Miłość, śmierć i roboty – seria 3

Sztandarowa antologia Netflixa wyprodukowana przez Davida Finchera i Tima Millera to jedna z bardziej nierównych rzeczy. Ale to jest przecież reguła w przypadku antologii, że nierówny poziom jest wpisany, gdzie miesza się horror, SF, dramat, kino akcji. Do wyboru, do koloru. Pierwszy sezon miał za dużo odcinków, drugi z kolei był za mało zróżnicowany wizualnie i wszystkie odcinki zlewały mi się w jedną estetykę. Trzeci sezon wydaje się poprawiać te błędy i jest najbardziej różnorodny wizualnie.

Nadal jest to mieszanka SF, gdzie czasem pojawia się humor, akcja, horror albo parę z tych elementów naraz. Ciągle dominuje technika animacji komputerowej, ale nawet ona potrafi wyglądać inaczej. Bywa realistyczna (mroczna, morska „Niekomfortowa podróż”), umowna („Szczury Masona”), a nawet fotorealistyczna (oszołamiające „Jibaro”). Dominują tutaj bardziej elementy horrorowe, gdzie otoczka fantastyki czerpana albo jest z mitologii, albo Lovecrafta oraz wojna. Wszystko, by pokazać ludzkość o różnych obliczach: chciwych, głupich, egoistycznych, stawiających siebie na pierwszym planie jak i zdolnych do poświecenia, heroizmu, empatycznych. Głównie osadzone albo w przyszłości, albo w teraźniejszości. I ogląda się to znakomicie, także dzięki krótkiemu czasowi trwania. A jakie są ulubione odcinki? To już wam mówię.

Zdecydowanym faworytem jest finałowe „Jibaro”, osadzone w nieokreślonej przeszłości czasów konkwistadorów. Jeden z rycerzy jest niesłyszący i jest jedynym ocalonym masakry. Co ją wywołało? Tajemnicza kobieta z jeziora, niemal ozłocona wszelką biżuterią, klejnotami i ozłoceniami, która niczym syrena swoim głosem doprowadza do obłędu. Wygląda to obłędnie, wręcz jakbym oglądał film live-action, do tego całkowicie pozbawiony dialogów i bardzo otwarty na interpretację. Bardzo sensualny odcinek oraz najbardziej niezwykła rzecz od czasu „Zima Blue” (aczkolwiek nie na tym poziomie).

Drugi ulubiony odcinek to „Niekomfortowa podróż”, którą wyreżyserował sam David Fincher. Tym razem osadzona gdzieś w XVII/XVIII wieku opisując morską wyprawę, która zostaje przerwana przez przedarcie się tajemniczego monstrum. Wyglądającego jak zmutowany krab, który ma jeden cel: dotrzeć do zaludnionej wyspy, której mieszkańcy robiliby za żarcie. Jednak pełniący rolę kapitana Torrin ma inny plan, czyli oszukanie bestii i zostanie na oddalonej od celu przeznaczenia opuszczonej wyspie. Ale czy reszta załogi zgodzi się na ten plan? Zdecydowanie mroczna opowieść (dziejąca się głównie w nocy, przez co czasem trudno coś zobaczyć), z kilkoma twistami, napięciem oraz brutalnym finałem.

Zaskoczeniem była krótka „Noc minitrupów”, czyli… apokalipsa zombie. W formie animacji poklatkowej, z użyciem małych modeli. To najzabawniejszy odcinek, pokazującej jak jeden durny incydent (parka pojechała na cmentarz, by… uprawiać seks i przy okazji zdemolowali miejsce) eskaluje do totalnej katastrofy ogarniającej całą planetę (od Paryża przez Tokio po Watykan). Perspektywa izometryczna zmieszana z coraz większym chaosem i zniekształconymi dialogi tworzy cholernie śmieszny, choć z gorzką refleksją pokazującą jak małe są nasze problemy z perspektywy kosmosu.

Jeśli szukacie akcji i krwawej jatki, zdecydowanie powinniście sięgnąć po „Kill Team Kill”, gdzie grupka żołnierzy (niemal żywcem wyjęta z kina akcji lat 80.) mierzy się z miśkiem grizzly. Ale ten zwierzak to tajna broń genetyczna stworzona przez CIA i pokonać to bydle nie będzie. Odcinek jest brutalny, krew leci we wszystkich strumieniach, a napięcie jest rozładowywane one-linerami. Poważniej podchodzi do tego aspektu „Pochowani w podziemnych korytarzach”, gdzie oddział wojskowy ma odbić zakładnika z rąk talibów. Wchodząc do jaskini muszą zmierzyć się z o wiele poważniejszym zagrożeniem. Czuć tutaj ducha Lovecrafta, ale także i „Aliens” (pierwsza potyczka z jaskiniowymi mini-piraniami). „Szczury Masona” są nawet jeszcze brutalniejsze, a wszystko z powodu wytępienia myszy ze stodoły. Przy pomocy nowej technologii. Wierzcie mi, zrobi wam się bardzo nieprzyjemnie.

Powiem szczerze, że nie byłem przekonany, by wrócić do tej antologii. Choć nigdy nie byłem w stanie się przyczepić do poziomu wizualnego, to jednak fabularnie było parę chybionych strzałów. Lub mniej angażujących historii. Trzecia seria wydaje się zachowywać balans między formą a treścią i jest to bardziej różnorodne, także pod względem estetyki oraz metod animacji. Tutaj widzę największy sukces tego sezonu.

8/10

Radosław Ostrowski

Miłość, śmierć i roboty – seria 2

Kolejny sezon antologii Netflixa od Tima Millera i Davida Finchera. Tym razem jednak jest tylko osiem odcinków, z których najdłuższy trwa niecałe 20 minut. Nadal są to opowieści SF, opartym na opowiadaniach takich autorów jak J. G. Ballard czy Harlan Ellison. I tak jak w przypadku pierwszej serii, nie wszystkie historie powalają.

Od szybkich, wręcz anegdotycznych strzałów, co stawiają więcej pytań niż odpowiedzi jak historia o monstrach ukrytych w wysokiej trawie czy makabrycznym św. Mikołaju aż po tworzenie bardzo intrygujących światów oraz koncepcji. Problem jednak w tym, że ilość historii wartych uwagi od wyższych stanów średnich nie jest tak duża jak w przypadku poprzednika. Jeszcze bardziej smuci fakt, że większość odcinków jest utrzymana w podobnej stylistyce animacji (głównie niemal fotorealistycznego stylu, gdzie elementy otoczenia i postacie wyglądają jak z filmu fabularnego). Brakuje mi tu różnorodności wizualnej jaką proponowała pierwsza seria, a o braku poczucia humoru nawet nie wspominam. Aspekt horroru niby jest obecny (opowieść z odkurzaczem czy z popsutym robotem naprawiającym w bunkrze), jednak nie działa tak mocno.

milosc smierc i roboty2-2

Więcej też jest takich krótkich opowiastek. Poza w/w dwójką trudno zapomnieć opowieść o walce starszej pani z zepsutym robotem sprzątającym oraz… doradcą klienta. Jest też bardzo porządna historia ściganego gościa z powodu nieśmiertelności czy wyglądająca niczym z doliny niesamowitości ostatnia opowieść o znalezionym na brzegu ciele olbrzyma.

milosc smierc i roboty2-1

Ale jeśli miałbym wskazać odcinek, który mnie najbardziej powalił, to byłby odcinek trzeci. Estetycznie bardzo cyberpunkowy, przypominający „Blade Runnera” opowieść, gdzie mamy życie wyższych sfer oraz nędzę biedoty. Bardziej jednak interesuje tutaj koncept życia wiecznego ludzkości w zamian za… brak dzieci. Dzieci tutaj są zabijane przez policjantów, pełniących rolę regulatorów. I poznajemy jednego stróża prawa, który zaczyna mieć wątpliwości. Ewidentnie odcinek prowokujący do myślenia, co dają niektóre świetne produkcje SF.

milosc smierc i roboty2-3

Problem z drugą serią „Miłości, śmierci i robotów” jest taki, że brakuje tutaj mocnego kopa oraz takich zaskoczeń jak w pierwszej, bardziej różnorodnej serii. Nie jest aż tak zróżnicowana tematycznie i wizualnie, przez co nie powala. Mogę mieć tylko nadzieję, że zapowiedziany na przyszły rok trzeci sezon podbuduje reputację antologii.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Miłość, śmierć i roboty – seria 1

Serialowa antologia – czy ta zbitka jeszcze potrafi zadziałać na wyobraźnię? Zbiory utworów na zadany temat przypominają muzyczne składanki. By zrobić idealną trzeba nie tylko wiedzieć jak je poukładać, ale też wybrać takie kawałki, które będą trzymać poziom. Netflix nie bał się i w 2019 powstało „Miłość, śmierć i roboty”. Tematykę wymienia tytuł, zaś za ogólną koncepcję odpowiada Tim Miller, producencko wsparty przez Davida Finchera.

18 opowieści zrealizowane przez studia animowane z różnych części świata, skierowane w formie produkcji zdecydowanie dla dorosłych. Jeśli ktoś spodziewał się czegoś w rodzaju „Czarnego lustra”, to nie za bardzo. Nie tylko na brak tak mocnego ciężaru jak produkcja Charliego Brookera, ale też nie mają spójności – zarówno tematycznej, formalnej jak i… gatunkowej. Bo nie jest to produkcja stricte SF, ale pojawia się i kino akcji, horror czy komedia z czarnym albo absurdalnym humorem. Ta niespójność z jednej strony może wywoływać konsternację. Bo jak znaleźć wspólny mianownik między np. historią świata rządzonego przez… jogurt, ekspedycję naukową atakowaną przez Drakulę, dziewczynę uciekającą przed mordercą czy lot kosmiczny, który trafia w zupełnie inne miejsce niż planowano. Z drugiej jednak strony ten chaos daje możliwości zaskakiwania, gdzie czasem ostatnia scena wywraca wszystko do góry nogami. I to wiele razy ratuje seans produkcji, bo jednak mam jeden poważny problem.

Wszystkie te historie są bardzo krótkie – najdłuższy odcinek ma maksymalnie 20 minut. Czasami to wystarczy na spójną, zamkniętą historię jak w przypadku „Tajnej wojny” (żołnierze Armii Czerwonej w walce z bestia wezwanymi za pomocą okultystycznego rytuału), „Zmiennokształtnych” o służących w Afganistanie amerykańskich… wilkołakach czy w „Za szczeliną orła” o dowódcy statku kosmicznego budzącego się z hibernacji. Ale nie brakuje tu, niestety, historyjek mających pewien ciekawy koncept, lecz nie mających pomysłu na ich wykorzystanie. Tak jest w przypadku „Wysypiska”, „Rybiej nocy” czy „Epoki lodowcowej”. Są też takie króciutkie anegdotki mogące na chwilę rozbawić jak absurdalny „Gdy zapanował jogurt” czy rozbrajające „Historie alternatywne”. Ale chciałoby się od nich coś więcej.

Realizacyjnie mamy tu bardzo różnorodną stylistykę: od niemal fotorealistycznej animacji komputerowej przez ręcznie rysowaną kreskę, cel-shading po estetykę znaną z japońskich anime i rotoskopię. Ba, jest nawet odcinek aktorski („Epoka lodowcowa”), gdzie animowane wydarzenia dzieją się… we wnętrzu lodówki, ale sam tytuł nie powala. Do wyboru, do koloru. Dla mnie najlepszy wizualnie był kolażowy „Świadek” z niemal komiksowymi wstawkami onomatopei dźwiękowych oraz mająca w sobie coś z malarstwa „Nieskończona sztuka”. Jedynymi znanymi mi studiami odpowiedzialnymi za poszczególne odcinki było polskie Platige Image oraz amerykańskie Sony Pictures Animation.

Jakbym miał wybrać najlepsze odcinki to dla mnie są trzy. Wspomniana „Nieskończona sztuka” wygląda imponująco, mając najbardziej unikatowy, melancholijny klimat. Ta opowieść o artyście używającym niebieskiego kwadratu jest najbardziej spokojna, wyciszona. A całość prowokuje do dyskusji o sztucznej inteligencji. Drugim cackiem są komediowe „Trzy roboty” o robotach w post-apokaliptycznym świecie, próbujące zrozumieć ludzkość. Ludzi nie ma, ale są koty i ten segment zasługuje na pełnometrażowy serial. Ale najbardziej zaangażowała mnie „Udanych łowów”, będące mieszanką fantasy ze… steampunkiem. Syn łowcy duchów zakochuje się w kobiecie zmieniającej się w zwierzę. Ale z czasem magia ustępuje technologii, co doprowadza do przewrotnego, tragicznego momentu. Pięknie wyglądająca, z wieloma przerzutkami oraz mocnym finałem.

Kurde, ale niespodziankę zrobił Netflix. Podobno w tym roku ma się pojawić drugi sezon tej antologii. Brutalny, krwawy, przesiąknięty seksem kolaż różnych opowieści, które – o dziwo – trzymają bardzo przyzwoity poziom. Zgłodniałem i mam ochotę na więcej.

7/10

Radosław Ostrowski

Deadpool

Na ekranie było wielu superherosów, co spuszczali łomot bandziorom, bywali prawi, sprawiedliwi oraz absolutnie godni naśladowania. Ale jak w każdej rodzinie superbohaterów znajduje się czarna owca, będąca kompletnym zaprzeczeniem tych cech, jednak oglądanie ich losów jest znacznie ciekawsze. Kimś takim jest Wade Wilson – prawdziwy wrzód na dupie, były żołnierz z niewyparzoną gębą i dobrym sercem. Obecnie jest do wynajęcia. Wtedy w jego spokojne życie pojawia się Ona – piękna, seksowna i z niewyparzona gębą. I kiedy wydaje się, że będzie to historia o miłości, pojawia się ten trzeci: nowotwór, który opanował niemal całe ciało Wade’a. i facet decyduje się odejść od niej, ale pojawia się szansa na wyjście z sytuacji, a imię jej Ajax oraz Weapon X.

deadpool1

Kiedy na początku pojawił się znaczek Marvela, to mniej więcej wiadomo czego się należy spodziewać: będzie zabawnie, lekko i raczej dla młodego widza. Ale pierwsza scena, gdy widzimy spowolnioną akcję na autostradzie, gdzie nasz heros jest w trakcie spuszczania łomotu kolesiom w aucie, chwytając jednego za gacie (w tle czołówka niemal żywcem wzięta ze Screen Junkies), już wiadomo, że będzie inaczej. Debiutujący Tim Miller puszcza hamulce i dodaje to, czego w innych filmach stajni Stana Lee nie było: krew, czarny humor oraz dużo bluzgów. W czasach grzecznych opowieści, „Deadpool” wydaje się ogromnym powiewem świeżości oraz kompletną zabawą konwencją. Pamiętacie takie filmy jak „Kick-Ass” czy „Kingsman”? Wade Wilson idzie dokładnie tym tropem, serwując dodatkowo takie bajery jak łamanie chronologii, łamanie czwartej ściany (nawet jest łamanie czwartej ściany w czwartej ścianie), animowane wstawki (włącznie z jazdą na jednorożcu) oraz robienie sobie wszelkich jaj z popkultury: od X-Menów przez „Matrixa” i Wham! aż na skromnym budżecie całego filmu.

deadpool2

Do tego jeszcze mamy kliszowe numery w stylu główny bydlak z brytyjskim akcentem (świetny Ed Skerin), ukochaną pełniącą rolę damy w opałach (Morena Baccalin – ależ ona wygląda!!!), pomocnika, będącego źródłem kolejnych żartów (T.J. Miller) oraz zabójczy duet mutantów, czyli opanowanego, wręcz kulturalnego Colossusa (Stefan Kapicic) i młodą małolatę Ellie (jej ksywa jest za długa, by ją wymówić). Wszystko to jednak jest wzięte w wielki, krwisty nawias, pod warunkiem, że lubicie takie poczucie humoru w stylu wbijanie gościa na miecze niczym szaszłyk. Ale to wszystko jest nieważne, dlaczego?

deadpool3

Bo Deadpool w „Deadpoolu” wie, że jest bohaterem filmu i wie, ze gra go Ryan Reynolds, który w tym filmie odpierdala cuda wianki. Jest złośliwy, ironiczny, pyskaty, klnie bardziej niż Samuel L. Jackson, a przeciwników kroi mieczami jak rzeźnik mięso tasakiem. Jego metody eksterminacji (tutaj widać skromny budżet, ale i z tego twórcy robią sobie jaja) nadal potrafią rozbawić. I ten gość wyróżnia całą produkcję Marvela od reszty konkurencji, dodając wiele świeżości w skostniały superbohaterski film.

deadpool4

Jeśli myśleliście, że filmy typu „Sausage Party” czy „Kick-Ass” to ostra jazda po bandzie, to „Deadpool” bezwzględnie rozniesie was w pył. Bezkompromisowe, ostre, wulgarne, prostackie, inteligentne i wręcz kurewsko śmieszne kino, będące jedną wielką zgrywą z kina superbohaterskiego. Nie wiem jak wy, ale ja już nie mogę się doczekać części drugiej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski