Clyde i Stephanie Brenekowie dawno się rozwiedli, bo on trochę nie sprawdzał się jako ojciec, jednak ma prawo odwiedzać swoje córki w weekend. Podczas drogi do jego domu, dziewczyny zauważają wyprzedaż i wśród przedmiotów trafia do ich rąk pewna skrzynia. Emily po jej otwarciu zaczyna mieć obsesję na jej punkcie. Matka podejrzewa, że córka jest chora psychicznie, ale ojciec przyczynę widzi gdzie indziej. Zwłaszcza, że w skrzynce znajdował się dybuk. A to oznacza, że najgorsze dopiero przed nimi.

Na pierwszy rzut oka, fabuła filmu Ole Bornedala kojarzy się z klasyką horroru – „Egzorcystą”. Bo temat opętania jest bardzo klasycznym motywem wykorzystywanym przez horrory odkąd one istnieją. Jednak reżyser nie stawia na straszenie za wszelką cenę, choć trzeba przyznać, że sceny mające wywołać strach i przerażenie naprawdę jej wywołują. Jednak dla mnie film jest bardziej dramatem obyczajowym z elementami grozy i co najciekawsze, nie gryzie się to ze sobą. I pokazuje też, że gdy nie skupiasz dużej uwagi na dziecku, może się to skończyć źle. Także technicznie jest to solidna robota (zwłaszcza finał w szpitalu, gdzie odprawiany jest rytuał – jest świetna).

Jeśli coś wyróżnia ten film od innych horrorów to naprawdę dobre aktorstwo. Najlepiej prezentuje się Jeffrey Dean Morgan w roli Clyde’a – czyli ojca, który zawsze był nieobecny i stawiał własną karierę trenerską wyżej nad rodzinę. Jednak w sytuacji nawiedzenia, podejmuje się wielkiego wysiłku, by ratować swoją córkę. Także Natasha Calis jako nawiedzona Emily jest świetna, ją się kupuje. Z drugiego planu zapada w pamięć Kyra Sedgwick (Stephanie, równie nieporadna matka) oraz raper Matisyahu (rabin Tzadok).
Wreszcie coś świeżego w Hollywood. „Kronika opętania” to nie jest może najlepszy horror jaki ostatnio widziałem, ale ogląda się go naprawdę nieźle.
6/10
Radosław Ostrowski
