Fletch

Irwin Maurice Fletcher – bohater cyklu powieści kryminałów autorstwa Gregory’ego McDonalda, czyli pisarza niezbyt znanego w naszym kraju (do tej pory wydano tylko jedną powieść i to bardzo dawno temu). Dziennikarz pracujący w gazecie Los Angeles, gdzie pisze pod pseudonimem Jane Doe. Jeśli jest u nas kojarzony, to dzięki dwóm filmom w reżyserii Michaela Ritchie. Więc pora o jednym z nich opowiedzieć.

fletch1-1

We „Fletchu” z 1985 roku Fletcher (Chevy Chase) pracuje nad tekstem w sprawie handlu narkotyków na plaży, podszywając się pod jednego z lokalsów. Wtedy zostaje zauważony przez lotniczego potentata, Alana Stanwycka (Tim Mathieson), który ma dla niego dość nietypową propozycję: da mu 50 tysięcy dolarów w zamian za… zabicie go. Ale dlaczego miałby to zrobić? Jak zapewnia sam zainteresowany, jest śmiertelnie chory na raka kości i chce oszczędzić sobie cierpienia. Poza tym, w przypadku morderstwa została wypłacona spora polisa ubezpieczeniowa. Fletch niechętnie się zgadza na to, ale podejrzewa, że sprawa ma drugie dno. Powoli zaczyna badać swojego zleceniodawcę i odkrywa tajemnicę. Jak się potem okaże, zarówno sprawa narkotyków oraz „morderstwa” są powiązane.

fletch1-2

Reżyser musi lawirować między kryminalną intrygą a sarkastyczno-absurdalnym humorem. Pomaga mu w tym będący w szczytowej formie Chevy Chase. Jego Fletcher z jednej strony to bardzo dociekliwy i inteligentny dziennikarz, potrafiący podszyć się praktycznie pod każdego, by znaleźć istotne informacje. Ale z drugiej jest bardzo sarkastycznym, nie traktującym do końca wszystkiego poważnie luzakiem. Jego największym marzeniem jest zostać… koszykarzem Lakersów. Nawet w sytuacjach zagrażających życiu nigdy nie traci opanowania oraz ciętego dowcipu. Nieważne jakie kocopoły opowiada i pod kogo się podszywa (bo jest bardzo kreatywny w nazwiskach: od agenta ubezpieczeniowego Harry’ego Trumana po rzekomego kuzyna, niejakiego… Don Corleone), humor leci ponad poziom sufitu.

fletch1-3

Do tego jeszcze nie brakuje scen pościgu (cudowna ucieczka przed radiowozami), włamywania i pogoni przed psem rasy doberman oraz bardzo powoli odkrywana intryga. Ritchie sprawnie opowiada historię, ale cały czas jest prowadzona lekko, nawet w bardzo dramatycznym finale. I co najważniejsze, cała ta fabuła ma sens, choć pod koniec zacząłem szybko łączyć elementy układanki. Niemniej zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące, a o to tu chodzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Laleczka

Choć nie oglądałem wcześniej laleczki Chucky, sama postać była mi znana. Stworzona przez Dona Manciniego (ten cykl nadal jest tworzony) istota, czyli lalka z duszą seryjnego mordercy istnieje od końca lata 80., postanowiono stworzyć tą postać kompletnie od nowa i dostosować do czasów współczesnych. Jak sobie z tym poradził reżyser Lars Klevberg?

laleczka1

Sama historia jest prosta, a jej bohaterem jest Andy – chłopak niedosłyszący. Nie ma przyjaciół, mieszka z matką, jednocześnie niedawno się przeprowadzili do nowego lokum. I dlatego ma pewne problemy z adaptowaniem się w nowym otoczeniu. Matka pracuje w markecie przy punkcie obsługi klienta, gdzie są sprzedawane m.in. lalki Buddy, będące towarzyszami oraz najbliższymi przyjaciółmi rodziny. Kiedy jedna z uszkodzonych lalek trafia do zwrotu, kobieta zabiera ją do domu i daje ją synowi. Problem w tym, że lalka została uszkodzona, a wszelkie zabezpieczenia (przemoc, bluzgi) zostały poluzowane w fabryce w Wietnamie. A to oznacza jedno: będzie rzeź.

laleczka2

„Laleczka” (Chucky w tytule wyleciał) w zasadzie można określić mianem klasycznego slashera, okraszonego czarnym humorem. Tylko, że tutaj inaczej są rozkładane akcenty. Tutaj lalka nie jest opętana, tylko wadliwa. Dla niej znaczenie przyjaźni aż po grób ma charakter wręcz toksyczny. Przyjaźń aż po grób, bez dzielenia się z nikim innym, traktując każdego jak potencjalne zagrożenie. A że jeszcze ma dostęp do technologicznych cacek od swojej firmy (telefon, samochód, telewizor), czyni go bardziej przerażającego i niebezpiecznego. Dodajmy do tego głos Marka Hamilla jako Chucky’ego i będziemy mieli komplet. Sama opowieść nie jest skomplikowana, ale w tej prostocie jest tutaj siła.

Wizualnie przypomina troszkę filmy z lat 80., gdzie gra światłem oraz kolorami jest bardzo istotna. I nieważne, czy jesteśmy w mieszkaniu, na zewnątrz domu czy w zaciemnionym supermarkecie. Tutaj udaje się zbudować poczucie niepokoju i zagrożenia, zaś zgony są jednocześnie krwawe, brutalne oraz zabawne (akcja z dozorcą). Czuć tutaj troszkę inspirację „Stranger Things” (para dzieciaków, których poznaje Andy), a w tle gra muzyka oparta na syntezatorach.

laleczka3

Pod względem aktorskim jest tutaj naprawdę solidnie. Błyszczy Gabriel Bateman w roli Andy’ego, potwierdzając, że nie ma złych aktorów dziecięcych na terenie USA. i tworzy bardzo zgrabny duet z Aubrey Plazą, czyli matką. Ta relacja jest pokazana bardzo wiarygodnie, choć na początku miałem problem z uwierzeniem, że taka młoda dziewczyna może być matką. Humor wnosi tutaj Brian Tyree Henry w roli sąsiada-policjanta, a także dość pokręcony duet Kristin York/Ty Consiglio, czyli parka przyjaciół, pomagających później naszemu bohaterowi.

Nowa „Laleczka” wygląda jak jeden z bardziej wariackich odcinków „Czarnego lustra”, wzięty w sztafaż slasherowej rzezi z czarnym humorem. A jednocześnie nie obraża inteligencji widza, klisze gatunkowe traktuje mniej serio i jest zwyczajnie fajnym straszakiem. Czekam na ciąg dalszy, który zapewne nastąpi.

7/10

Radosław Ostrowski