Reality

Na pierwszy rzut oka takie minimalistyczne, trochę „teatralne” kino z ograniczoną przestrzenią, niewielką ilością aktorów wydaje się proste do zrobienia. Dlatego po tą formę chętnie sięgają debiutanci, co pokazały takie filmy jak „Dwunastu gniewnych ludzi”, „Nóż w wodzie” czy „Ojciec”. Do tego grona aspiruje kolejny debiut, czyli „Reality”. Jak się dowiedziałem z napisów końcowych, film oparto na sztuce teatralnej, jednak jej treść nie jest fikcją.

reality1

Dla reżyserki Tiny Satter podstawą tej historii była transkrypcja z przesłuchania przez agentów FBI Reality Winner (Sydney Sweeney) – młodej dziewczyny pracującej jako tłumaczka dla Agencji Bezpieczeństwa Narodowego. Posługująca się trzema lokalnymi językami arabskimi, trenująca CrossFit i jogę, była żołnierz sił powietrznych, obecnie przygotowująca się do misji zagranicznej, opiekująca się psem oraz kotem. Do tego blond włosa chudzina, mieszkająca sama. No i pewnego dnia pojawia się w jej domu dwóch agentów FBI. Z nakazem przeszukania domu, samochodu i jej. Dlaczego? Za co? Ile wiedzą naprawdę? A może to pomyłka?

reality2

W tym momencie o fabule nie powiem, bo im mniej się wie, tym bardziej „Reality” jest w stanie uderzyć, porazić i wstrząsnąć. Zdradzę jedynie, że cała ta historia miała miejsce w czerwcu 2017 roku już po tym, jak prezydent Donald Trump odwołał ze stanowiska dyrektora FBI Jamesa Comeya. A także, że film toczy się w tzw. czasie rzeczywistym. Co to oznacza? Że „Reality” trwa tyle, ile naprawdę trwało całe przesłuchanie, niemal co do zdania z transkrypcji. Oprócz miejsc, gdzie ingerowała cenzura, co zostaje pokazane w formie… zniknięcia osoby wypowiadającej te słowa. A że samo przesłuchanie toczy się w bardzo obskurnym, pozbawionym mebli pokoju. To tylko potęgowało poczucie izolacji, osaczenia, chociaż nic złego się nie dzieje.

reality3

Do tego jeszcze zmontowane mamy fragmenty transkrypcji w formie pisanego tekstu, fotki z social mediów, a nawet materiały telewizyjne. Rossen świetnie buduje napięcie operując dźwiękiem, niezręczną ciszą i zbliżeniami. Na twarze, na detale w rodzaju psa na samochodzie-zabawce, fotografowanych przedmiotach czy ślimaku przy oknie. To jeszcze bardziej wywoływało namacalne poczucie tej sytuacji, jakbym obserwował to gdzieś obok. A wszystko trzymała na swoich barkach Sydney Sweeney. Znałem tą aktorkę dzięki serialowi „Biały Lotus” oraz „Everything Sucks”, ale w „Reality” przechodzi samą siebie. Niby gra jedną twarzą, jednak pod nią skrywa się masa sprzecznych emocji: od śmiechu przez niezaradność aż do milczenia. Jej dynamika z przesłuchującymi agentami (szczególnie świetnym Joshem Hamiltonem) przypominała walkę bokserską, która może zaczyna się na spokojnie i w miarę fair play, a potem zaczyna się ostra jazda. O dziwo, nie ma tu krzyków, wrzasków, przekleństw, wszystko jest takie spokojne, oszczędne. To jednak tylko fasada, za którą kryje się… no właśnie, co?

„Reality” w swojej kameralności podrzuca bardzo trudne i ważkie pytania dotyczące tajemnic, działań służb oraz jak kreuje się rzeczywistość. Gdyby nie to, że pokazana historia wydarzyła się naprawdę, można byłoby uznać za absurd, pokaz paranoi. Niepozorny, wyciszony thriller z brudną polityką w tle, lecz bez osądzania oraz jednoznacznego wskazywania czegokolwiek. Sami musimy wyciągnąć wnioski.

8/10

Radosław Ostrowski

Biały Lotus – seria 1

Czy może być coś lepszego niż pobyt na wakacjach w motelu dla najbogatszych? Oczywiście, że nie. Dlatego przebywasz w znajdującym się na Hawajach hotelu o nazwie Biały Lotus. Komu będziemy towarzyszyć? Świeżej parze nowożeńców (państwo Patton), rodzinie z dziećmi i przyjaciółką córki (państwo Mossebnach) oraz kobiecie w średniej wieku (Tania McQuoid), która… ma troszkę inne powody. Co się może wydarzyć podczas tygodniowego pobytu?

Nowy mini-serial Mike’a White’a w zasadzie jest kolejnym satyrycznym spojrzeniem na ludzi z high-life’u, co żyją we własnej bańce. Ludzie tak naprawdę są puści, nieszczęśliwi i samotni, choć uśmiechają się niemal w każdej okazji. Każde ma swoje problemy, które mogą wydawać się mniej poważne (nietrafiony apartament, brak poważnych atrakcji, potrzeba masażu), jednak chodzi tu o coś więcej. U Mossenbachów to kobiety dominują tutaj – zapracowana matka (Connie Britton) oraz bardzo ironiczna córka (Sydney Sweeney) razem z uzależnioną od leków kumpelą (Brittany O’Grady). Wydają się silniejsze od zakompleksionego męża (Steve Zahn), podejrzewającego u siebie raka jąder oraz uzależnionego od pornografii syna (Fred Hechinger), który nie potrafi postawić na swoim i zawsze ulega. Małżonkowie (Jack Lacy i Alexandra Daddario) pochodzą z różnych światów, jakby ślub wzięli niejako tylko przez zauroczenie, pożądanie. On zawsze musi postać na swoim, bo jako rozpieszczony bachor z dobrego domu dostaje wszystko, unosząc się dumą. Ona zupełnie z innego świata, pracująca jako dziennikarka i obawiająca się bycia trofeum. Ile ze sobą wytrzymają? Tania (Jennifer Coolidge) nie radzi sobie ze śmiercią matki, zaś celem jej pobytu jest… wysypanie jej prochów. Jest jeszcze prowadzący ten hotel Armond (Murray Bartlett) oraz pracująca w spa Belinda (Natasha Rothwell), którzy niejako służą pomocą gościom hotelowym.

Innymi słowy, każdy z bohaterów jest wyrazisty, wielowymiarowy i złożony. Co zdecydowanie jest sporą zaletą. Tak jak przepiękne krajobrazy oraz bardzo egzotyczna muzyka. Ton się zmienia jak w kalejdoskopie: od ironicznego i komediowego po bardziej dramatyczne momenty (kradzież biżuterii). Nawet mieszając je w tej samej scenie. Zaś perspektywy obu grup naszych bohaterów są niemal ciągle skonfrontowane. White przybiera twarz satyryka, by zmienić w szydercę. Chociaż czasem można odnieść wrażenie, że nie opowiada niczego nowego, a humor szedł w (zbyt) znajome rewiry („Parasite”, „Sukcesja”). Bo trudno w zasadzie się z każdym w pełni identyfikować, jednak nie można oderwać oczu od tych postaci.

Wściekłych i gniewnych jak Armond w kapitalnej interpretacji Bartletta, który ze spokojnego, opanowanego konsjerża potrafi zmienić się w buca, aroganta grającego gościom (szczególnie panu Pattonowi) na nerwach, mając ich wszystkich gdzieś. W końcu puszczają mu nerwy i jedzie po bandzie, co kończy się w niespodziewany sposób. Odrobinę współczucia może wywołać pani Patton, która chyba nie do końca wie, z kim zawarła związek małżeński. Jednak jej próby postawienia się wzbudzają politowanie, a kiedy poznajemy ją w interakcjach z innymi jest równie pusta jak reszta gości. W punkt za to trafia wycofana Tanya (rewelacyjna Coolidge), próbująca radzić sobie ze skrytymi traumami oraz trudną relacją z matką. Na niej chyba najbardziej mi zależało, choć jej emocjonalna huśtawka potrafi działać na nerwy. Tak samo swoje pięć minut ma pan Mossenbach, czujący się mniej męsko i niedowartościowany przez żonę.

Ale wiecie co jest najciekawsze w „Białym Lotosie”? Że każdy z bohaterów zostaje skonfrontowany i ma szansę na zmianę samego siebie. Nie staje się to jednak za pomocą magicznej różdżki czy głębokiego samodoskonalenia mentalnego. Wszystko to wynika z… interakcji oraz pewnych wydarzeń, pozwalających zdobyć szacunek, poznać kogoś, kto może zapewnić poczucie bezpieczeństwa czy w końcu pójść własną drogą. Innymi słowy, słodko-gorzki, lecz satysfakcjonujący finał. Już zapowiedziano drugi sezon, a serial będzie miał formę antologii. Nie mogę się doczekać.

Czy warto dać szansę zaskakującemu hitowi HBO z 2021 roku? Jak najbardziej, nie tylko ze względu na porę roku. to pełne świetnego aktorstwa studium mentalności najbogatszych ludzi, którym wydaje się, że wiedzą wszystko, zjedli wszystkie rozumy i znają ten świat. Szyderczo, prześmiewczo, lecz także poważnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Everything Sucks! – seria 1

Rok 1996, miasteczko Boring, czyli taka zwykła pipidówa gdzieś w Kalifornii. I to w tutejszym liceum uczy się trzech kumpli: Luke O’Neill, McCready i Tyler. Cała trójka dołącza do kółka audio-wideo, gdzie odpowiadają za realizowanie wiadomości szkolnych. I właśnie tam, Luke poznaje Ją – niezwykłą, młodą dziewczynę, choć pozornie wyglądającą jak szara myszka. I to bardzo dźwięczne imię Kate. Tylko, że jest ona córką dyrektora szkoły, co może komplikować sprawę.

everything_sucks1

Nowy serial Netflixa to osadzona w latach 90. młodzieżowa tragikomedia, skupiona na problemach młodych ludzi. Pozornie mogą wydawać się błahe: pierwsza miłość, brak jednego z rodziców, realizacja swojej pasji, odkrywanie swojej orientacji. Ale to wszystko pokazane jest tak wdzięcznie oraz z lekkością. A jednocześnie jest to mocno osadzone w realiach lat 90., gdzie nie było jeszcze telefonów komórkowych, a Internet (baaaaaaaaaaardzo powolny) działał tylko w szkolnych bibliotekach. Punktem wyjścia i całe clou serialu opiera się na realizacji wspólnego filmu przez kółko teatralne oraz wideo, co jest dodatkowym źródłem humoru. Całość prowadzona jest powoli, ale emocje parę razy potrafią uderzyć z siłą niemal bomby atomowej (Kate wspominająca swoją matkę), zachowując zdrowy balans między humorem a dramatem.

everything_sucks2

Najbardziej rozbudowana jest tutaj relacja miedzy Kate a Lukiem, która zaczyna coraz bardziej ewoluować – od zakochania i miłości przez gniew, ból aż po przyjaźń. Trudno odmówić twórcom szczerości w przedstawieniu tej pozornie prostej historii, opowiadanej w krótkiej formie (10 odcinków po niecałe 30 minut). Troszkę nie do końca są zarysowani bohaterowie drugoplanowi (poza ojcem Kate, matką Luke’a oraz parą z kółka teatralnego), mogących mieć coś ciekawego do opowiedzenia. Poznajemy ich jedynie w szkole, podczas przygotowań do filmu, ale poza szkołą nie wiemy o nich nic. Być może zostałoby to rozwinięte w następnych seriach, o ile powstaną.

everything_sucks3

Technicznie serial troszkę przypomina dokument – stonowane kolory, czasami ujęcia z ręki, troszkę „amatorskie” zbliżenia na twarze. To tylko podbudowuje klimat epoki, tak samo jak świetna muzyka z epoki (Oasis, Tori Amos, Spin Doctors czy The Cardigans), idealnie budująca tło, a nawet kluczowa w wielu miejscach jak wtedy, gdy Luke, by umówić się z Kate… realizuje własną wersję teledysku do „Wonderwall” czy jak Luke z Kate jadą na koncert Tori Amos. Efekt bywa piorunujący, nawet mimo stosowania klisz (czarnoskóry wychowywany przez samotną matkę, wycofany nerd kalkulujący swoje szanse, pocieszny idiota).

everything_sucks4

Aktorsko jest tutaj świetnie, co jest też zasługą mało znanych twarzy. Absolutnie rewelacyjni są Peyton Kennedy (Kate Messner) oraz Jahi Di’Allo Winston (Luke), tworząc bardzo portrety młodych ludzi, mierzących się z brakiem jednego z rodziców oraz pewnych tarć z nimi, a także relacji damsko-męskich, odkrywania swojego ja (Kate), zachwycając od pierwszej do ostatniej sceny. Równie świetna jest Sydney Sweeney jako przechodząca swoją własną ewolucję Emaline oraz Elijah Stevenson w roli skupionego na sobie, lekko bucowatego Olivera, szefa kółka teatralnego. Poza nimi warto też wspomnieć Patcha Darragha (Ken Messner), który pozornie wydaje się niezdarnym, ale sympatycznym dyrektorem szkoły. Jego próby zrozumienia i wychowania córki, pokazują jak wiele ma w sobie ciepła oraz empatii.

„Everything Sucks!” to bardzo bezpretensjonalna, szczera, pełna nostalgii (ale bez przesady) historia w stylu „Luzaki i kujony”, gdzie lata 90. są zaledwie tłem, niedominującym nad całą opowieścią. Sympatyczne, przyjemne, ale też potrafiące bardzo zaangażować kilka mocnymi scenami, czego się nie spodziewałem.

7,5/10 

Radosław Ostrowski