Wszyscy (mam nadzieję) pamiętają jak wielkim przeżyciem było przeniesienie na ekran trylogii „Władcy Pierścieni” Tolkiena przez Petera Jacksona, który wtedy kręcił bardziej kameralne kino. Ta epicka przygoda miał to, co najlepsze w filmach fantasy: wyraziste postacie, wciągającą fabułę oraz niezwykły, barwny świat. Napisany 20 lat wcześniej wydaje się lżejszego kalibru opowieścią. Tym razem grupa 13 krasnoludów pod wodzą Thorina Dębowej Tarczy organizuje wyprawę, której celem jest odzyskanie rodzinnej twierdzy Erenor i skarbów się tam znajdujących, a pilnowanych przez smoka Smauga. Do grupy dołącza czarodziej Gandalf i (trochę wbrew woli) Bilbo Baggins.

Nikt nie wyobrażał sobie, żeby adaptacji tej wprawki przed Władcą, mógł się podjąć ktokolwiek inny od Petera Jacksona. Choć pierwotnie zadania miał się podjąć Guillermo del Toro, ale problemy spowodowały, że zrezygnował. Jackson wskakuje na fotel z napisem director i ci, co czytali pierwowzór będą zaskoczeni zmianami. Po pierwsze, podzielona fabułę książeczki na trzy filmowe części, choć moim zdaniem dwie w zupełności by wystarczyły. Po drugie, Jackson bardziej łączy Hobbita z Władcą, co widać choćby w scenie narady u Elronda z udziałem Gandalfa, Sarumana i Galadrieli spowodowanej pojawieniem się Nekromanty (czy tylko ja podejrzewam, że to Sauron). Po trzecie, historia zaczyna się dosłownie parę minut przed wydarzeniami z Władcy, gdzie stary Bilbo spisuje swoje losy dla Froda. Potem jest świetny prolog pokazujący przyczyny organizowanej wyprawy.I choć pojawia się tu wiele zmian i retrospektyw (postać Białego Orka Azoga), a akcja pędzi z prędkością żółwia uczestniczącego w maratonie, to jednak Jacksonowi udaje się wciągnąć i zbudować klimat wielkiej przygody kończąc gdzieś w połowie drogi. Nie zabrakło odrobiny humoru (trochę rubasznego), patetycznych słów na temat honoru, odwagi i lojalności, jednak te wady wydają się drobnostkami, zaś kilka scen (prolog, pojedynek na zagadki czy finałowa batalia) to fantastycznie zrealizowane. Znów montaż i zdjęcia porywają, muzyka Shore’a jest wtórna i za bardzo przypomina tę z Władcy, choć w filmie się sprawdza.

Jedno, co Jackson nie zatracił to zmysłu w doborze aktorów. Ze starych twarzy nie mogło zabraknąć Iana McKellena jako Gandalfa, ale też Hugo Weavinga (Elrond), Cate Blanchett (Galadriela) i Christophera Lee (Saruman). Z nowych bohaterów trzeba wyróżnić trzech: młodszego Bilba, Thorina i Balina, granych kolejno przez Martina Freemana, Richarda Armitage’a i Kena Scotta. Ten pierwszy to przyzwyczajony do stabilizacji, który podczas wyprawy odkrywa w sobie cechy, jakich do tej pory nie podejrzewał, drugi jest silnym i charyzmatycznym przywódcą pełnym dumy i nieufności wobec obcych (poza Gandalfem), zaś ostatni jest oddanym i doświadczonym krasnalem. Reszta ekipy krasnoludów niespecjalnie zapadła w pamięć, ale coś czuję, że jeszcze nie pokazali wszystkiego.
Podchodząc uczciwie do sprawy „Hobbit” lekko rozczarowuje, bo wielu spodziewało się arcydzieła. „Niezwykła podróż” nim nie jest, ale to nadal udany i dobry film. Tylko albo aż tyle. Jednak Jackson już zawiesił haczyk i już czekam na następne części, zastanawiając się, co tym razem twórcy wykombinowali.
7/10

Radosław Ostrowski
