Asteroid City

Wes Anderson od czasu „Grand Budapest Hotel” coraz bardziej tworzy filmowe adaptacje spisu listy aktorów z IMDB.com, bo chce u niego grać każdy. Nawet w najdrobniejszym epizodzie, co się nie wydarza zbyt często. Ale ta symetryczno-pastelowa stylistyka ostatnio zaczyna bardziej ciążyć niż pomagać, co już wielu krytyków wyrażało choćby w „Kurierze Francuskim” czy „Asteroid City”. Chyba przez nie pominąłem ten ostatni film w kinie, nadrabiając dopiero teraz. Co o tym myślę?

Tytułowe Asteroid City to małe miasteczko gdzieś na pustyni w Arizonie, gdzie kilka tysięcy lat temu uderzył meteor. Została na pamiątkę mała asteroida oraz wielki krater, a jest rok 1955. To właśnie tutaj odbywa się konwencja Junior Stargazer dla uzdolnionych, nieprzeciętnych uczniów. Przez co trafia tutaj dość spora grupa ludzi: wycieczka szkolna z nauczycielką June Douglas (Maya Hawke), dzieciaki – Clifford, Shelly i Ricky – razem z rodzicami, grupa kowbojów pod wodzą Montany (Rupert Friend), naukowcy kierowani przez dr Hickenlooper (Tilda Swinton), generał Gibson (Jeffrey Wright) czy znana aktorka Midge Campbell (Scarlett Johansson). Ale w centrum tej historii znajduje się Augie Steenbeck (Jason Schwartzmann) – fotograf wojenny razem z genialnym synem Woodrowem (Jake Ryan) oraz trójkami córek. Mężczyzna nie powiedział im, że ich matka nie żyje, a co gorsza psuje się im auto, co zmusza do skontaktowania się z dawno nie widzianym zięciem (Tom Hanks).

To, co podałem w opisie jest tylko jedną z warstw tego filmu Andersona. Bo cała ta historia jest… sztuką teatralną niejakiego Conrada Earpa (Edward Norton), której kulisy realizacji i samego spektaklu w formie czarno-białej narracji programu telewizyjnego prowadzonego przez Bryana Cranstona. A dokładniej jego postaci, której z imienia i nazwiska nie poznajemy. A przynajmniej ja. Czyżby to miał być „film w ramach filmu w ramach filmu”, cytując klasyka? Na pewno chaotyczna mieszanka, która potrafi być dezorientująca. Opowieść podzielona na akty (plus epilog), do tego jeszcze spora grupa postaci oraz estetyka lat 50., czyli czasów zimnej wojny i fascynacji kosmosem. Zaczynają dziać się dziwne rzeczy (włącznie z pojawieniem się ufoludka oraz przymusowej kwarantanny), pojawiają się absurdalne koncepcje jak choćby automat, gdzie można kupić… ziemię.

A wszystko w bardzo andersonowskim stylu: z symetrycznymi kadrami, prostymi ruchami kamery oraz bardzo mocnymi kolorami. Fantastycznie wygląda scenografia i kostiumy, co akurat nie dziwi. Jednak nie mogłem pozbyć się poczucia, że to wszystko jest przytłaczające. Postaci jest zwyczajnie za dużo, wątki się mieszają, humor kompletnie nie działa i – co mnie bardzo zaskoczyło – emocjonalnie czułem się obojętny. Z wyjątkiem historii Augiego oraz jego próby radzenia sobie z żałobą, a także wspólnych scen z Marge. Czuć zarówno między nimi chemię i budującą się nić sympatii, co jest zasługą duetu Schwartzmann/Johansson. Swoje też robi Jake Ryan oraz dość zadziwiający Tom Hanks, będący szorstkim teściem Augiego. Z mniejszych i większych epizodów mi najbardziej zapadł w pamięć Cranston (szczególnie w jednej scenie, kiedy pojawia się kompletnie znikąd), niezły Steve Carrell w roli menadżera hotelu (tą rolę miał zagrać Bill Murray, ale z powodu koronawirusa musiał zrezygnować) oraz trzymający fason Norton.

Niemniej muszę z żalem stwierdzić, że „Asteroid City” jest pierwszym rozczarowaniem w dorobku Andersona. Mieszanka wątków oraz przekombinowana forma staje się ciężarem ciągną całość w dół, której nie jest w stanie uratować audio-wizualna estetyka ani imponująca obsada.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Wszyscy moi wrogowie

Syndrom drugiego filmu – choroba dotykająca reżyserów, którzy po realizacji dobrego (lub świetnego) debiutu muszą udowodnić, że tamten sukces nie był kwestią przypadku. Niektórym udaje się to udowodnić, a inni nawet po kilku latach nie są w stanie zbliżyć się do tego pułapu. Jaki będzie przypadek Andrew Pattersona, który w 2019 roku zrealizował elektryzujący, niskobudżetowy film SF „The Vast of Night”. Teraz dostał większy budżet oraz kilka bardziej rozpoznawalnych nazwisk do dyspozycji.

„Wszyscy moi wrogowie” przenoszą nas w zupełnie inne klimaty od debiutu. Tym razem towarzyszymy niejakiemu Amziahowi Kingowi (Matthew McConaughey) – lokalnemu muzykowi oraz… pszczelarzowi. Choć nie ma zbyt dużej hodowli (trzy spore pasieki), to jednak ma grono oddanych wspólników oraz spory szacunek społeczności. No i jakiś dochód przynosi, co też jest dobre. Wszystko zmienia się, gdy Amziah przypadkiem trafia na swoją przybraną córkę Kateri (debiutująca Angelina LookingGrass), którą wychowywał przez dwa lata. Dziewczyna pracuje jako kelnerka, ale udaje się przekonać Kingowi do pracy u niego. Staje się jego prawą, pomaga przy zbieraniu miodu, a nawet pozbyciu się roju z lokalnej szkoły. Jednak wszystko, co dobre musi się skończyć. W okolicy dochodzi do kradzieży pasiek oraz beczek z miodem, a Amziah staje się kolejną ofiarą złodziei, co doprowadza do nagłej śmierci pszczelarza. Kateri próbuje odzyskać swoją własność, a trop prowadzi do bardzo wpływowego biznesmena, Dota McCoya (Kurt Russell).

Jak można się domyślić z tego sporego opisu, drugi film Pattersona jest mieszanką dramatu, kryminału oraz uwspółcześnionego westernu. Plus jeszcze kino muzyczne, co już czuć od samego początku z kapitalnie zmontowanym występem Kinga i jego kumpli przed stacją benzynową. Sama muzyka mocno przypomina pierwsze hity Mumford & Sons czy innych folkowo-country pieśniarzy, jest pełna energii oraz pasji. W zasadzie pierwsza połowa ma w sobie masę ciepła, z pięknymi krajobrazami oraz scenami tworzenia miodu. Niemal teledyskowy w formie, pełen bardzo uroczych dialogów i monologów, tutaj Patterson świetnie buduje poczucie wspólnoty tego miejsca. Zarówno w scenach koncertów połączonych z poczęstunkiem, tworzenia miodu czy sceny śpiewania w domu Amziaha. Aż chce się po prostu przebywać w tym gronie.

Ale druga połowa to zmiana atmosfery i klimatu ku bardziej kryminalnej intrydze. I choć przez tą zmianę film troszkę traci swojej wcześniejszej energii, ale nadal angażuje. Powoli odkrywamy kolejne tropy oraz tajemnice, jednocześnie budując napięcie (nocny włam na leśną pasiekę) oraz trzymając za gardło. Te dwa filmy powinny zgrzytać, ale obydwa świetnie się uzupełniają i spinają się w satysfakcjonującym finale.

Także aktorsko jest tu co najmniej świetnie. McConaughey jak to on jest absolutnie charyzmatycznym i bardzo przyziemnym Amziah. Sama postać jest mieszanką mędrca, dzielącego się swoją wiedzą jak i pełnego pasji dzieciaka. A kiedy śpiewa, robi się dużo cieplej na serduchu. Debiutująca LookingGlass miała dość trudne zadanie przejęcia roli lidera na ekranie i wypada całkiem nieźle. Choć w pierwsza scenach wydaje się troszkę sztywna, to jedna z czasem zaczyna zyskiwać. Z kolei wcielający się w antagonistę Kurt Russell wydaje się być nie do końca wykorzystany, pojawiając się w zasadzie pod sam koniec opowieści. Za to drugi plan potrafi oczarować: od pełniącego rolę śmieszka Scotta Shepharda (niewyraźnie mówiący Chimmy) przez świetnego Jake’a Horowitza (Remick, który odgrywa istotną rolę w poszukiwaniach skradzionej pasieki) i Roba Morgana (prawnik Rippy) aż po zaskakującego Cole’a Sprouse’a (mający szerokie znajomości kelner Oat).

Tym filmem Andrew Pattinson potwierdza, że warto go uważnie obserwować. „Wszyscy moi wrogowie” to bardzo sprytna hybryda gatunków, które wydają się nie pasować do siebie. A jednak to połączenie kryminału, westernu, cudownej muzyki oraz kontemplacji ma w sobie masę uroku, napięcia i zaangażowania, nie pozwalając o sobie zapomnieć.

7,5/10

Radosław Ostrowski