Ballada o drobnym karciarzu

Każdy kontynent ma swoje miasto, będące wielką stolica hazardu i kasyn. W Ameryce jest Las Vegas, w Europie – Monte Carlo, zaś w Azji byłoby to Makau. Ta dawna portugalska kolonia jest miejscem akcji filmu „Ballada o drobnym karciarzu” – najnowsze dzieło Edwarda Bergera stworzone dla Netflixa.

Tytułowym karciarzem jest lord Doyle (Colin Farrell), a przynajmniej tak się przedstawia. Wygląda jak jeden wielki bajzel z tymi niewyspanymi oczami (przekrwionymi), czerwonym garniturem oraz żółtymi rękawiczkami. Dużo butelek w pokoju, żarcie oraz bardzo mało kasiory. Ale w końcu się odbije – dziś, jutro, za tydzień, wkrótce. A pieniędzy potrzebuje i to szybko – na już, na teraz, zaraz. Ma masę długów do spłacenia, zaś szczęście już dawno go odpuściło. Do tego stopnia, że nawet nie może nigdzie dostać kredytu. Wszystko zmieniają dwie kobiety. Pierwsza to lichwiarka Dao Ming (Fala Chen), która daje mu kredyt i wsparcie, zaś druga to niejaka Betty (Tilda Swinton), która go ściga i chce dopaść.

Sama historia jest bardzo prosta i nieskomplikowana, bo Berger nie wchodzi zbyt głęboko w kwestię hazardu oraz uzależnienia. Dla niego jest to pretekst do historii odkupienia oraz wyjścia z pętli nałogu. Jak na miasto hazardu przystało, wali neonowymi kolorami, obiecuje bogactwo i przyciąga ludzi obietnicą nowego, dostatniego życia. Każdy może być kim chce i udawać, ale cena do zapłacenia może być wysoka. Czuć coraz bardziej zapętlającą się pętlę, zaś każda próba wyrwania się kończy się zapadnięciem w większą dziurę. Pewnym dodatkiem jest pewien element etnicznego posmaku: nasz heros nazywany jest gwei lo (biały duch), jakby zupełnie był kimś przezroczystym, nieobecnym; w tle trwa Święto Zmarłych, zaś wokół „lorda” krążą dziwne rzeczy oraz oniryczne sceny. Dlaczego ta lichwiarka próbuje mu pomóc? Co się naprawdę dzieje? Czy nasz protagonista naprawdę żyje, a może jest duchem? I muszę przyznać, że ten film działa na poziomie immersyjnym. Czuć tutaj poczucie ciągłego osaczenia i pułapki, z której nie ma ucieczki.

Wizualnie całość wygląda pięknie niczym film Refna, gdzie każdy kadr oszałamia kolorami, bawi się kątami oraz ustawieniami kamery. Płynnie jest to zmontowane, podkreślając niepokojącą atmosferę. I jeszcze w tle ta oszczędno-sakralna muzyka, brzmiąca niczym zapowiedź końca świata, że stanie się coś nieuniknionego, ostatecznego. Tym bardziej zaskakuje finał, który skręca w nieoczywistym rejonie. A wszystko trzyma na swoich barkach niezawodny Colin Farrell, dający z siebie więcej niż fabryka daje. Jego rozedrgane oczy, niemal ciągłe patrzenie przed siebie i fasada eleganckiego dżentelmena, skrywająca desperata, samotnika oraz „uroczego” krętacza.

Choć sam film spotkał się z dość mieszanym odbiorem, to „Ballada…” jest zadziwiająco solidnym thrillerem psychologicznym. Bardzo oszczędnym w treści i może przez to wydawać się mało interesującym, ale trudno oderwać oczu od specyficznego klimatu i magnetyzującego Farrella.

7/10

Radosław Ostrowski

Pies 51

Ileż już mieliśmy na ekranie dystopii SF ubranych w konwencję kryminału/thrillera? Wystarczy wspomnieć „Raport mniejszości”, „Ja robot” czy „V jak vendetta”. Teraz pora na francuski spin w tej konwencji, tylko czy da on coś świeżego albo nowego w tym temacie. Więc jaka jest adaptacja powieści Laurenta Gaude’a „Pies 51”?

Akcja toczy się w roku 2045 w Paryżu, który został podzielony na trzy strefy: od najbogatszej do najbiedniejszej. Każda z nich jest podzielona punktami kontrolnymi, wszyscy mają na sobie bransoletki, zaś nad porządkiem czuwa Alma – sztuczna inteligencja, pomagająca policji i wymiarowi sprawiedliwości w walce z przestępczością. Nowy, wspaniały świat. A jednak nie wszystkim podoba się taki porządek – tacy ludzie należą do grupy terrorystycznej Breakwalls pod wodzą Jona Maframa (Louis Garrel). Oni od dawna byli na celowniku, ale kiedy twórca AI George Kessel, naciski są coraz większe. Śledztwo prowadzi policjantka ze Strefy 2 Salia Malberg (Adele Exarchopolous), a kiedy zostaje znalezione ciało jednego z podejrzanych o zabójstwo, przydzielony zostaje Zem Brecht (Gilles Lellouche) ze Strefy 3.

Reżyser Cedric Jimenez trzyma się znajomych prawideł kryminału/thrillera. Mamy zmęczonego, niewyspanego gliniarza-samotnika sparowanego z młodą, ambitną i trzymają się reguł służbistką. Jest jeszcze bardzo twardy minister (Romain Duris), który może pociąga za sznurki, tajemnicze zabójstwa dilerów, społeczne rozwarstwienie (Strefa 3 to w zasadzie getto). Klimatem bardzo mi to przypominało grę „Deus Ex: Mankind Divided” z odrobiną „Cyberpunka 2077”. Do tego sama wizja wypada całkiem przyzwoicie (karaoke, teleturniej Destiny, która ma być furtką dla przebicia się dzieciom ze Strefy 3 czy kościół funkcjonujący poza systemem), dodając odrobinę świeżości. Sama akcja jest zrobiona przyzwoicie, szczególnie ucieczka przed policją podczas parady z okazji Dnia Miłości czy choćby sceny z udziałem dronów. Problem w tym, że sama intryga jest zbyt znajoma i brakuje elementów niespodzianki. Może poza krótkimi momentami poza miastem.

Samo aktorstwo jest bardzo porządne i solidne, czyniąc seans przyjemnym w oglądaniu. Lellouche i Exarchopoulos wypadają dobrze, zaś chemia między nimi jest silna. Garrel w zasadzie ogranicza się do gadania o tym, jak ograniczana jest wolność, z kolei Duris pojawia się zbyt rzadko, by zapaść w pamięć. Tutaj drobne role potrafią zawłaszczyć ekran: dla mnie taką złodziejką była Daphne Patakia (prostytutka Amel) czy Valeria Bruni Tedeschi (lekarka Irina).

Jeśli spodziewacie się czegoś świeżego w konwencji dystopijnego noir SF, to „Pies 51” nie zostanie w głowie na długo. Sprawnie zrobiony technicznie, z paroma dynamicznymi scenami akcji oraz klimatem, jednak sama historia lekko chaotyczna i niepozbawiona zbędnych scen. Choć samo zakończenie i użyte „Wish You Were Here” Pink Floyd – po prostu wow.

6/10

Radosław Ostrowski

Błysk diamentu śmierci

Czy jeszcze można coś wymyślić w kwestii kina sensacyjno-szpiegowskiego? Bondy, Bourne’y, Kingsmani oraz ich klony czy parodie pokroju Austina Powersa są bardzo znanymi motywami oraz tropami, które zbudowały ten gatunek. A teraz pojawił się francuskie małżeństwo Helene Cattet/Bruno Forzani, który zrobił swoją wariację kina szpiegowskiego w mocno włoskim stylu z lat 60. i 70.

„Blask diamentu śmierci” skupia się na panu Dimanie (Fabio Tesli) – niezbyt młodym mężczyźnie, co zawsze nosi się na biało. Obecnie przebywa w jakimś hotelu na Lazurowym Wybrzeżu, popijając drinki, spacerując. Nic nie wiemy o nim, ale jedna sytuacja budzi wspomnienia z przeszłości. A dokładnie pewna apetyczna sąsiadka oraz diament… przypięty do jej piersi. Niedługo potem kobieta zostaje znaleziona martwa, zaś Diman ma podejrzenia, że to może być powiązane z jego przeszłością. Przeszłością szpiegowską, chociaż… czy aby na pewno był szpiegiem.

Para reżyserów to ewidentnie ludzie kochający kino, mocno czerpiąc z klimatów retro. Ale jednocześnie to ciągle prowadzona gra z widzem, gdzie – tak jak główny bohater – wpadamy w konsternację. Bo mamy zarówno tajną akcję z przeszłości (zdobycie zaufania handlarza ropą naftową), galerię ekscentrycznych przeciwników, z którym najbardziej niebezpieczna jest enigmatyczna Serpentik. Ciągle nosząca strój niczym ninja, z której widać tylko oczy, nikt nic nie wie o niej, szybko się pojawia i znika jeszcze szybciej. Zostawiając po sobie tylko śmierć, chaos i spustoszenie. A dalej robi się jeszcze dziwaczniej – diamenty, morderstwa, dziewczyna w sukience pełnej małych… lusterek, co robią nagrania. Raz jesteśmy w akcji, raz na konferencji prasowej, by trafić na plan filmowy. Wracają pewne linijki dialogów oraz sceny w nowych kontekstach, by jeszcze wejść w poziom meta. Co tu się dzieje? Czy tego quasi-Bonda robił David Lynch albo inny Winding Refn? I jeszcze absolutnie bardzo energetycznie (z braku lepszego słowa) zmontowane. Byłem kompletnie pochłonięty oraz oszołomiony warstwą audio-wizualną, że nie mogłem kompletnie oderwać oczu. Mózg mi eksplodował od pewnych poszlak i tropów (szczególnie w finale), cały czas będąc w stanie ciągłej stymulacji, jakiej nie czułem od dawna.

Nie wszystkim spodoba się ten film, a wielu nawet uzna za przerost formy nad treścią. Ale „Błysk diamentu śmierci” to najbardziej postmodernistyczne kino, jakiego nie widziałem od dawna. Niejako żyjące własnym życiem, czerpiące ze znajomych elementów, by kompletnie je zdemolować i rozsadzić od środka. Seans jak najbardziej warty ryzyka.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tornado

Były już dawniej próby wrzucenia samurajów poza swoim naturalnym środowiskiem w postaci Japonii jak „Samuraj i kowboje” z 1971 roku. Teraz swoje zderzenie honorowych wojowników z Zachodem prezentuje „Tornado” – pierwszy od 10 lat film szkockiego reżysera Johna Macleana. I jest to ciekawe, choć nie dla wszystkich doświadczenie.

Tytułowa Tornado (Koki) to młoda dziewczyna, która razem z ojcem przemierza różne części świata. Występują ze swoim teatrem kukiełkowym. Tym razem są gdzieś w szkockiej prowincji pod koniec XVIII wieku. Jednak spokój nie trwa wiecznie, a wszystko z powodu gangu niejakiego Sugarmana (Tim Roth). Właśnie dokonał napadu, zabierając dwa spore worki złota, jednak te… zostają skradzione podczas występu Japończyków. Przez małego chłopca, który dołącza do Tornado. A to doprowadza do konfrontacji z gangiem, zakończoną śmiercią ojca dziewczyna i jej ucieczką.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że będziemy kino zemsty z samurajką w brytyjskich krajobrazach. Tylko, że to nie jest do końca prawda. Ale zamiast krwawej jatki, rzezi oraz mordowni Maclean bardziej stawia na klimat, atmosferę i nastrój. Sama fabuła jest bardzo prosta, surowa, wręcz minimalistyczna oraz nie prowadzona chronologicznie. Dialogów jest tu bardzo niewiele, gdzie przebija temat relacji rodzic-dziecko, której potem nie daje się naprawić. Z różnych powodów. Bardziej czuć tutaj pewnego rodzaju melancholię oraz przygnębienie, dotykające wszystkich. Całość jest pięknie sfotografowana (mimo ograniczonej ilości lokacji i skromnego budżetu), co jest zasługą niezawodnego Robbiego Ryana. W tle gra bardzo oszczędna muzyka, sprawnie budowane jest napięcie (cała scena w rezydencji), kończąc się z krwawym finałem w stylu kina samurajskiego. Czyli przemoc jest nagła, gwałtowna.

Aktorsko jest bardzo solidnie, choć wszystko na barkach trzymają trzy kreacja. Pierwsza to Koki, wcielająca się w tytułową Tornado. I nie jest to twarda, silna kobieta, przynajmniej na początku, lecz jej transformacja w anielicę zemsty wypada bardzo przekonująco. Świetny jest za to Tim Roth w roli szefa gangu, coraz bardziej przypominającego siwego lisa, czarującego, sprytnego i bezwzględnego mafiozo. Trzecim jasnym punktem jest Jack Lowden, czyli coraz bardziej zbuntowany syn gangstera, Mały Sugar.

To już kolejny przykład skromnego, ale bardzo kreatywnego podejścia do znajomej konwencji. Mi jednak szkoda, że z tego zderzenia japońskiej mentalności z europejską można było wycisnąć coś więcej poza wizualną estetyką. Ale i tak jest to ciekawe kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Rocznica

Było wielu polskich reżyserów, którzy próbowali zdobyć i podbić Hollywood. Największe sukcesy osiągnął Roman Polański w latach 60. i 70., choć wielu próbowało się wybić na amerykańskiej ziemi jak Agnieszka Holland czy ceniony autor zdjęć Andrzej Bartkowiak, to jednak nikt nie zbliżył się do poziomu reżysera „Chinatown”. Teraz swój pierwszy krok ku amerykańskiemu snu wykonał Jan Komasa, który zrobił dwa anglojęzyczne (brytyjski „Dobry chłopiec” wyjdzie w przyszłym roku) w jednym roku.

„Rocznica” skupia się na inteligenckiej rodzinie z typowych amerykańskich przedmieść, którą poznajemy podczas 25-lecia rocznicy małżeństwa. Ellen (Diane Lane) jest profesorem na uniwersytecie, jej mąż Paul (Kyle Chandler) prowadzi restaurację i mają jeszcze czwórkę dzieci: prawniczkę Cynthię (Zoey Deutch), stand-uperkę Annę (Madeline Brewer), mieszkającą z rodzicami Birdie (Mckenna Grace) oraz aspirującego pisarza Josha (Dylan O’Brien), którego nikt nie chce wydać. I to ten ostatni zaprasza na rodzinną uroczystość swoją dziewczynę – Elisabeth (Phoebe Dynevor). Jak się dowiadujemy, młoda kobieta to była studentka Ellen, której praca zaliczeniowa została odrzucona za zbyt anarchistyczne i anty-demokratyczne treści. Co gorsza, jej tekst został opublikowany przez wpływową korporację i staje się bestsellerem.

Jeśli wielu skojarzyła się ta fabuła z „Hejterem”, to nie jesteście jedyni. Reżyser jednak robi o wiele bardziej kameralny film, który w zasadzie całą akcję osadza w okolicy domu Taylorów, rzadko ją opuszczając. Początek też wydaje się bardziej iść w stronę obyczajowego dramatu, gdzie zaczynają pojawiać się pewne rysy w tym rodzinnym portrecie. Docinki, iskry oraz pewne złośliwości – nie pozbawione odrobiny przebłysku. Ale im się przesuwamy, tym bardziej za oknem zmienia się krajobraz. Kraj staje się coraz bardziej autorytarny, wręcz niebezpiecznie skręcający ku totalitarno-dystopijnym wizjom Orwella czy Huxleya. A to zaczyna się odbijać na samej rodzinie, atmosfera robi się coraz gęstsza, doprowadzając do bardzo dramatycznych sytuacji. Komasa nawet w prostych rozmowach potrafi budować napięcie niczym w rasowym thrillerze. Robi się coraz bardziej politycznie (choć wszystko jest bardzo alegoryczne, nie odnosząc się wprost do obecnej sytuacji), kraj zaczyna się dzielić, zaś członkowie rodziny mierzą się z konsekwencjami tych zmian. I nie brakuje tutaj bardzo mocnych scen – pobicie Anny podczas stand-upu czy bardzo krwawy finał – to jednak film nie jest aż tak ciężki emocjonalnie jak mógłby być. Próba zuniwersalizowania kwestii dziejącej się na przestrzeni 5 lat przemian oraz pewna ogólnikowość tego procesu były dla mnie największą słabością.

Technicznie całość zrobiona jest poprawnie i jest czymś, co nazwałbym przerostem treści nad formą. Zdjęcia, scenografia i kostiumy nie wywołują efektu wow, ale też nie wyglądają jakby robione na odwal. Niemniej brakuje tu jakiegoś pazura czy czegoś wyrazistszego w kwestii stylu. To jednak rekompensuje bardzo soczysta obsada, gdzie każdy ma swoje pięć minut, by móc zabłysnąć. Jednak najważniejsze są tutaj fantastyczne role Diane Lane oraz Phoebe Dynevor. Pierwsza jako matrona z bardzo silnymi przekonaniami liberalnymi, próbując trzymać ład i kontrolę nad wszystkim, druga zaś pozornie łagodna oraz delikatna, lecz jest w niej pewne wyrachowanie oraz manipulacja (przygotowanie przed lustrem nim poznać teściów). Tutaj lecą najmocniejsze iskry, niejako walcząc o „władzę”. Jednak reszta też ma swoje momenty jak zaskakująco poważny Dylan O’Brien, czarujący oraz opanowany Kyle Chandler czy będąca na skraju depresji i obojętności Deutch, przykuwając uwagę.

Więc czy „Rocznica” jest udanym filmem? Teoretycznie odpowiedź brzmi tak, choć miałem pewne poczucie niedosytu. Świetnie zagrane kino obyczajowe, może trochę teatralne w formie i treści oraz udające troszkę głębię, niemniej w trakcie seansu wsysa niczym odkurzacz, trzyma w napięciu do samego końca. Ale kibicuję Komasie oraz mam nadzieję, że następny film będzie lepszy.

7/10

Radosław Ostrowski

Rozmowa

Każdy kinoman musiał zetknąć się z Francisem Fordem Coppolą. „Ojciec chrzestny”, „Czas Apokalipsy”, „Dracula” czy najnowsze, odjechane „Megalopolis”. Ale między dwiema częściami mafijnej sagi rodu Corleone zrealizował ostatni, kameralny film w swoim dorobku. I jednocześnie jeden z najbardziej nietypowych.

„Rozmowa” zaczyna się niepozornie: od widoku na plac w San Francisco z bardzo daleka. Niby nic się nie dzieje: mim chodzi, gra jakiś muzyk, menel leży na ławeczce. No i jeszcze jest młoda parka – chodzą, rozmawiają, niby nic niezwykłego. A jednak oboje są podsłuchiwani. Grupą podsłuchującą kieruje Harry Caul (Gene Hackman), używając sprzętu: od dalekiego zasięgu mikrofonów po bliskie mikrofony. Kto mu zlecił zlecenie? Nie wiadomo, ale płaci sporo. Mężczyznę to nie interesuje i nie obchodzi. Ale uważniej wsłuchując się w strzępki konwersacji zaczyna podejrzewać… morderstwo. I to budzi w nim pewien konflikt, co z tym wszystkim zrobić.

Coppola pozornie wydaje się być thrillerem, ale tak naprawdę „Rozmowa” to zupełnie inna bestia. Tak naprawdę to psychologiczny dramat z kryminalna intrygą. Razem z Harrym próbujemy rozgryźć i odczytać podteksty niby zwykłej rozmowy. Ciągle zapętlane fragmenty (kapitalna robota dźwiękowca Waltera Murcha, tworzącego wszelkie zniekształcenia), odtwarzane taśmy, pokazywane obrazy – reżyser coraz bardziej naciska oraz wchodzi w głowę niepozornego człowieka. Człowieka, który próbuje nie rzucać się w oczy, unika jakiegokolwiek kontaktu, by nie mogło to być wykorzystane przeciwko niemu. Dlatego tak wiele czasu spędzamy właśnie z nim, zaś sama tajemnica rozmowy przez 2/3 filmu jest tłem.

I muszę przyznać, że mimo fenomenalnego Gene’a Hackmana w roli Harry’ego, te momenty pokazujące naszego bohatera wywoływały we mnie znużenie. Wyjątkiem były oniryczne przebitki, pokazujące wyrzuty sumienia oraz częściowo odkrywaną tajemnicę z życia bohatera. Plus absolutnie silny emocjonalnie moment w toalecie hotelowego pokoju, co przypominało mi „Psychozę”. Jeszcze trzeba wspomnieć o tajemniczym Harrisonie Fordzie (asystent dyrektora), duecie Frederic Forrest/Cindy Williams czy bardzo solidny Johnie Cazale (Stan, wspólnik Harry’ego).

„Rozmowa” jest dzieckiem swoich czasów, powstając parę miesięcy przed wybuchem afery Watergate, dając jej dodatkowej siły. Kameralne dzieło Coppoli tematycznie wydaje się bardziej aktualnie niż kiedykolwiek, mimo potężnego rozwoju technologii. Niemniej nie porwała mnie tak bardzo jak sądziłem, co mnie zaskoczyło.

7/10

Radosław Ostrowski

Suma wszystkich strachów

Tom Clancy – nawet jak się nie znało jego książek, nazwisko jest bardzo znajome. Specjalista od thrillerów politycznych (jak Frederick Forsyth), z dużym naciskiem na punkcie militariów, pełne akcji i skomplikowanych intryg. Poza książkami były sygnowane jego nazwiskiem gry komputerowe (serie „Ghost Recon” i „Splinter Cell”), a także ekranizacja kinowe oraz serialowe. Do tej należy cykl filmów o Jacku Ryanie, wyprodukowany przez Mace’a Neufielda: fantastyczne „Polowanie na Czerwony Październik” z Alekiem Baldwinem, bardziej skupione na akcji „Czas patriotów” i „Stan zagrożenia” z Ryanem o twarzy Harrisona Forda. Lecz dwie następne części popadły w zapomnienie i o jednym z nich opowiadam.

„Suma wszystkich czasów” zaczyna się w 1973 roku, kiedy podczas wojny Jom Kippur zostaje zestrzelony samolot z bombą atomową. Maszyna wybucha, zaś bomba ulega uszkodzeniu i zostaje zasypana przez piaski pustyni. 29 lat później dwóch poszukiwaczy wykopuje uszkodzony niewypał oraz (za drobne) zostaje sprzedany. Jakby tego było mało, w Rosji dochodzi do przewrotu stanu i urząd przejmuje najpierw generał Zorkin, a następnie Niemierow (Ciaran Hinds). Prezydent USA (James Cromwell) nie bardzo wie, czego spodziewać się po nowym panu na Kremlu, więc sprawą zajmuje się dyrektor CIA Cabot (Morgan Freeman). Ten werbuje autora biografii Niemierowa, historyka Jacka Ryana (Ben Affleck). W gruncie rzeczy cała intryga filmu skupia się na działającej w ukryciu grupie kierowanej przez Richarda Dresslera (Alan Bates). Biznesmen mocno sympatyzujący z nazistami, którzy chcą doprowadzić do wojny między USA a Rosją. Plan zakłada między innymi udział trójki zaginionych naukowców, skorumpowanych generałów oraz możliwej eksplozji nuklearnej.

Tym razem film wyreżyserował Phil Alden Robinson, najbardziej znany ze sportowego (powiedzmy) „Pola marzeń” oraz „Włamywaczy”. I muszę przyznać, że jest to bardzo niełatwa oraz zagmatwana intryga, gdzie będziemy w różnych miejscach: od Waszyngtonu i Moskwy przez Syrię, Ukrainę aż po Niemcy. Dużo jest tu zmiennych, znamy ogólny zarys planu złoli (w literackim pierwowzorze byli to arabscy terroryści, ale po 11 września 2001 raczej ten wariant nie wchodził w grę), lecz razem z Ryanem próbujemy połączyć wszystkie kropki. Ponieważ nasz bohater został odmłodzony i pierwszy raz lawiruje w świecie wywiadu, polityki, dezinformacji oraz stanu niemal ciągłego zagrożenia. Reżyserowi udaje się zachować równowagę między scenami gadanymi a rzadkimi momentami akcji, które są porządnie wykonane: od infiltracji kryjówki na Ukrainie po eksplozję bomby atomowej (nadal robi piorunujące wrażenie). Wszystko zadziwiająco stonowane, bardziej skupione na odkrywaniu „jak” niż „kto”, bo to ostatnie dość szybko odkrywamy. I cały czas mamy napięte relacje między USA a Rosją, wynikające z dezinformacji oraz działań za plecami dokonywanymi u nowego prezydenta Rosji. Momenty ich rozmów przez technologiczne bajery elektryzowały oraz mocno trzymały w napięciu.

Swoje robi też bardzo imponująca obsada. Najsłabszym ogniwem wydaje się tutaj Ben Affleck, który w roli Jacka Ryana wydaje się być w cieniu swoich poprzedników. Można to wybronić faktem, że mamy do czynienia z pierwszym jego wejściem w struktury CIA i dlatego może wydawać się naiwny, zagubiony, pozbawiony doświadczenia. Ale w swojej postaci wypada całkiem nieźle, próbując działać inteligencją i analizując dokumenty. Kontrastem dla niego jest pełniący rolę mentora Morgan Freeman, który nigdy nie gra poniżej pewnego poziomu. Tak samo solidnie prezentuje się James Cromwell w roli prezydenta USA oraz bardzo mocny Ciaran Hinds jako jego rosyjski odpowiednik (i mówi po rosyjsku w stopniu przekonującym). Dla mnie sporą niespodzianką był Liev Schreiber w roli agenta Johna Clarka, którego w „Stanie zagrożenia” grał Willem Dafoe i wypada lepiej. Jest opanowany, łatwiej wtapia się w otoczenie, zaś szorstka aparycja nie czyni z niego tępego osiłka.

Rozumiem, dlaczego „Suma wszystkiego strachu” mocno stoi w cieniu poprzedników. Bywa czasem zbyt zamotany, niektóre poboczne wątki nie działają i dość długo się rozkręca. Ale Robinson i scenarzyści zgrabnie tworzą intrygujący thriller polityczno-szpiegowski z możliwym powrotem napięcia czasów zimnej wojny. Niedoskonałe, lecz solidne kino, dobrze znoszące próbę czasu.

7/10

Radosław Ostrowski

Na rozkaz serca

Wiele było kryminałów osadzonych w zamkniętej przestrzeni, będącej czymś w rodzaju getta i trafia tam przybysz z zewnątrz. A dziejące się wydarzenia zaczynają mieć spory wpływ na śledczego. Taki tez jest punkt wyjścia „Na rozkaz serca” – jednego z najciekawszych i najbardziej zapomnianych kryminałów/thrillerów lat 90.

Bohaterem jest agent FBI Ray Levoi (Val Kilmer) – uzdolniony, młody idealista. Zostaje przydzielony do rezerwatu Indian w Dakocie Południowej, gdzie doszło do kilku morderstw. Stróż prawa ma parę dni na wyjaśnienie sprawy, w czym pomaga mu doświadczony Frank Coutelle (Sam Shepard). Jego atutem ma być fakt, że Ray ma w sobie indiańską krew (plemienia Siuksów), która ma pomóc ułatwiać rozmowę z lokalsami. Problem w tym, że śledczy kompletnie odciął się od pochodzenia i wręcz traktuje „pobratymców” z wrogością. Niby sprawa wydaje się prosta, bo część mieszkańców rezerwatu atakuje tych prorządowych. Jest podejrzany, tylko trzeba go znaleźć.

Reżyser Michael Apted inspiruje się prawdziwymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w indiańskich rezerwatach w latach 70. Na pierwszy rzut oka jest to rasowy kryminał, jednak twórcy wykorzystują intrygę do przedstawienia życia w tych rezerwatach. A jest ono mieszanką kontrastową: przepiękne krajobrazy kontrastują z rdzewiejącymi samochodami, prymitywnymi domami oraz obrazem nędzy i rozpaczy. Prawie jak wieś po Jeszcze mamy grupę zbrojnych, którzy niby pilnują porządku, lecz to wszystko zasłona dymna. Rdzenni mieszkańcy są traktowani z wrogością, pogardą oraz nieukrywaną niechęcią. A im bardziej prowadzone jest śledztwo, tym bardziej Levoi zaczyna wyczuwać, że coś tu jest nie tak.

Jednocześnie sprawa zaczyna odkrywać siebie i swoje „indiańskie” pochodzenie. Istotną rolę w tej kwestii odgrywają zarówno starszy plemienia Sam Reachers (fenomenalny wódz Ted Thin Elk), plemienny policjant Walter Kruczy Koń (cudowny Graham Greene) – facet o wiele lepiej wykonuje swoją robotę niż agenci – oraz nauczycielka Maggie (świetna Sheila Tousey) – aktywistka społeczna, wspierająca lokalsów. Ich działania, a także pojawiające się „wizje” zaczynają na niego wpływać. I w tych momentach „Na rozkaz serca” błyszczy najmocniej. Nie brakuje tu bardziej stonowanych strzelanin czy fantastycznej, finałowej sekwencji pościgu. Jednak prawdziwym sercem filmu pozostaje Kilmer – bardzo oszczędny, wiarygodny i przekonujący w roli agenta, który działa zgodnie z regulaminem. Przynajmniej na początku, bo z czasem dostrzegać pewne patologię systemu.

Wciągająca oraz trzymająca w napięciu mieszanka kryminału, dramatu społecznego i metafizyki. Michael Apted bardzo pewnie reżyseruje, całość jest świetnie napisana, nakręcona oraz zagrana historia wrogości wobec pierwotnych mieszkańców. Jednocześnie to opowieść o odkrywaniu siebie i akceptacji swojego pochodzenia.

8/10

Radosław Ostrowski

Spartan

Jest wielu scenarzystów, którzy maja bardzo charakterystyczny styl pisania, zwracający swoją uwagę od pierwszych linijek. Tacy są Quentin Tarantino, Aaron Sorkin, ale dzisiaj będziemy mówić o Davidzie Mamecie. Facet zaczynał od pisania sztuk teatralnych jak „Glengarry Glen Ross”, by przerzucić się na pisanie scenariuszy i reżyserii. Jednym z jego mniej docenionych produkcji w jego reżyserskim dorobku jest thriller „Spartan” z 2004 roku.

Bohaterem jest Robert Scott (Val Kilmer) – były żołnierz marines (starszy sierżant artylerii), obserwujący rekrutów aspirujących do bycia członkiem Delta Force. Tam poznaje rekruta Curtisa (Derek Luke) oraz specjalistkę od walki nożem, sierżant Black (Tia Texada). W tym czasie jednak zostaje szybko ściągnięty do Bostonu. Wszystko z powodu zniknięcia Laury Newton – młodej studentki, której nie dopilnowało Secret Service. Ale czemu jakąś studentką interesowałoby się tego typu służby? Bo (co nie jest w filmie wspomniane ani razu wprost) dziewczyna jest córką prezydenta USA. Wszystko wskazuje, że trafiła do domu publicznego i… padła ofiarą handlarzy żywym towarem oraz wywieziona za granicą. I że porywacze nie mają pojęcia kogo wzięli, więc sobie wyobraźcie co zrobią, jak poznają tożsamość.

„Spartan” jest typowym filmem spod znaku Davida Mameta. To znaczy: ma bardzo rytmiczne, cięte i niepozbawione powtórzeń dialogi, wiele zakrętów oraz niespodzianek, które odkrywamy razem z bohaterem, a także złożone portrety psychologiczne. Dobra, to ostatnie może nie w takiej skali jak poprzednio, bo skupiamy się głównie na postaci Scotta. I jak wszystko jest w oparach szarości, gdzie nie wszystko jest tym, co się wydaje. Pierwsza połowa pełna jest tajemnic, gdzie pojawiają się potencjalne tropy (chłopak dziewczyny włamujący się do jej skrzynki, Arab zamieszany w przerzut ludzi). Jednak w połowie dochodzi do mocnej wolty.

Wtedy film Mameta bardziej skręca w rejony kina sensacyjnego. W zasadzie nasz bohater jest zdany na siebie, tajne służby tuszują brudne tajemnice, zaś w terenie działają bezwzględni zawodowcy. Niby jest tu napięcie, jednak dzieją się rzeczy na granicy prawdopodobieństwa. Scott w zasadzie nie je i nie śpi, niemal non stop będąc na nogach („a co on k***a RoboCop?”), zachowując opanowanie oraz świadomość. Do tego przyczyna zniknięcia i porwania dziewczyny ma coś wspólnego ze skandalem obyczajowym, przesłuchanie podejrzanego zawiera obowiązkowe grożenie oraz walenie w ryj, a moment próby porwania dziewczyny z lotniska przez doradcę prezydenta jest – przypadkowo! – filmowany przez szwedzką telewizję. Paradoksalnie, mimo tych absurdów „Spartan” potrafi trzymać w napięciu.

To przede wszystkim zasługa reżyserskiej ręki Mameta, przypominającego swoim działaniami doświadczonego iluzjonistę. Nawet pozornie statyczne ujęcia pełne są niemal ciągle ruchomej kamery, w tle gra bardzo pulsująca oraz zdominowana przez perkusję muzyka. A aktorsko na swoich barkach trzyma Val Kilmer, który tworzy jedną z lepszych ról. Jest on bardzo wyciszony, niemal enigmatyczny i bardzo skupionym na celu służbistą, zmuszonym do działania. Ma w pełni wsparcie zadziwiająco dobrych ról drugoplanowych z zaskakująco poważnym Edem O’Neillem (agent Burch), bardzo wyciszonym Williamem H. Macym (doradca prezydenta Stubbord) czy zaczynającym Derekiem Luke (Curtis).

„Spartan” uważany jest raczej za pierwsze duże potknięcie w reżyserskiej karierze Davida Mameta. Choć ma swoje problemy z intrygą oraz postaciami na granicy przerysowania, to jednak ta opowieść angażuje. Nawet jeśli nie do końca wybrzmiewa pokazanie hipokryzji Ameryki oraz manipulacje działań tajnych służb.

7/10

Radosław Ostrowski

Zbieg z Alcatraz

Jak można opowiedzieć prostą historię w nieoczywisty sposób? To postanowił spróbować zrobić w swoim drugim filmie brytyjski reżyser John Boorman, opierając się na powieści Donalda Westlake’a „The Hunter” (napisanej pod pseudonimem Richard Stark). To pierwsza książka z serii historii o niejakim Parkerze – złodzieju z zasadami (jednak autor nie zgadzał się, by w filmowych adaptacjach używano tego nazwiska).

Tutaj podążamy za Walkerem (Lee Marvin), próbującemu pomóc swojemu przyjacielowi. Mal Reese (John Vernon) ma sporo długów i by je spłacić planuje zrobić skok na grupę podczas wymiany w dawnym więzieniu Alcatraz. Jednak podczas podziału Walker zostaje zdradzony dwoma kulami przez wspólnika oraz własną żonę. Myślicie, że to go w jakikolwiek sposób zatrzyma? Gość jest twardszy niż więzienne kraty i ostry niczym cała dyskografia Slayera. Już planuje odzyskanie swojej doli (93 tysięcy dolców) oraz wytłuczenie wszystkich, którzy nie pozwolą mu tego celu osiągnąć.

I znowu na pierwszy rzut oka film Boormana jest prostym i oczywistym kinem zemsty w estetyce kina noir. Dialogi są krótkie, proste oraz cięte niczym napisane przez Waltera Hilla, intryga ma parę drobnych zaskoczeń, a wszystko wydaje się zadziwiająco kameralne. Tutaj nawet nasz rzekomy protagonista jest w zasadzie antybohaterem, pozbawionym emocji, wykalkulowanym cwaniakiem. W tle pojawia się Organizacja – syndykat zbrodni, przypominający zhierarchizowaną korporację niczym w drugim sezonie „Fargo”. Mającą swoje biura, będące jednocześnie apartamentami i znajdujące się pod ciągłą ochroną. Jednak nawet ich spryt nie jest gotowy na konfrontację z Walkerem, będącym równie sprytnym i zdeterminowanym. Klimatem jest tu blisko „Johna Wicka”, a początek i finał w Alcatraz nadal robi wrażenie.

Aktorsko wszystko na swoich barkach trzyma niezawodny Lee Marvin. Mówiący niemal monotonnym głosem, opanowany i chłodny niczym lód profesjonalista. Wydaje się być pozbawiony emocji, uparcie dążący do celu, bez chodzenia na jakiekolwiek kompromisy. Ale może to jest tylko fasad, skrywająca coś więcej? Debiutujący John Vernon w roli śliskiego Reese’a wypada bardzo przekonująco, tak jak bardzo elegancki Lloyd Bochner (szef Carter) czy oszałamiająca Angie Dickinson (szwagierka Chris). Jednak prawdziwą gwiazdą tego filmu jest… montaż. Boorman razem z Henrym Bermanem absolutnie miesza czas, przestrzeń, dialogi i dźwięk w tak płynny sposób, że początkowo może wywołać konsternację. Dialogi odbijają się niczym echo, w tle gra awangardowa muzyka, zaś w jednym momencie (Walker jeżdżący i wpadający do domu żony) obraz z dźwiękiem się rozjeżdża. Słychać tylko bardzo rytmiczne chód bohatera. Równie imponujący jest sam początek z napadem w Alcatraz oraz czołówka z użyciem fotografii jako tła. Bardzo mocno skojarzyło mi się z „Angolem” Stevena Soderbergha, który tak samo bawi się montażem.

Ten klasyk Boormana wybija się od innych filmów sensacyjnych z epoki dzięki bardzo niekonwencjonalnemu montażowi, czyniąc go o wiele bardziej żywotnym. Oprócz tego mamy wciągającą intrygę, ostre dialogi, pociągający świat przestępczy oraz Lee Marvina w wysokiej formie. Mimo wieku nie stracił wiele ze swojej mocy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski