Zasada domina

Raz uruchomione kostki domina nie dadzą się zatrzymać i zniszczą wszystko, co napotka na swej drodze – nazywa się to efektem domina. Jedno zdarzenie – pozornie drobne – pociąga następne, uruchamiając niebezpieczny ciąg wydarzeń. O podobnej sytuacji postanowił opowiedzieć weteran kina Stanley Kramer w swoim przedostatnim filmie.

Bohaterem „Zasady domina” jest niejaki Roy Tucker (Gene Hackman) – weteran wojny wietnamskiej, który odsiaduje wyrok za zabójstwo. Zwykły szaraczek, który jest jednym z wielu ze swojego pokolenia. Ale spokojna odsiadka zmienia się, kiedy ma spotkanie z niejakim Taggem (Richard Widmark), a ten proponuje mu pomóc opuścić więzienie. W zamian ma zrobić pewną przysługę. Jaką? Tego dowie się później, pod warunkiem, że się zgodzi. Po drodze odbywa kolejne rozmowy z mężczyzną, a następnie z niejakim Pinem (Edward Albert). W końcu zgadza się, a po ucieczce dostaje konto w banku (200 tysięcy dolców), książeczkę czekową, paszport, nową tożsamość oraz… możliwość spotkania się z żoną (Candice Bergen), której nie widział od czasu procesu.

Lata 70. to był czas szczytu popularność thrillerów politycznych i filmów opartych na teoriach spiskowych czy paranoicznych lękach. Wystarczy wspomnieć „Rozmowę” F.F. Coppoli, „Syndykat zbrodni” Alana Pakuli czy późniejszy „Koziorożec 1” Petera Hyansa. Kramer próbuje wpisać się w ówczesne trendy, gdzie mamy wszechpotężną organizację sterującą w zasadzie wszystkim. Stojącą za politycznymi morderstwami, mającą swoich ludzi wszędzie, co może z jednej strony wywołać silne poczucie paranoi oraz absolutny brak zaufania do kogokolwiek. Ale z drugiej potrafi też odlecieć w takie rewiry, że ciężko to traktować poważnie. Bo skoro to spisku może należeć twój szef, przyjaciel, a nawet… żona, to jaki jest sens walki z nimi? Są oni w stanie przewidzieć każdy ruch, którego nawet ty się nie spodziewałeś.

Problem jednak w tym, że Kramer nie jest w stanie zaangażować, a filmowi brakuje energii. I nawet bym przełknąłbym to, ale nie czuć tu za mocno stawki. Nie ma napięcia, bo skoro może wydarzyć się wszystko, to dlaczego mnie ma to obchodzić? Sytuację troszkę ratuje ostatnie 20 minut (w tym sceny z helikoptera), charyzmatyczny Gene Hackman – ten facet potrafi wszystko sprzedać wszystko – niezły drugi plan oraz odrobinę egzotycznych lokacji. Bo część zdjęć była kręcona w Meksyku. Tylko, że „Zasada domina” strasznie się zestarzała i po latach jest jednym z wielu paranoicznych dreszczowców, gdzie brakuje tej paranoi, tempo jest strasznie ospałe, zaś ognia jest tu tyle, co kot napłakał. Niewykorzystany w pełni potencjał, który traktuje się zbyt poważnie.

6/10

Radosław Ostrowski

Przeznaczenie

Co było pierwsze – jajko czy kura? To jedno z odwiecznych pytań, które dręczą nie tylko filozofów, ale także pisarzy czy filmowców. W szczególności tych wykorzystujących konwencję fantastyki naukowej. Szczególnie te dotyczące podróży w czasie oraz reperkusji tych działań. Jeśli kojarzycie takie filmy jak trylogia „Powrót do przyszłości” czy „12 małp”, to prawdopodobnie podejdzie wam australijskie niskobudżetowe „Przeznaczenie”.

Akcja skupia się wokół Agenta Czasu, który wykonuje skoki w czasie, żeby powstrzymać ataki terrorystyczne, zamachy oraz inne tragedie. To alternatywna rzeczywistość w retro wydaniu, gdzie podróżnicy mają dwa rewolwery oraz wehikuły w kształcie futerału na skrzypce czy inną gitarę. Bohaterem jest protagonista (Ethan Hawke), który ma obsesję na punkcie dopadnięcia terrorysty o ksywie Fizzle Bomber. Człowiek ten w marcu 1975 roku podłoży ładunek, który zabije ponad 10 tysięcy osób, więc sprawa jest bardzo poważna. Wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem, jednak agent ma pewien plan. I szybko trafiamy do 1970 roku w jakimś barze, gdzie podróżnik działa jako barman pod przykrywką. Tam pojawia się pewien szorstki mężczyzna (Sarah Snook) opowiadający pokręconą historię swojego życia.

I w tym momencie muszę zatrzymać opowiadanie fabuły, bo jedno czy dwa zdania za dużo mogą zepsuć odkrywanie tajemnicy. A dzieło braci Spierig – doświadczonych gości od tworzenia efektów specjalnych – jest jednym z największych mózgotrzepów jaki widziałem od dawna. Próbując połączyć kto, co, jak i kiedy może doprowadzić komórki mózgowe do intensywnego myślenia. Ale przez większość czasu jesteśmy w nowojorskim barze AD 1970, słuchając rozmowy dwójki ludzi. Z masą retrospekcji, osadzonymi w przedziale 1945-70, mocno osadzonymi w znanej nam rzeczywistości. Efektów specjalnych oraz wizualnych bajerów tu nie znajdziecie, akcja w zasadzie dzieje się w kilku lokacjach, co wynika z ograniczeń budżetowych.

Ale reżyserzy umieją to ugrać w atut. „Przeznaczenie” ładnie wygląda wizualnie, scenografia i kostiumy z epoki świetnie budują klimat (zwłaszcza siedziby SpaceCorp), zaś świetne dialogi wpadają w ucho oraz wypadają naturalnie. To ostatnie jest także zasługą opowiadania Roberta Heinleina – jednego z klasyków literatury SF lat 50. i 60., zaś wszelkie nitki, kroki oraz twisty zawstydziłyby samego M. Nighta Shyamalana. Przeznaczenie, transgresja, podróże w czasie, tożsamość i czas – za pierwszym razem nie ogarnąłem. Czuję, że jeszcze tu wrócę. Sama akcja jest bardzo dobrze pokazana, choć jest jej zaskakująco mało, a ostatnie pół godziny to prawdziwy rollercoaster oraz rozgardiasz, próbujący spiąć wszystko w gigantycznym suple. A wszystko to jest rewelacyjnie zagrane przez dominujący duet Ethan Hawke/Sarah Snook, szczególnie ta ostatnia magnetyzuje wcielając się zarówno w mężczyznę oraz kobietę, bez popadania w sztuczność. Karkołomna, skomplikowana i niezapomniana rola.

Nie będzie raczej niespodzianką nazwanie „Przeznaczenia” najlepszym filmem braci Spierig. Intrygujący, tajemniczy, bardzo stylowy wizualne, świetnie zagrany oraz napisany. Skomplikowana układanka, do której będzie się chciało wracać, by poszukać kolejnych tropów w sklejeniu całego obrazu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dobry chłopiec

W zeszłym roku Jan Komasa nakręcił dwa anglojęzyczne filmy. Amerykańska „Rocznica”, który z perspektywy amerykańskiej rodziny pokazywała przemianę kraju w bardziej totalitarną dystopię, nie spotkała się ze zbyt życzliwym odbiorem. Dlatego tak dużą niespodzianką była polsko-brytyjska koprodukcja „Dobry chłopiec”, zmieniająca ton o 180 stopni.

Bohaterem jest Tommy (Anson Boon) – nastolatek, zachowujący się jak typowy reprezentant swojego pokolenia. Chlanie, ćpanie, imprezowanie, bzykanie. I jeszcze jest typowym rozrabiaką, co robi hałas, chaos oraz atencję. Jednak po ostatnim melanżu pobudka będzie bardziej przerażająca niż sobie może wyobrazić. Po otwarciu oczu zauważa szarą ścianę w jakieś piwnicy, do tego przykuty do ściany z łańcuchem i obrożą niczym pies. Tak chłopak trafia do domu gdzieś na odludziu, zamieszkiwanym przez rodzinę. Bardzo dziwną i specyficzną rodzinę: Chrisa (Stephen Graham), bardzo wycofaną Kathryn (Andrea Riseborough) oraz ich 10-letniego syna, Jonathana (Kit Rakusen). Czego od niego chcą? Dlaczego akurat on? I kim są ci ludzie?

Komasa stworzył jeden z najbardziej kameralnych filmów w swoim dorobku, który (poza początkiem i końcem) dzieje się w jednej przestrzeni. Czyli domu gdzieś w okolicach Yorkshire, znajdujący się z dala od świata, cywilizacji. To przejście z bardzo dynamicznego początku (intensywnie zmontowany) do brutalnego wyciszenia oraz konsternacji, która mnoży pytania. Gdzie jesteśmy? Kim są „porywacze”? Czy to seryjni mordercy, psychopaci, szaleńcy? Co ich motywuje? Albo jakim cudem puszczają filmiki Tommy’ego z social mediów na… kineskopowym telewizorze? Oraz dokąd to wszystko zmierza? Reżyser razem ze scenarzystą Bartoszem Bartosikiem ciągle podpuszczają, mieszając tropy oraz gatunki: od psychologicznego thrillera po czarną komedię. Czuć tu mocno inspirację Yorgosem Lanthimosem (choćby niedawna „Bugonia”) czy Stanleyem Kubrickiem (konkretnie „Mechaniczna pomarańcza”), pokazując bardzo ekstremalne próby wytresowania czy wychowania człowieka. By sprowadzić go na „jasną stronę życia” oraz pokazać jego miałką, płytką egzystencję. Tylko czy to zadziała?

Ale im dalej w las, tym bardziej ta relacja staje się coraz bardziej toksyczna, oparta na pełnej kontroli oraz – co nie widać na pierwszy rzut oka – okrucieństwie. Rodzina niby wydaje się normalna, bardzo opanowana, unikająca przekleństw i wyzwisk, jednak czuć w tym pewien fałsz. Widać, że ci ludzie są naznaczeni przez jakąś tragedię, która nie została przepracowana. Ale nigdy nie poznajemy ich przeszłości, co dla wielu może być frustrujące. Cały czas film trzyma w napięciu, ciągle myląc tropy i prowokując do myślenia. A wszystko sprowadza się do mocnego, szokującego finału.

A to wszystko jest fantastycznie zagrane. Na pierwszy plan wysuwa się Anson Boon w roli Tommy’ego, który jest pełen agresji, przemocy oraz wściekłości. Początkowo chce się go omijać szerokim łukiem, jednak z czasem zaczynamy widzieć odkrywane nowe emocje. Ale na ile to prawdziwa przemiana, a na ile tylko sposób na ucieczkę? Sprytnie tu lawiruje, dość łatwo budząc sympatię, nawet jeśli nie akceptujemy jego zachowania. Jednak najlepiej prezentują się Stephen Graham oraz Andrea Riseborough w roli rodziców. On – bardzo opanowany, z tupecikiem na głowie, sprawiający wrażenie empatycznego, ciepłego człowieka (szczególnie w relacji z synem), jednak w sytuacji zagrożenia nie zawaha się przed przemocą. Ona – strasznie blada, wręcz nieobecna niczym duch, rzadko się odzywająca. Widać, że skrywa się za tym pewien nieopisany ból. Dwoje razem tworzą niezapomniany duet, który zostanie na długo po seansie. Jest jeszcze niezawodny młody Kit Rakusen oraz świetna Monika Frajczyk w roli sprzątaczki Reni, która dopełnia całości.

Że „Dobry chłopiec” będzie lepszym anglojęzycznym filmem Komasy od „Rocznicy”, to podejrzewałem. Jednak jakość wykonania przeszła moje największe oczekiwania. Precyzyjna reżyseria i scenariusz, świetne zdjęcia oraz kapitalne aktorstwo czynią tą produkcję jedną z bardziej prowokujących, inteligentnych opowieści o przemocy, rodzinie oraz kreowaniu tożsamości.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zima pod znakiem Wrony

Stan wojenny to był ten okres w polskiej historii, który przerwał karnawał Solidarności i uczyniła lata 80. jednym z najbardziej depresyjnych okresów naszego kraju. Nasi filmowcy podejmowali opowieści osadzonych w tych realiach: od bardziej komediowych („Rozmowy kontrolowane”, „Chrzciny”) przez biografię („Wałęsa. Człowiek z nadziei”) aż po bardziej ambitne pokazanie funkcjonowania systemu („Żeby nie było śladów”). Teraz dostajemy koprodukcję polsko-brytyjską opartą na opowiadaniu Olgi Tokarczuk, pokazującą ten okres z perspektywy osoby z zewnątrz.

Bohaterką „Zimy…” jest Joan Andrews (Lesley Manville), mieszkająca w Londynie profesor psychiatrii. Przybywa do Warszawy 12 grudnia 1981 roku w celu przeprowadzenia wykładów na konferencji naukowej. Na lotnisku zostaje odebrana przez studentkę Alinę (Zofia Wichłacz), pełniącą rolę przewodnika. Co może pójść nie tak? Poza zniknięciem walizki, jej wykład w Pałacu Kultury zostaje przerwany przez studencką manifestację, a dodatkowo uniwersytet nie opłacił naukowczyni hotelu. Podłość ludzka zaiste nie zna granic. Zamiast tego zamieszkuje w domu dziewczyny w bloku, a następnego dnia ma odebrać ją jej brat. Problem w tym, że Alina się nie zjawa, telefon nie działa, zaś pod domem pojawia się czołg. Zostaje wprowadzony stan wojenny, a profesor utknęła bez możliwości powrotu.

Za kamerą stanęła Kasia Adamik, która postanowiła ugryźć stan wojenny w niemal surrealistycznej formie. Reżyserka bardzo przekonująco pokazuje atmosferę beznadziei życia w brutalistycznej architekturze, na zewnątrz opustoszałej i pozbawionej kolorów. Wszystko toczy się dość powolnym tempem, co może wielu zniechęcić, a jednocześnie wywołać poczucie dezorientacji oraz pytań, dokąd to wszystko zmierza. Z jednej strony kolejka po karpia i patrole milicji oraz wojska, z drugiej aresztowania przez UB/milicję, a także… wplątanie się w nielegalne drukowanie zakonspirowanej opozycji. Pojawiają się sceny ucieczki przed milicją (niezły pościg samochodowy nocą czy piesza pogoń po sfotografowaniu zabójstwa przez wypchnięcie z okna), próba zabicia przez UB czy ukrywanie się nocą w akademiku. Innymi słowy, jest intensywnie, z suspensem godnym thrillera i film mnie zaangażował. Bardziej niż się tego spodziewałem, pokazując przekonująco mentalność homo sovieticusa.

Jedyny poważny zgrzyt pojawia się w trzecim akcie, a dokładnie podczas sceny w ambasadzie. Tutaj dość jasno zostaje przedstawiona (dla mnie zbyt jasno) sytuacja geopolityczna oraz stosunek świata zachodniego. A także ostatnie sceny związane z nielegalną audycją na dachu jednego z bloków. Niemniej udaje się Adamik bardzo przekonująco pokazać atmosferę życia w tej rzeczywistości, bardziej przypominającej wielki dom wariatów.

Wszystko to jeszcze wygrywa bardzo dobra obsada. Nie zawodzi Lesley Manville w roli profesor Andrews – początkowo wycofana i zdystansowana, a także bardzo zagubiona w obcej rzeczywistości, marząca tylko o jak najszybszym wydostaniu się stąd. Pod tym wszystkim jednak kryje się ktoś z mocno zakonserwowaną empatią oraz własnymi demonami (reprezentowane przez oniryczne sceny snów). Swoje też robią niezawodni Andrzej Konopka (wuj Aliny, Henryk z cudnym wąsem) oraz Tom Burke (brytyjski ambasador). Ale największą niespodzianką była dla mnie Zofia Wichłacz, której fanem nigdy specjalnie nie byłem. I to od czasu debiutu w „Mieście 44” (może poza serialową „Warszawianką”), tutaj jednak jest przekonująca w roli studentki pozornie nierzucającej się w oczy, a tak naprawdę mocno zaangażowanej w działalność „Solidarności” idealistki. Zwłaszcza wspólne sceny z Manville należą do jednych z najjaśniejszych w dorobku Polki.

Nawet jeśli wiele dzieje się na granicy prawdopodobieństwa, to „Zima pod znakiem Wrony” pozostaje mocnym dramatem okraszonym elementami thrillera. Świetnie zagrana i wyglądająca (bardzo atmosferyczne zdjęcia Tomka Naumiuka) wizja stanu wojennego, która jeszcze nigdy nie wyglądała jak koszmar na jawie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Figurant

Kolejny odcinek polskiego kina historycznego, skupionego wokół religii. Czyli znowu mamy prosty podział na „dobry” Kościół i „zły” system, próbujący ich złamać? A jeśli dodamy do tego równania nazwisko Roberta Glińskiego, należy spodziewać się sporego rozczarowania. Po biograficznym „Ziei” teraz przyszedł czas na bardziej fikcyjnego „Figurant”.

Samo słowo figurant oznacza osobę rozpracowywaną przez służby specjalne, w tym przypadku Służbę Bezpieczeństwa. Wziętym pod obserwację jest młody krakowski biskup Karol Wojtyła. Jednak nie on jest głównym bohaterem filmu, tylko Bronisław Budny (Mateusz Więcławek) – młody chłopak, który wstępuje do SB. Zdolny, inteligentny, a także utalentowany fotograf. Do inwigilacji nowego duchownego przydziela go pułkownik Wojnar (Zbigniew Stryj). W trakcie pracy mężczyzna poznaje Martę (Marianna Zydek) – studentkę ASP, do której zaczyna czuć coś więcej. Do tego stopnia, że zawierają małżeństwo.

Gliński zaczyna intrygująco za pomocą pięknych czarno-białych zdjęć Adama Bajerskiego (kto widział „Pana T.”, wie czego się spodziewać) sklejając je z archiwalnymi materiałami. Dzięki temu zabiegowi „Figurant” sprawia wrażenie niemal dokumentu. W tle gra bardzo elegancka muzyka, a reżyser sprawnie oddaje realia czasów Gomułki. Pod tym względem najbardziej zapadają w pamięć sceny z występów Piwnicy pod Baranami czy krwawa pacyfikacja protestu pod krzyżem w Nowej Hucie. W przypadku Wojtyły widzimy go albo przez obiektyw aparatu fotograficznego, kamery filmowej czy gdzieś daleko w tle. A jednak jego wpływ na innych jest namacalny i odczuwalny, co prowadzi do – niestety, przewidywalnego – przebiegu wypadków. A reżyser próbuje dodać pewnej odrobiny szarzyzny. Czy to pokazując destrukcyjną siłę obsesji i oddaniu swojej pracy (to jednak ostatecznie sprowadza do przewidywalnego finału), czy księży-informatorów, przekazujących meldunki bezpiece. Najmocniej jednak wypada tu kwestia werbunku księdza Macieja (świetny Adrian Brząkała) za pomocą szantażu oraz podszywania się pod przyjaciela. Tutaj pojawiają się bardziej „ludzkie” odruchy naszego ubeka. Problem w tym, że to wszystko tylko okruchy, dające potencjał na coś o wiele głębszego, mocniejszego, bardziej złożonego. Przez to dzieło Glińskiego nie angażuje.

Sytuację ratuje dobra obsada, ze szczególnym wskazaniem na Mateusza Więcławka. Dzięki niemu Bronek, choć niezbyt rozbudowany scenariuszowo, staje się bardziej ludzki. To nie tępy, brutalny osiłek, ale zdeterminowany, pełen sprytu człowiek, używający inteligencji, podstępu i nawet szantażu. Ale to w momentach rozmów z księdzem Maciejem zaczynamy zauważać jego zagubienie, bezsilność i może nawet coś więcej. Brząkała w roli (nieświadomego) informatora wypada równie przekonująco, próbując dostrzec bardziej ludzką twarz systemu totalitarnego. Reszta wypada solidnie (od budzącego respekt Zbigniewa Stryja przez solidną Mariannę Zydek aż po drobne epizody Juliusza Chrząstowskiego i Andrzeja Mastalerza).

W porównaniu do ostatnich filmów Glińskiego (średnich „Kamieni na szaniec”, fatalnego „Czuwaj” i rozczarowującego „Ziei”) „Figurant” prezentuje się o wiele lepiej, ale to nadal wyższe rejony stanu średniego. Zbyt czarno-biały w portrecie rzeczywistości, która miała w sobie o wiele więcej odcieni szarości, będące zaledwie liźnięte. A była szansa na o wiele mocniejsze i odważniejsze kino.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Ballada o drobnym karciarzu

Każdy kontynent ma swoje miasto, będące wielką stolica hazardu i kasyn. W Ameryce jest Las Vegas, w Europie – Monte Carlo, zaś w Azji byłoby to Makau. Ta dawna portugalska kolonia jest miejscem akcji filmu „Ballada o drobnym karciarzu” – najnowsze dzieło Edwarda Bergera stworzone dla Netflixa.

Tytułowym karciarzem jest lord Doyle (Colin Farrell), a przynajmniej tak się przedstawia. Wygląda jak jeden wielki bajzel z tymi niewyspanymi oczami (przekrwionymi), czerwonym garniturem oraz żółtymi rękawiczkami. Dużo butelek w pokoju, żarcie oraz bardzo mało kasiory. Ale w końcu się odbije – dziś, jutro, za tydzień, wkrótce. A pieniędzy potrzebuje i to szybko – na już, na teraz, zaraz. Ma masę długów do spłacenia, zaś szczęście już dawno go odpuściło. Do tego stopnia, że nawet nie może nigdzie dostać kredytu. Wszystko zmieniają dwie kobiety. Pierwsza to lichwiarka Dao Ming (Fala Chen), która daje mu kredyt i wsparcie, zaś druga to niejaka Betty (Tilda Swinton), która go ściga i chce dopaść.

Sama historia jest bardzo prosta i nieskomplikowana, bo Berger nie wchodzi zbyt głęboko w kwestię hazardu oraz uzależnienia. Dla niego jest to pretekst do historii odkupienia oraz wyjścia z pętli nałogu. Jak na miasto hazardu przystało, wali neonowymi kolorami, obiecuje bogactwo i przyciąga ludzi obietnicą nowego, dostatniego życia. Każdy może być kim chce i udawać, ale cena do zapłacenia może być wysoka. Czuć coraz bardziej zapętlającą się pętlę, zaś każda próba wyrwania się kończy się zapadnięciem w większą dziurę. Pewnym dodatkiem jest pewien element etnicznego posmaku: nasz heros nazywany jest gwei lo (biały duch), jakby zupełnie był kimś przezroczystym, nieobecnym; w tle trwa Święto Zmarłych, zaś wokół „lorda” krążą dziwne rzeczy oraz oniryczne sceny. Dlaczego ta lichwiarka próbuje mu pomóc? Co się naprawdę dzieje? Czy nasz protagonista naprawdę żyje, a może jest duchem? I muszę przyznać, że ten film działa na poziomie immersyjnym. Czuć tutaj poczucie ciągłego osaczenia i pułapki, z której nie ma ucieczki.

Wizualnie całość wygląda pięknie niczym film Refna, gdzie każdy kadr oszałamia kolorami, bawi się kątami oraz ustawieniami kamery. Płynnie jest to zmontowane, podkreślając niepokojącą atmosferę. I jeszcze w tle ta oszczędno-sakralna muzyka, brzmiąca niczym zapowiedź końca świata, że stanie się coś nieuniknionego, ostatecznego. Tym bardziej zaskakuje finał, który skręca w nieoczywistym rejonie. A wszystko trzyma na swoich barkach niezawodny Colin Farrell, dający z siebie więcej niż fabryka daje. Jego rozedrgane oczy, niemal ciągłe patrzenie przed siebie i fasada eleganckiego dżentelmena, skrywająca desperata, samotnika oraz „uroczego” krętacza.

Choć sam film spotkał się z dość mieszanym odbiorem, to „Ballada…” jest zadziwiająco solidnym thrillerem psychologicznym. Bardzo oszczędnym w treści i może przez to wydawać się mało interesującym, ale trudno oderwać oczu od specyficznego klimatu i magnetyzującego Farrella.

7/10

Radosław Ostrowski

Pies 51

Ileż już mieliśmy na ekranie dystopii SF ubranych w konwencję kryminału/thrillera? Wystarczy wspomnieć „Raport mniejszości”, „Ja robot” czy „V jak vendetta”. Teraz pora na francuski spin w tej konwencji, tylko czy da on coś świeżego albo nowego w tym temacie. Więc jaka jest adaptacja powieści Laurenta Gaude’a „Pies 51”?

Akcja toczy się w roku 2045 w Paryżu, który został podzielony na trzy strefy: od najbogatszej do najbiedniejszej. Każda z nich jest podzielona punktami kontrolnymi, wszyscy mają na sobie bransoletki, zaś nad porządkiem czuwa Alma – sztuczna inteligencja, pomagająca policji i wymiarowi sprawiedliwości w walce z przestępczością. Nowy, wspaniały świat. A jednak nie wszystkim podoba się taki porządek – tacy ludzie należą do grupy terrorystycznej Breakwalls pod wodzą Jona Maframa (Louis Garrel). Oni od dawna byli na celowniku, ale kiedy twórca AI George Kessel, naciski są coraz większe. Śledztwo prowadzi policjantka ze Strefy 2 Salia Malberg (Adele Exarchopolous), a kiedy zostaje znalezione ciało jednego z podejrzanych o zabójstwo, przydzielony zostaje Zem Brecht (Gilles Lellouche) ze Strefy 3.

Reżyser Cedric Jimenez trzyma się znajomych prawideł kryminału/thrillera. Mamy zmęczonego, niewyspanego gliniarza-samotnika sparowanego z młodą, ambitną i trzymają się reguł służbistką. Jest jeszcze bardzo twardy minister (Romain Duris), który może pociąga za sznurki, tajemnicze zabójstwa dilerów, społeczne rozwarstwienie (Strefa 3 to w zasadzie getto). Klimatem bardzo mi to przypominało grę „Deus Ex: Mankind Divided” z odrobiną „Cyberpunka 2077”. Do tego sama wizja wypada całkiem przyzwoicie (karaoke, teleturniej Destiny, która ma być furtką dla przebicia się dzieciom ze Strefy 3 czy kościół funkcjonujący poza systemem), dodając odrobinę świeżości. Sama akcja jest zrobiona przyzwoicie, szczególnie ucieczka przed policją podczas parady z okazji Dnia Miłości czy choćby sceny z udziałem dronów. Problem w tym, że sama intryga jest zbyt znajoma i brakuje elementów niespodzianki. Może poza krótkimi momentami poza miastem.

Samo aktorstwo jest bardzo porządne i solidne, czyniąc seans przyjemnym w oglądaniu. Lellouche i Exarchopoulos wypadają dobrze, zaś chemia między nimi jest silna. Garrel w zasadzie ogranicza się do gadania o tym, jak ograniczana jest wolność, z kolei Duris pojawia się zbyt rzadko, by zapaść w pamięć. Tutaj drobne role potrafią zawłaszczyć ekran: dla mnie taką złodziejką była Daphne Patakia (prostytutka Amel) czy Valeria Bruni Tedeschi (lekarka Irina).

Jeśli spodziewacie się czegoś świeżego w konwencji dystopijnego noir SF, to „Pies 51” nie zostanie w głowie na długo. Sprawnie zrobiony technicznie, z paroma dynamicznymi scenami akcji oraz klimatem, jednak sama historia lekko chaotyczna i niepozbawiona zbędnych scen. Choć samo zakończenie i użyte „Wish You Were Here” Pink Floyd – po prostu wow.

6/10

Radosław Ostrowski

Błysk diamentu śmierci

Czy jeszcze można coś wymyślić w kwestii kina sensacyjno-szpiegowskiego? Bondy, Bourne’y, Kingsmani oraz ich klony czy parodie pokroju Austina Powersa są bardzo znanymi motywami oraz tropami, które zbudowały ten gatunek. A teraz pojawił się francuskie małżeństwo Helene Cattet/Bruno Forzani, który zrobił swoją wariację kina szpiegowskiego w mocno włoskim stylu z lat 60. i 70.

„Blask diamentu śmierci” skupia się na panu Dimanie (Fabio Tesli) – niezbyt młodym mężczyźnie, co zawsze nosi się na biało. Obecnie przebywa w jakimś hotelu na Lazurowym Wybrzeżu, popijając drinki, spacerując. Nic nie wiemy o nim, ale jedna sytuacja budzi wspomnienia z przeszłości. A dokładnie pewna apetyczna sąsiadka oraz diament… przypięty do jej piersi. Niedługo potem kobieta zostaje znaleziona martwa, zaś Diman ma podejrzenia, że to może być powiązane z jego przeszłością. Przeszłością szpiegowską, chociaż… czy aby na pewno był szpiegiem.

Para reżyserów to ewidentnie ludzie kochający kino, mocno czerpiąc z klimatów retro. Ale jednocześnie to ciągle prowadzona gra z widzem, gdzie – tak jak główny bohater – wpadamy w konsternację. Bo mamy zarówno tajną akcję z przeszłości (zdobycie zaufania handlarza ropą naftową), galerię ekscentrycznych przeciwników, z którym najbardziej niebezpieczna jest enigmatyczna Serpentik. Ciągle nosząca strój niczym ninja, z której widać tylko oczy, nikt nic nie wie o niej, szybko się pojawia i znika jeszcze szybciej. Zostawiając po sobie tylko śmierć, chaos i spustoszenie. A dalej robi się jeszcze dziwaczniej – diamenty, morderstwa, dziewczyna w sukience pełnej małych… lusterek, co robią nagrania. Raz jesteśmy w akcji, raz na konferencji prasowej, by trafić na plan filmowy. Wracają pewne linijki dialogów oraz sceny w nowych kontekstach, by jeszcze wejść w poziom meta. Co tu się dzieje? Czy tego quasi-Bonda robił David Lynch albo inny Winding Refn? I jeszcze absolutnie bardzo energetycznie (z braku lepszego słowa) zmontowane. Byłem kompletnie pochłonięty oraz oszołomiony warstwą audio-wizualną, że nie mogłem kompletnie oderwać oczu. Mózg mi eksplodował od pewnych poszlak i tropów (szczególnie w finale), cały czas będąc w stanie ciągłej stymulacji, jakiej nie czułem od dawna.

Nie wszystkim spodoba się ten film, a wielu nawet uzna za przerost formy nad treścią. Ale „Błysk diamentu śmierci” to najbardziej postmodernistyczne kino, jakiego nie widziałem od dawna. Niejako żyjące własnym życiem, czerpiące ze znajomych elementów, by kompletnie je zdemolować i rozsadzić od środka. Seans jak najbardziej warty ryzyka.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tornado

Były już dawniej próby wrzucenia samurajów poza swoim naturalnym środowiskiem w postaci Japonii jak „Samuraj i kowboje” z 1971 roku. Teraz swoje zderzenie honorowych wojowników z Zachodem prezentuje „Tornado” – pierwszy od 10 lat film szkockiego reżysera Johna Macleana. I jest to ciekawe, choć nie dla wszystkich doświadczenie.

Tytułowa Tornado (Koki) to młoda dziewczyna, która razem z ojcem przemierza różne części świata. Występują ze swoim teatrem kukiełkowym. Tym razem są gdzieś w szkockiej prowincji pod koniec XVIII wieku. Jednak spokój nie trwa wiecznie, a wszystko z powodu gangu niejakiego Sugarmana (Tim Roth). Właśnie dokonał napadu, zabierając dwa spore worki złota, jednak te… zostają skradzione podczas występu Japończyków. Przez małego chłopca, który dołącza do Tornado. A to doprowadza do konfrontacji z gangiem, zakończoną śmiercią ojca dziewczyna i jej ucieczką.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że będziemy kino zemsty z samurajką w brytyjskich krajobrazach. Tylko, że to nie jest do końca prawda. Ale zamiast krwawej jatki, rzezi oraz mordowni Maclean bardziej stawia na klimat, atmosferę i nastrój. Sama fabuła jest bardzo prosta, surowa, wręcz minimalistyczna oraz nie prowadzona chronologicznie. Dialogów jest tu bardzo niewiele, gdzie przebija temat relacji rodzic-dziecko, której potem nie daje się naprawić. Z różnych powodów. Bardziej czuć tutaj pewnego rodzaju melancholię oraz przygnębienie, dotykające wszystkich. Całość jest pięknie sfotografowana (mimo ograniczonej ilości lokacji i skromnego budżetu), co jest zasługą niezawodnego Robbiego Ryana. W tle gra bardzo oszczędna muzyka, sprawnie budowane jest napięcie (cała scena w rezydencji), kończąc się z krwawym finałem w stylu kina samurajskiego. Czyli przemoc jest nagła, gwałtowna.

Aktorsko jest bardzo solidnie, choć wszystko na barkach trzymają trzy kreacja. Pierwsza to Koki, wcielająca się w tytułową Tornado. I nie jest to twarda, silna kobieta, przynajmniej na początku, lecz jej transformacja w anielicę zemsty wypada bardzo przekonująco. Świetny jest za to Tim Roth w roli szefa gangu, coraz bardziej przypominającego siwego lisa, czarującego, sprytnego i bezwzględnego mafiozo. Trzecim jasnym punktem jest Jack Lowden, czyli coraz bardziej zbuntowany syn gangstera, Mały Sugar.

To już kolejny przykład skromnego, ale bardzo kreatywnego podejścia do znajomej konwencji. Mi jednak szkoda, że z tego zderzenia japońskiej mentalności z europejską można było wycisnąć coś więcej poza wizualną estetyką. Ale i tak jest to ciekawe kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Rocznica

Było wielu polskich reżyserów, którzy próbowali zdobyć i podbić Hollywood. Największe sukcesy osiągnął Roman Polański w latach 60. i 70., choć wielu próbowało się wybić na amerykańskiej ziemi jak Agnieszka Holland czy ceniony autor zdjęć Andrzej Bartkowiak, to jednak nikt nie zbliżył się do poziomu reżysera „Chinatown”. Teraz swój pierwszy krok ku amerykańskiemu snu wykonał Jan Komasa, który zrobił dwa anglojęzyczne (brytyjski „Dobry chłopiec” wyjdzie w przyszłym roku) w jednym roku.

„Rocznica” skupia się na inteligenckiej rodzinie z typowych amerykańskich przedmieść, którą poznajemy podczas 25-lecia rocznicy małżeństwa. Ellen (Diane Lane) jest profesorem na uniwersytecie, jej mąż Paul (Kyle Chandler) prowadzi restaurację i mają jeszcze czwórkę dzieci: prawniczkę Cynthię (Zoey Deutch), stand-uperkę Annę (Madeline Brewer), mieszkającą z rodzicami Birdie (Mckenna Grace) oraz aspirującego pisarza Josha (Dylan O’Brien), którego nikt nie chce wydać. I to ten ostatni zaprasza na rodzinną uroczystość swoją dziewczynę – Elisabeth (Phoebe Dynevor). Jak się dowiadujemy, młoda kobieta to była studentka Ellen, której praca zaliczeniowa została odrzucona za zbyt anarchistyczne i anty-demokratyczne treści. Co gorsza, jej tekst został opublikowany przez wpływową korporację i staje się bestsellerem.

Jeśli wielu skojarzyła się ta fabuła z „Hejterem”, to nie jesteście jedyni. Reżyser jednak robi o wiele bardziej kameralny film, który w zasadzie całą akcję osadza w okolicy domu Taylorów, rzadko ją opuszczając. Początek też wydaje się bardziej iść w stronę obyczajowego dramatu, gdzie zaczynają pojawiać się pewne rysy w tym rodzinnym portrecie. Docinki, iskry oraz pewne złośliwości – nie pozbawione odrobiny przebłysku. Ale im się przesuwamy, tym bardziej za oknem zmienia się krajobraz. Kraj staje się coraz bardziej autorytarny, wręcz niebezpiecznie skręcający ku totalitarno-dystopijnym wizjom Orwella czy Huxleya. A to zaczyna się odbijać na samej rodzinie, atmosfera robi się coraz gęstsza, doprowadzając do bardzo dramatycznych sytuacji. Komasa nawet w prostych rozmowach potrafi budować napięcie niczym w rasowym thrillerze. Robi się coraz bardziej politycznie (choć wszystko jest bardzo alegoryczne, nie odnosząc się wprost do obecnej sytuacji), kraj zaczyna się dzielić, zaś członkowie rodziny mierzą się z konsekwencjami tych zmian. I nie brakuje tutaj bardzo mocnych scen – pobicie Anny podczas stand-upu czy bardzo krwawy finał – to jednak film nie jest aż tak ciężki emocjonalnie jak mógłby być. Próba zuniwersalizowania kwestii dziejącej się na przestrzeni 5 lat przemian oraz pewna ogólnikowość tego procesu były dla mnie największą słabością.

Technicznie całość zrobiona jest poprawnie i jest czymś, co nazwałbym przerostem treści nad formą. Zdjęcia, scenografia i kostiumy nie wywołują efektu wow, ale też nie wyglądają jakby robione na odwal. Niemniej brakuje tu jakiegoś pazura czy czegoś wyrazistszego w kwestii stylu. To jednak rekompensuje bardzo soczysta obsada, gdzie każdy ma swoje pięć minut, by móc zabłysnąć. Jednak najważniejsze są tutaj fantastyczne role Diane Lane oraz Phoebe Dynevor. Pierwsza jako matrona z bardzo silnymi przekonaniami liberalnymi, próbując trzymać ład i kontrolę nad wszystkim, druga zaś pozornie łagodna oraz delikatna, lecz jest w niej pewne wyrachowanie oraz manipulacja (przygotowanie przed lustrem nim poznać teściów). Tutaj lecą najmocniejsze iskry, niejako walcząc o „władzę”. Jednak reszta też ma swoje momenty jak zaskakująco poważny Dylan O’Brien, czarujący oraz opanowany Kyle Chandler czy będąca na skraju depresji i obojętności Deutch, przykuwając uwagę.

Więc czy „Rocznica” jest udanym filmem? Teoretycznie odpowiedź brzmi tak, choć miałem pewne poczucie niedosytu. Świetnie zagrane kino obyczajowe, może trochę teatralne w formie i treści oraz udające troszkę głębię, niemniej w trakcie seansu wsysa niczym odkurzacz, trzyma w napięciu do samego końca. Ale kibicuję Komasie oraz mam nadzieję, że następny film będzie lepszy.

7/10

Radosław Ostrowski