Apetyt na więcej. La Cocina

Tytułowa „la cocina” to hiszpańskie określenie na kuchnię. I nie chodzi tutaj o kuchnię domową, lecz o restaurację z rodzaju tych prestiżowych. Choć nazwa niczego takiego nie sugeruje – The Grill w Nowym Jorku na Times Square. To tutaj dzieje się większość akcji „La cocina” (polskiego podtytułu nie będę tu podawał), czyli nowego filmu meksykańskiego reżysera Alonso Ruizpalaciosa.

Do tej kuchni trafiamy wraz z nową pracownicą – Estelą (Anna Diaz), kuzynką pracującego tu od 3 lat kucharza Pedro (Raul Briones). Ten ostatnio poszedł na noże z jednym z kucharzy o dłuższym stażu, Maxie (Spencer Granese) i marzy o osiedleniu się tu na stałe. Nawet ma już dziewczynę, kelnerkę Julię (Rooney Mara), z która ma mieć dziecko. Znaczy, on chce mieć, ona niekoniecznie. Jest jednak inna komplikacja: z jednej z kas zniknęły pieniądze. Nieco ponad 800 dolarów, więc szefostwo postanawia przeprowadzić własne dochodzenie.

Z samego tego opisu można stwierdzić, że „La cocina” to gatunkowa hybryda. Bo jest tu i melodramat, odrobina thrillera, dramat psychologiczny, a jest nawet miejsce na humor. Sama kuchnia jest dla twórcy mikrokosmosem, niczym w „Zaklętych rewirach”, tutaj zdominowanym przez imigrantów. Głównie z Ameryki Południowej, co szukają pracy i szeroko rozumianego „lepszego życia” w krainie możliwości. Zostają jednak zderzeni z kapitalizmem oraz bardzo ciężką pracą, co czasami potrafi mieć na nich większy wpływ niż się wydaje. Kamera niemal całkowicie ignoruje jedzenie i skupianie się na wyglądzie potraw, zaś czarno-białe zdjęcia jeszcze bardziej potęgują poczucie niepewności, podskórnej nerwowości. Sporo tutaj ujęć podąża za postaciami (przygotowywanie zamówień, Estela pierwszy raz wchodząca do środka, ostry wyciek coli z zepsutego automatu), pokazując cały ten tumult oraz chaos, z jakim mamy tu do czynienia. I te chwile bardziej trzymały mnie w napięciu niż cała sprawa z zaginionymi pieniędzmi.

Jednak na pierwszy plan wybija się relacja Pedro z Julią i to jest prawdziwe serce tego filmu. Briones bardzo przekonująco pokazuje człowieka pragnącego stabilizacji i szczęścia z kobietą, jednak kolejne ciosy oraz okoliczności pokazują jego frustracje, wściekłość. Czekałem na moment, w którym dojdzie do ostatecznej eksplozji, a ta robi piorunujące wrażenie. Mara wydaje się być kontrastem: pozornie delikatna, jednak o wiele mocniej stąpa po ziemi i… skrywa pewną tajemnicę. Chemia między nimi jest mocna, przez co mnie obchodził ich los. Jednak dla mnie film skradł Motell Foster w roli Nonzo, kucharza odpowiedzialnego za desery i jego monolog o swoim marzeniu oraz Lee Sellars jako niemal ciągle wkurzony szef kuchni.

Początkowo „La cocina” może wydawać się dezorientujący i podążać w różnych kierunkach, jednak Ruizpalacios przede wszystkim pokazuje jak łatwo marzenia zostają zderzone z rzeczywistością. O straconych złudzeniach, mogących rozerwać człowieka na strzępy. O wiele mocniejsze dzieło niż może się wydawać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Komora

Chyba żaden inny pisarz nie był tak popularny w latach 90. jak John Grisham. Pisarz specjalizujący się w thrillerach prawniczych stanowił źródło dla takich filmowców w rodzaju Alana J. Pakuli („Raport Pelikana”), Sydneya Pollacka („Firma”), Joela Schumachera („Czas zabijania”) czy Francisa Forda Coppoli („Zaklinacz deszczu”). Nie oznacza to jednak, że każda jego filmowa adaptacja jest udana. Właśnie taki jest przykład filmu „Komora” z 1996 roku.

Bohaterem filmu jest Adam Hill (Chris O’Donnell) – młody adwokat, działający w sporej kancelarii. W zasadzie nie prowadził jeszcze poważnej sprawy, aż do teraz. Bardzo naciska na swojego szefa, by poprowadzić sprawę Sama Cayhilla (Gene Hackman) – skazanego na karę śmierci za zamach bombowy w 1967 roku na kancelarię prawniczą. Zginęło wtedy dwoje dzieci, zaś ich ojciec został sparaliżowany. Wyrok (komora gazowa) ma zostać wykonany za 28 dni, ale Hill ma jeszcze osobisty motyw. Oskarżony jest jego… dziadkiem, o którego istnieniu nie miał pojęcia przez dłuższy czas. Młodzik ma w zasadzie wszystkich przeciwko sobie, wyrok niejako zapadł, a wina wydaje się oczywista. Do tego sam oskarżony nie pomaga i jest bardzo oporny we współpracy.

„Komora” teoretycznie powinna zadziałać. Za kamerą stanął James Foley, który parę lat wcześniej stworzył znakomite „Glengarry Glen Ross” według sztuki Davida Mameta, przy scenariuszu maczał palce legendarny William Goldman („Butch Cassidy i Sundance Kid”, „Wszyscy ludzie prezydenta”, „Misery”), zaś w obsadzie mamy m.in. Gene’a Hackmana oraz Faye Dunaway. Jednak efekt końcowy jest mocno rozczarowujący. Z jednej strony mamy kolejne spojrzenie na Południe USA, gdzie rasizm i nienawiść są na porządku dziennym. Z drugiej jest tutaj masa pogrzebanych tajemnic oraz zagadek, rzutujących na przyszłość. W zasadzie poza naszym protagonistą w zasadzie nikomu nie zależy na wyjaśnieniu tej tajemnicy: od polityków przez mieszkańców aż po samego oskarżonego.

Problem jednak mam jeden, ale bardzo konkretny: KOMPLETNY BRAK NAPIĘCIA, jakiegokolwiek. Rozwiązywanie zagadki kompletnie nie angażuje, pewne sceny w zasadzie nic nie wnoszą (Adam w siedzibie Klanu), pojawiają się sceny z przeszłości rodziny Cayhill. Niby ma to wzbudzić poczucie w sprawie antypatycznego oskarżonego i podjąć kwestię kary śmierci, tylko brakuje tu świeższego spojrzenia. Że nawet największy złoczyńca może być człowiekiem, pokazał wcześniej film „Przed egzekucją”. Że kara śmierci może być odbierana jako zbrodnia w majestacie prawa, to też nic nowego.

W zasadzie z całej obsady najbardziej wybija się świetny Gene Hackman w roli Cayhilla. Rasista, członek Klanu, facet absolutnie szorstki, cyniczny i nie mizdrzący się do widza. A jednocześnie widać coś więcej w tej postaci, co aktor pokazuje drobnymi spojrzeniami i elektryzuje do samego końca. Przy nim cała reszta wypada bardziej blado niż świeżo malowana deska. Zwłaszcza Chris O’Donnell w roli protagonisty prezentuje wyższy poziom drewna niż Keanu Reeves w tym czasie. Mówi strasznie płasko i bez emocji, że Adam Jensen z serii „Deus Ex” przy nim to choleryk. O reszcie mi się nawet nie chce mówić, bo nie ma specjalnie o czym.

Chciałbym coś dobrego powiedzieć o „Komorze”, ale nie jestem w stanie znaleźć zbyt wiele pozytywów. Te dwie godziny może i mijają bezboleśnie, jednak nie angażuje emocjonalnie, udaje głębię, zaś scenariusz oraz aktorstwo woła o pomstę do nieba. Absolutna strata czasu oraz esencja przeciętności, lepiej zobaczyć „Czas zabijania” z tego samego roku.

5/10

Radosław Ostrowski

Operacja Maldoror

Ta sprawa wstrząsnęła Belgią w latach 90., pokazując niekompetencje podzielonej na trzy służby policji – policją lokalną, sądową i żandarmerię. W trakcie reformy wymiaru sprawiedliwości, gdzie wszystkie te jednostki nie komunikowały się ze sobą, co jeszcze bardziej pokazywało paraliż biurokratyczny. O tym mrocznym okresie opowiada „Operacja Maldoror”.

Akcja zaczyna się w roku 1995 i skupia się wokół Paula Chartiera (Anthony Bajon) – młodego żandarma, planującego ślub z Giną (Alba Gaia Belluci). W tym czasie zaginęły dwie dziewczynki, zaś służby mundurowe dopiero po paru dniach zaczęły poszukiwania. Jego przełożony, brygadier Hickel (Laurent Lucas), decyduje się stworzyć małą grupkę operacją do operacji Maldoror. Grupa ma obserwować podejrzanego Marcel Dedieu (Sergi Lopez) i złapać go na gorącym uczynku. Co brzmi jak coś łatwego, jednak tropy i poszlaki, a także chaos służb nie powaga wyjaśnić sprawy. Zaś Chartier coraz bardziej staje się sfrustrowany, co prowadzi do jednego finału.

Belgijski reżyser Fabrice du Welz tworzy bardzo złożony thriller, który równie dobrze mógłby być mini-serialem. Filmowiec bardziej skupia się na naszym bohaterze (świetny Anthony Bajon) – gliniarzu z kryminalną przeszłością (ojciec należał do mafii), troszkę pulchnym, z drobnym wąsem. Choć zdarza mu się kierować bardziej intuicją niż literą prawa, przez co bywa w konflikcie ze swoimi współpracownikami. Musi grać w grę, gdzie niekompetencja służb, brak komunikacji między jednostkami oraz korupcja są na porządku dziennym. Dość szybko poznajemy i odkrywamy kto jest zamieszany, a także siatkę handlarzy dziećmi/pedofilami, zaś samych scen brutalnych, krwawych oraz szokujących jest tu jak na lekarstwo (na szczęście).

Co jeszcze bardziej zaskakujące, większość scen dzieje się za dnia. Reżyser bardzo rzadko korzysta z nocnych ujęć, stanowiąc odświeżające doświadczenie. Nie oznacza to jednak, że nie ma tu napięcia czy budowania niepokojącej atmosfery. Tylko Du Welz sięga po inne środki wyrazu: od sporej ilości momentów wyciszenia przez elektroniczno-westernową muzykę po wręcz szorstkie zdjęcia. Bliżej temu dziełu do „Zodiaka” Davida Finchera, pokazującego destrukcyjny wymiar obsesji. Jak łatwo można przejść na ciemną stronę. Wielu może znużyć tempo oraz większe skupienie na policjanta niż na śledztwie. Niemniej jest to o wiele bardziej interesujące kino gatunkowe, bardzo odległe od hollywoodzkich schematów i szablonów.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Niewygodny świadek

Ta randka w ciemno miała się zakończyć inaczej dla Carol Hunnicut (Anne Archer). Rozwódka została namówiona przez swoją przyjaciółkę. Umówiła się w hotelowym pokoju, a poznany Michael (J.T. Walsh) wydawał się sympatycznym gościem. A wtedy pojawili się goście, ale ona akurat była wtedy w toalecie. Okazało się, że nowy przyszły chłopak podwędził pewnemu mafiozo kupę pieniędzy, a takie rzeczy nie uchodzą płazem. Więc musiał zginąć, zaś kobieta uciekła i schowała się z dala od ludzi. Myślała, że będzie bezpieczna. Ale przypałętał się taki jeden patafian, któremu bardzo zależało na dopadnięciu gangstera. Nazywał się Robert Caulfield (Gene Hackman) i jest zastępcą prokuratora generalnego, a także jest zdeterminowany w osiągnięciu celu. Wtedy cały spokój szlag jasny trafił, zaś w ślad za tą dwójką ruszają zabójcy. Oboje w ostatniej chwili wsiadają w pociąg do Vancouver, ale czy wyjdą z tego żywi?

Tym filmem zaczął lata 90. reżyser Peter Hyams – wówczas znany z „Odległego lądu”, sequela do „2001: Odysei kosmicznej” oraz sporej ilości thrillerów/filmów akcji. „Niewygodny świadek” jest jedną z takich produkcji, do tego remake dreszczowca z lat 50.. Punkt wyjścia jest banalnie prosty, gdzie mamy bohaterów w bardzo zamkniętej przestrzeni i w każdej chwili może pojawić się zagrożenie. Cały myk polega na tym, że ci źli nie znają wyglądu świadka, więc ona musi być schowana. Pociąg do długich nie należy, ale na szczęście zbiry nie są przedstawicielami homo sapiens o wysokim IQ. Trzeba przyznać, że Hyams powoli, lecz efektywnie buduje nerwową atmosferę i napięcie. Nawet wcześniejsza ucieczka samochodem przed helikopterem jest świetnie zmontowana oraz pełna werwy.

Muszą pojawić się (dość krótkie) chwile na złapanie oddechu, ale kreatywność naszego adwokata w wychodzeniu z sytuacji budzi respekt. Od mylenia przedziału przez chowanie się aż po… zabranie dziecku pistoletu-zabawki. I co najważniejsze, ani razu nie używa on broni palnej w walce. Hyams stara się trzymać się realizmu, choć parę razy przebijają się szablony i klisze (propozycja „układu” między Caulfieldem a cynglem; osoby nie będące tym, na kogo wyglądają). To może wywołać pewne drapanie się po głowie, ale jednak całość trzyma w napięciu. Po części jest to zasługa cholernie dobrych zdjęć (za to odpowiada sam Hyams) oraz oszczędnej, opartej głównie na fortepianie, muzyce Bruce’a Broughtona.

Do tego dodatkową kartą jest duet Gene Hackman/Anne Archer. On jest bardzo zdeterminowany, choć bywa narwany, ale budzi sympatię. Ona jest bardziej poddenerowana (ale nie histeryczna), chcąca ukryć się i nie ściubać nosa, o składaniu zeznań nie ma mowy. Może i jest ona wsadzona jako dama w opałach, ale jej los mnie obchodził. Razem tworzą niezły duet.

Trzeba przyznać, że „Niewygodny świadek” to solidny kawałek kina w starym stylu. Z niezłymi dialogami, sprawnie wyreżyserowany i ładnie sfotografowany oraz sporą ilością suspensu. Nie jest to może thriller na poziomie Hitchcocka, będącego inspiracją dla tej produkcji, jednak jest zbyt dobrze wykonany, by go przeoczyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Przesyłka

Przez najbliższe dni pojawiają się recenzje filmów z niedawno zmarłym Gene’m Hackmanem. Zarówno już znane dzieła, których nie miałem okazji zobaczyć, jak i te mniej znane produkcje. Na pierwszy ogień pewien mały thriller z roku 1989.

„Przesyłka” zaczyna się w Berlinie, nadal podzielonym na wschodnią i zachodnią strefę. Tutaj odbywają się rozmowy między przywódcami USA i ZSRR dotyczące rozbrojenia nuklearnego. Sprawa wydaje się być ustalona, a podpisanie porozumienia ma się odbyć za kilka dni w siedzibie ONZ. W tym czasie jeden z żołnierzy, sierżant John Gallagher (Gene Hackman) jest jednym z pilnujących porządku w Berlinie. Niedługo po rozmowach, podoficer dostaje zadanie odeskortowania żołnierza do więzienia w USA. Aresztant, niejaki Walter Henke (Tommy Lee Jones) sprawia wrażenie cynicznego i dość krnąbrnego wojaka. Podczas przystanku w lotnisku w Waszyngtonie Gallagher zostaje pobity, a Henke ucieka bez śladu. Wojskowy próbuje znaleźć przesyłkę, w czym próbuje mu pomóc jego była żona (Joanna Cassidy). Oboje pakują się w o wiele grubszą intrygę, mającą na celu doprowadzić do zerwania porozumienia.

To dość skromny i spokojny dreszczowiec szpiegowski, będący reliktem końca zimnej wojny. Reżyser Andrew Davis tutaj dokładnie buduje całą intrygę, gdzie wiemy kto pociąga za sznurki oraz ogólny zarys całego planu. Jednak szczegóły są bardzo oszczędnie dawkowane i razem z bohaterem zaczynamy łączyć kolejne kropki. Oczywiście, mamy tu do czynienia ze spiskiem, w którym obu stronom (amerykańskim i sowieckim wojskowym) zależy na zerwaniu porozumienia oraz ciągłego trwania stanu wojny. Nie wiadomo komu można zaufać, każdy może podawać się za kogoś innego, jedynie starzy przyjaciele mogą dać szansę na przetrwanie. Brzmi znajomo, ale mimo to potrafi zainteresować.

Szczególnie, gdy akcja przenosi się do Chicago. Wszystko zaczyna wtedy (choć niezbyt gwałtownie) przyspieszać, a poczucie wyścigu z czasem jest bardzo namacalne. Samej akcji jest tu zaskakująco niewiele, ale jak się pojawia, jest gwałtowna i intensywna. Zwłaszcza ostatnie pół godziny potrafią trzymać za gardło. Od stonowanego montażu przez absolutnie świetną muzykę Jamesa Newtona Howarda (kompozytor pierwszy raz pracował z orkiestrą symfoniczną i to zaprocentowało) po dobre dialogi.

Aktorzy tutaj nie mieli zbyt dużego pola do popisu, ale wyciskają wszystko z materiału. Gene Hackman jest solidny w roli doświadczonego służbisty, którego intuicja trzyma przy życiu. Jest porządny i ma w sobie na tyle determinacji, by mu kibicować. Jednak o wiele lepszy jest Tommy Lee Jones w roli „Henkego”. Bardzo cyniczny, pozbawiony złudzeń zabójca, który jest zawsze opanowany i małomówny. Wydaje się być świadomy swojej roli w planie, ale mu to nie przeszkadza. Na drugim planie wybija się zarówno solidny Dennis Franz (policjant Milan Delich) oraz mocny John Heard (pułkownik Whitacre).

„Przesyłka” to zapomniany, ale bardzo przyzwoicie zrobiony thriller w starym stylu. Jest tu o wiele więcej momentów spokoju niż dynamicznej akcji i strzelanin, co dla wielu może być wadą. Jednak wiele tu wynagradza dobre aktorstwo, solidny scenariusz oraz reżyseria Davisa.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Nasienie świętej figi

Nie będę udawał, że jestem znawcą Iranu i kina z tego kraju rządzącego przez teokratyczny reżim totalitarny. Filmowcy mają tu ograniczone możliwości kręcenia oraz tematów, o których można opowiedzieć. A nawet jeśli udaje się nakręcić film (w tajemnicy, mając pozwolenie na podstawie fałszywych scenariuszy), to władze uznają takie dzieło za antypaństwowe i wsadzają twórców do więzienia. Taki jest też przypadek Mohammada Rasoulofa – reżysera od kilku lat na cenzurowanym przez Iran. Za swój ostatni film, o którym chcę opowiedzieć, został skazany na 8 lat więzienia, cała ekipa i aktorzy byli przesłuchani, a także mieli zakaz opuszczenia kraju. Niemniej reżyserowi udało się uciec (pieszo!!!), obecnie przebywając w Niemczech. To tyle w kwestii tła politycznego tego filmu, która jest bardzo istotna dla „Nasienia świętej figi”.

Sam film skupia się na jednej rodzinie, gdzie ojciec Iman (Missagh Zareh) został awansowany na sędziego śledczego. Jedynie żona Najmeh (Soheila Golestani) wie czym on się zajmuje, zaś nastoletnie córki Rezvan (Mahsa Rostami) i Sana (Setareh Maleki) pozostają w niewiedzy. Przynajmniej do czasu. W kraju zaczynają wybuchać zamieszki wśród studentów i uczennic, przez co dziewczyny zostają w domu. Sytuacja rodzinna zaostrza się, kiedy siostry pomagają przyjaciółce – postrzelonej podczas demonstracji Sadaf (Niousha Akhshi). Później dziewczyna znika bez śladu. Najgorzej się dzieje, gdy z domu znika służbowy pistolet ojca.

„Nasienie” jest jednym z tych filmów, które Amerykanie nazywają slow-burn – z niespiesznym rytmem, bardzo powoli budującą atmosferą niepokoju i poczuciem czegoś wiszącego w powietrzu. Fakt, że produkcja powstania „po partyzancku” wyjaśnia pewną szorstkość w warstwie wizualnej (szczególnie w nocnych scenach) oraz sporą ilość scen w zamkniętej przestrzeni. Jednak reżyser pewnie pokazuje jak opresyjność systemu działa na zwykłych ludziach. Męża, coraz bardziej przytłoczonego swoją pracą i tym, jak szybko musi przeprowadzać wyroki; próbującą zachować rodzinny spokój żonę oraz dwójkę zbuntowanych nastolatek. Kontrast między medialnymi informacjami a informacjami z social mediów, ciągłe poczucie jakiegoś niewytłumaczalnego niepokoju oraz poczucie paranoi zmieszane z fanatyzmem prawa. Atmosfera staje się coraz bardziej duszna, by w finalne niemal skręcić całkowicie w psychologiczny horror. I nie ważne, czy mamy tu do czynienia z pomocą postrzelonej koleżance (wyciąganie śrutów pensetą) czy pisania zeznań z zawiązanymi oczami – Rasoulof potrafi w takich miejscach szarpnąć.

Niemniej muszę przyznać, że tempo potrafi parę razy przysiąść i zdarzało mi się ziewnąć. Trochę się też obawiałem, że moja nieznajomość tych realiów będzie dla mnie barierą nie do przeskoczenia (jak w przypadku filmów Fahradiego). Ale tutaj nie było to aż tak hermetyczne, jak się spodziewałem. Do tego udział mniej znanych – przynajmniej mi, a zapewne także i światu – aktorów tylko dodaje autentyczności.

„Nasienie” jest mroczne, ciężkie i pokazuje na przykładzie jednej rodziny bezwzględność oraz terror. Jednocześnie daje (choć może tylko ja to widzę) pewną nadzieję, że zastany porządek da się zmienić. Choć nie stanie się to z dnia na dzień.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Towarzysz

Są takie filmy, o których ciężko się mówi. Nie dlatego, że podejmują ciężkie tematy, są nieprzystępne formalnie czy wywołują kompletną konsternację. Chodzi raczej o to, że zdradzając zbyt wiele z fabuły można popsuć wiele niespodzianek oraz zaskoczeń. Takimi produkcjami pełnymi twistów w ostatnim czasie byli „Barbarzyńcy” oraz „Strange Darling”, a do tego grona dołącza „Towarzysz”.

Sam początek zapowiada historię miłosną. Widzimy dziewczynę żywcem wziętą z lat 60. Iris (Sophie Thatcher), która chodzi po supermarkecie. Tam poznaje niejakiego Josha (Jack Quaid), który ma zabójczy uśmiech i jest bardzo nieporadny, ale w uroczy sposób (pomarańcze ze stoiska wypadają). To jest miłość od pierwszego wejrzenia. Potem widzimy nasza parkę jadącą do chatki poza miastem, we wielkim lesie. Tylko, że chatka to cholernie wypasione domostwo, które należy do Siergieja (Rupert Friend) i jego dziewczyny Kat (Megan Suri). Poza nimi jest jeszcze para chłopaków, mocno przy kości Eli (Harvey Guillen) oraz Patrick (Lukas Gage). Imprezka się rozkręca, alkohol leci i wskutek pewnych okoliczności Siergiej zostaje zabity.

Reżyser Drew Hancock ewidentnie idzie drogą „Barbarzyńców” (reżyser tego filmu Zach Gregger pełni rolę producentem wykonawczym), czyli filmu pełnego twistów, zaskoczeń i gatunkowych hybryd. Coś, co zaczyna się jak historia miłosna, zaczyna skręcać w rewiry thrillera, krwawej jatki, a nawet elementy SF. Sama historia zaczyna mieć kolejne warstwy, dialogi są pełne drobnych podtekstów, zaś kolejne wolty nie sprawiają wrażenia przestrzelonych czy przekombinowanych. Kameralność opowieści i poczucie izolacji działają na plus, widzimy też toksyczność relacji damsko-męskich, gdzie istotną rolę odgrywa kontrola, manipulacja i dominacja. „Towarzysz” jednak bardziej skupia się na aspektach dreszczowca oraz trzymania w napięciu, co robi bardzo dobrze. Poczucie niepokoju i zagrożenia jest bardzo intensywne, próbując do samego końca kibicować naszej bohaterce.

A ta świetnie jest grana przez Sophie Thatcher, która tu błyszczy. Nie tylko wygląda zjawiskowo, ale bardzo przekonująco pokazuje przemianę od bardzo nieśmiałej i zagubionej do pewnej siebie kobiety, znającą swoją wartość. Brzmi może schematycznie, ale nie czuć tutaj sztuczności czy drogi na łatwiznę. Równie dobrze wypada Jack Quaid, początkowo sprawiając wrażenie sympatycznego faceta. Ale to tylko fasada, skrywająca kogoś bardziej niebezpiecznego. Reszta postaci też ma swoje pięć minut, choć całość skradł Friend jako Siergiej. Z ruskim akcentem, wąsem i fryzurą na czeskiego piłkarza kradnie każdą scenę.

Chyba udało mi się uniknąć spojelerów, ale jedno mogę powiedzieć: „Towarzysz” to kolejny stylowy dreszczowiec, który skręca w inne rejony niż się początkowo wydaje. Powiedziałbym, że to idealny film dla Walentynki i nie ma w tym żadnej ironii. Po seansie pary spojrzą na siebie zupełnie inaczej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Babygirl

Ostatnimi czasy próbowano przywrócić kino o zabarwieniu erotycznym, co spowodowało falę produkcji pokroju „50 twarzy Greya” czy innych „365 dni”. Efekty zazwyczaj były rozczarowujące albo wręcz żenujące (może poza „Elle” Paula Verhoevena). Sytuację próbuje zmienić studio A24, a konkretnie reżyserka Halina Reijn ze swoją „Babygirl”.

babygirl1

Akcja dzieje się w okolicy Bożego Narodzenia w Nowym Jorku. Tutaj mieszka i pracuje Romy Mathis (Nicole Kidman) – prezes korporacji w firmie, która produkuje roboty. Ale spokojnie, żadne tam androidy i skomplikowane maszyny ze sztuczną inteligencją. Jednym słowem – kobieta sukcesu, z kochającym mężem (Antonio Banderas) oraz dwójką dzieci. Wszystko zmieni się, gdy pojawi się tajemniczy Samuel (Harris Dickinson), czyli młody praktykant przydzielony w ramach programu mentorskiego. Już przy ich pierwszej rozmowie coś zaczyna iskrzyć i dochodzi do… pocałunku. A to dopiero początek tej dziwnej relacji.

babygirl2

Na pierwszy rzut oka, fabuła tego filmu brzmi i wydaje się banalna. Biurowy romans, gdzie bardziej doświadczona i pewna siebie kobieta ulega młodszemu chłopakowi. Ale kto tu kogo tak naprawdę uwodzi? On ją czy ona jego? Bo reżyserka nie idzie na łatwiznę w pokazywaniu tej relacji, której sami bohaterowie nie są w stanie nazwać. Czy to romans, zauroczenie, fizyczne przyciąganie czy może jednak coś więcej? Co jest w nim takiego, że kobieta jest w stanie zrobić dla niego wszystko? Umówić się w pokoju, klęczeć i na kolanach zlizywać mleczko z miski? Być tą uległą i posłuszną? W czasach po #metoo taki film, bez jednoznacznego wskazywania oraz unikania robienia ofiar z kogokolwiek jest zaskakujący oraz nieoczywisty.

babygirl3

„Babygirl” bardzo działa na zmysły. Wystarczy wspomnieć teledyskowy montaż pod „Never Tear Us Apart” INXS czy tańczącego w spodniach Samuela do „Father Figure” George’a Michaela. Jednak film nie skręca w stronę porno, a miejscami wywołuje sporo niezręczności (mogącej zarówno budować napięcie, jak i humoru). Wszystko także jest bardzo dobrze sfotografowane, z absolutnie rewelacyjną muzyką oraz dość nieoczywistym finałem. Jedyny problem miałem ze sceną w dyskotece, gdzie dźwięk był podkręcony do tego stopnia, że wywołało to we mnie ból uszu. Do tego absolutnie elektryzujący duet Nicole Kidman/Harris Dickinson, gdzie wszystko wokół nich tworzy wiele niejednoznaczności – wiele niedopowiedzeń, manipulacji oraz dominacji.

Więcej nie zamierzam zdradzić, ale powiem jedno: „Babygirl” bardzo mnie zaskoczyło. To bardziej dramat psychologiczny skupiony na kobiecym pożądaniu niż pełnokrwisty erotyk, ale jest w nim miejsce na napięcie, odrobinę humoru oraz refleksji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Diabeł

Polscy filmowcy od kilku lat próbują stworzyć kino akcji z prawdziwego zdarzenia, ale efekty raczej są niezbyt wysokich lotów. Produkcje Daniela Markiewicza i Patryka Vegi pozostawiały najwyżej niesmak, zaś jeden Władysław Pasikowski to trochę za mało. Niemniej ciągle ktoś próbuje wbić się do tego gatunku jak Cyprian T. Olencki z „Furiosą”. Czy równie udany będzie przypadek debiutu Błażeja Jankowiaka?

Tytułowym Diabłem jest niejaki Max Achtelik (Eryk Lubos) – były żołnierz, wyszkolony komandos, obecnie przebywa z dala od wielkiego miasta oraz armii. Potem działał jako najemnik pod dowództwem pułkownik „Łabędź” (Aleksandra Popławska), jednak obecnie nie planuje wracać do akcji. Wraca do rodzinnego miasteczka na pogrzeb swojego ojca, z którym nie utrzymywał kontaktu od 20 lat. I już na miejscu ktoś próbuje się włamać do mieszkania nieboszczyka, ale Max załatwia sprawę twardymi pięściami. A to dopiero początek awantury, w którą zamieszany jest pewien lokalny gangster Kantor (Piotr Trojan) oraz przyjaciel jego ojca (Krzysztof Stroiński). Max jako wsparcie ma jedynie swoją dowódczynię, towarzyszącego psa i dawną dziewczynę (Paulina Gałązka).

Sam film trudno nazwać stricte filmem akcji, a reżyser nie do końca panuje nad materiałem. Historia jest oparta na masie klisz i schematów: od ostatniego sprawiedliwego niczym westernowego herosa, kilka tajemnic do ukrycia, tajemniczych zgonów, prób zabójstwa oraz krążących w okolicy najemników. Nie można nie wspomnieć o układzie, niczym z największych koszmarów polityków PiS. Historia toczy się dość powoli i spokojnie, zaś scen akcji jest tu o wiele mniej niż się można spodziewać. Nie są zbyt efektowne, wyglądają poprawnie, ale czasami bywa bardzo nieczytelnie. Do tego jeszcze czasem dialogi nie brzmią za dobrze, nadmiar pobocznych wątków potrafi przytłoczyć oraz zdezorientować, zaś zakończenie jest mało satysfakcjonujące (z otwartą furtką na ciąg dalszy oraz – kompletnie wziętą znikąd planszą o stanie polskich weteranów).

Sytuację częściowo ratuje obsada, ale nie jest ona w pełni wykorzystana. Eryk Lubos ma w sobie sporą charyzmę i w roli Maxa „Diabła” sprawdza się bardzo dobrze – opanowany, twardy wojownik, co potrafi wyjść z każdej opresji. Nie zawodzi też Stroiński, którego obecność zawsze jest przyjemnością, a także Karol Biernacki (najemnik „Zimny”), za to dość zbędna jest tutaj Paulina Gałązka (Kaja) – jej postać jako obiekt zainteresowania nie przekonuje, zaś jej działania na końcu czynią z niej idiotkę i drażniła mnie. W drobniejszych rolach przewijają się m. in. Andrzej Kłak (dziennikarz Ziemianek), Marek Dyjak („Buba”) czy Aleksandra Konieczna (Bernadetta Kloch), ale nie mają możliwości zabłyśnięcia.

Niby „Diabeł”, ale jakiś taki mało groźny i bez jakiegoś napięcia. Widać debiutancką rękę reżysera, miotającego się między akcją, kryminałem oraz thrillerem, nie mogąc się do końca zdecydować w jakim kierunku chce pójść. Niemniej ogląda się to bezboleśnie, Lubos przyciąga uwagę i klimat też jest niezły, lecz był potencjał na dużo więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Strange Darling

Czy w ogóle dzisiaj da się zrobić thriller, które jest w stanie czymkolwiek zaskoczyć? Zdarzały się pewne niespodzianki jak „Barbarzyńcy”, ale zazwyczaj wszystko idzie w mniej lub bardziej oczywistym kierunku. Teraz też trafiłem na coś, co mnie zaskoczyło i parę razy zagrało na nosie. A stoi za mną nieznany mi reżyser J.T. Mollner.

„Strange Darling” rozpisane jest na sześć rozdziałów i – jak na klasyka kina przystało – zaczynamy od… samego środka. Widzimy biegnącą przed siebie kobietę we krwi (Willa Fitzgerald). Za nią pędzi wozem facet z wąsem (Kyle Gallner) oraz strzelbą. Ewidentnie chce ją zabić i nie ma zamiaru odpuścić. A potem zaczynamy skakać po rozdziałach, odkrywając o co tutaj tak naprawdę chodzi. Była pewna randka w podrzędnym pokoju hotelowym i coś tam poszło nie tak.

To jest ten typ filmu, gdzie należy wejść z jak najmniejszą wiedzą i oczekiwaniami. Mollner w zasadzie od samego początku prowadzi grę z widzem i to jeszcze w trakcie czołówki. Nie tylko mamy tekst, inspirowany „Teksańską masakrą piłą mechaniczną”, ale główni bohaterowie są przedstawieni jako Dama i Diabeł. Już to sugeruje pewne kierunki, w które może zmierzać cała narracja. Jednak nawet znając (lub podejrzewając pewne rzeczy), film nadal trzyma w napięciu. A to jest sztuka, która zdarza się rzadko komu. Wszystko tutaj jest oparte na świetnych dialogach oraz montażu, który cały czas wodzi za nos (rozmowa w samochodzie i to, co dzieje się bezpośrednio). Wrażenie robią bardzo stylowe zdjęcia – kręcone na taśmie 35 mm – autorstwa… Giovanniego Ribisi (aktor debiutuje jako autor zdjęć), mocno czerpiąc z kina lat 70. m. in. Tobe’ego Hoopera czy Briana De Palmy, ze sporą ilością mastershotów. Oglądałem z dużą ekscytacją, wyczekiwaniem na kolejne sytuacje i wydarzenia, nawet momenty wyciszenia (przygotowanie śniadania) też zapadały w pamięć.

Jak dodamy do tego absolutnie świetne główne role, to dostajemy prawdziwą petardę. Witzgerald z Gallnerem elektryzują, niemal w każdej scenie prezentując się z zupełnie innej strony. Niczym kolejne warstwy cebuli, ale to trzeba zobaczyć samemu. Ale nawet na drugim planie też jest wiele wyrazistych postaci, z których mi się najbardziej podoba duet hipisów w wykonaniu Eda Begleya Jra i Barbary Hershey.

„Strange Darling” jest tym typem kina, które bardzo mogłoby się spodobać… Quentinowi Tarantino. Czysta i bardzo stylowa zabawa gatunkiem, niejako wywracająca znajome klisze do góry nogami. Nie znałem wcześniej żadnych filmów Mollnera, ale teraz będę go obserwował i wyczekiwał kolejnych dzieł.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski