steven Wilson – człowiek, którego fanom progresywnych brzmień przedstawiać nie trzeba.

Początek jest bardziej dynamiczny i rockowy, z mocniejszymi riffami Steve’a Rothery’ego oraz bardziej ponurymi klawiszami Kelly’ego, nafaszerowanymi elektroniką („A Legacy” i „Deverse” z saksofonem i trąbką). Później następuje lekkie wyciszenie („Go!” z pięknymi klawiszami) oraz pójście w stronę melodyjnego popu („Rich” z przyjemnie brzmiącymi klawiszami, klaskaniem oraz żywszym tempem w połowie czy „Tumble Down the Years” z przyjemnym fortepianem), zaś na koniec mamy dwa kolosy – „Interior Lulu” (bardzo spokojny, ale w połowie dynamizują się klawisze i gitara, potem znowu się wycisza i brzmi lekko orientalnie) oraz „House”, który jest bardziej trip-hopowy i mniej marillionowy (świetny bas, warstwowe klawisze oraz trąbka) od reszty, ale brzmi to wręcz niesamowicie. I jest to jedna z bardziej zaskakujących i nietypowych płyt (brzmieniowo) od reszty dorobku zespołu.

Teksty trzymają fason, mówiąc o sławie, bogactwie, szukaniu własnego miejsca na ziemi czy pędzie tego świata. Sam wokal zaś jest bardziej wyciszony, stonowany i oszczędny, mniej ekspresyjny, co brzmi naprawdę dobrze.

Jestem totalnie zaskoczony „marillion.com”. Już chciałem skreślić ten zespół, ale po raz kolejny Hogarth i spółka stworzyli bardzo przyjemny i dobry album. Świetnie się tego słucha.

8/10

Blackfield – Blackfield IV

Blackfield_IV

Ten zespół od początku był kierowany przez dwie osobowości: Stevena Wilsona i Aviva Geffena. Do tej pory nagrali 3 świetnie przyjęte płyty, które stworzyły im silna pozycję w świecie progresywnych brzmień. Teraz pojawiają się z czwartym albumem.

Na „Blackfield IV” większy wpływ na brzmienie miał Geffen, gdyż Wilson (także producent) wydał wcześniej kolejną solową płytę i skupiał się bardziej na jej promocji. Pierwsze, co uderza po odsłuchu to fakt, że jest to bardzo melodyjna, wręcz popowa płyta, z chwytliwymi i krótkimi kompozycjami. To może wywołać pewną konsternację i szok. Jednak na tym polega ta muzyka (progresywne brzmienia), by ciągle szukać nowych środków wyrazu. Ale jednak udaje się zespołowi zbudować magię, nawet w tych prostych kawałkach wzbogacając o takie dźwięki jak trąbka („Springtime”), cymbałki („XRay”) czy harfa („The Only Fool Is Me”), zaś pozostałe piosenki mimo sporej wrażliwości i melodyjności („Jupiter”) dla mnie były trochę za proste, bardziej radio friendly, co mnie trochę zdziwiło i zakłopotało.

Jak wspomniałem więcej miał do powiedzenie Geffen i to jego słyszymy prawie cały czas (Wilson pojawia się tylko w otwierającym album „Pills” oraz „Jupiter”). Obaj panowie radzą sobie bardzo dobrze i się uzupełniają. Geffen także zaprosił trzech wokalistów na gościnne występy, którzy również mocno urozmaicili ten album: Vincent Cavanagh z Anathemy („XRay”), Brett Anderson z Suede („Firefly”) i Jonathan Donague z The Flaming Lips („The Only Fool Is Me”).

„Czwórka” mocno podzieli fanów zespołu. Także we mnie wprawiła pewną konsternację. Jak na pop zbyt piękny, na rocka za elegancki i prosty. Nie zmienia to jednak w mojej ocenie jednego – to udana i ciekawa płyta.

7/10

Radosław Ostrowski