To jeden z dziwniejszych filmów, jaki ostatnio widziałem, więc po kolei. Pozornie jest to kolejne dzieło świąteczne, gdzie mamy spotkanie rodzinne. A wiadomo, że z rodziną najlepiej wychodzi na zdjęciu. Rodzice nie mają zbyt dobrego kontaktu ze sobą, jest babcia mówiąca po niemiecku, wujostwo będące typowymi wsiokami. Nic dziwnego, że nasz główny bohater – Max przestaje wierzyć w Święta. Drze kartkę do świętego Mikołaja, co doprowadza do lawiny wydarzeń: zaczyna szaleć śnieżyca, siada prąd, światło. Okolica wydaje się dziwnie opustoszała i wtedy pojawia się On.

„Krampus” obejrzany, a ja nadal nie wiem, czy to miał być mroczny horror und groza czy jedna wielka zgrywa a’la Sam Raimi i jego „Martwe zło”. Wsadzenie bohaterów do domu i zamknięcie ich na śnieżycę dawało spore pole do popisu, zaś sama postać Krampusa została wzięta z mitologii germańskiej. To taki Mikołaj z rogami, który zamiast dawać prezenty zabiera życie i każe każdego, co przestał wierzyć w Boże Narodzenie. Sam Krampus pojawia się rzadko i to buduje aurę tajemniczości, za to jednak widzimy jego sługusów – elfy z paskudnie dużymi gębami, chodzące miasteczkowe ludziki (!!!), małe robociki, nawet pozytywkę. Brzmi to idiotycznie, ale to przez pewien moment daje radę w straszeniu. Rzuca się w oczy fakt, że nie ma tutaj komputerowych efektów, tylko postawiono na klasyczne efekty praktyczne, tworząc specyficzny klimat.

Dlaczego to jednak jest zgrywa? Już czołówka, gdzie widzimy ludzi kupujących i niemal walczących jak zwierzęta o prezenty, a w tle leci świąteczny klasyk Binga Crosby’ego potrafi rozbawić. Reżyser dodaje odrobinę czarnego humoru, a także sylwetki pomocników ducha św. Mikołaja wydaje się być bardziej groteskowe niż straszne. Sam sposób straszenie też jest do bólu ograny, a bohaterowie zachowują się kliszowo (krzyk, strzelanie, agresja) i nie czuć zbyt mocno takiej aury grozy. Sytuację ratuje dopiero finałowa konfrontacja z Krampusem oraz bardzo przewrotne zakończenie, które wywraca wszystko do góry nogami. Niby taka poważna sytuacja doprowadza do scalenia rodziny i zawieszenia animozji, ale takie rozwiązanie może być nietrwałe.

Zagrane jest to naprawdę nieźle (wybija się zwłaszcza Allison Tolman jako ciotka Linda oraz Krista Stadler w roli babci, co chyba jest też zasługą języka niemieckiego – jej opowieść o Krampusie w formie nieszablonowej animacji jest perłą), nawet dzieciaki są bardzo przyzwoicie poprowadzone i nad wszystkim unosi się duch lat 80.

Dziwaczny to film, chociaż wiem, że nie każdemu spodoba się to dziwadło. Mieszanka komedii z horrorem i Bożymi Narodzeniami jest bardzo rzadkim kolażem, chociaż zaprawieni fani horrorów nie znajdą tu zbyt wiele dla siebie. Jest parę ciekawych pomysłów, ale nie zawsze się to układa w spójną całość.
6/10
Radosław Ostrowski










