Edyta Bartosiewicz – Szok’n’Show

SzoknShow

I minął kolejny rok, 1995. Po sukcesie poprzedniej płyty, Edyta Bartosiewicz nie zwolniła tempa i zaserwowała kolejny album, który tym razem sama wyprodukowała. I rzeczywiście można było doznać szoku.

Bo zaczynamy naprawdę z grubej rury od garażowej „Suszy” z ponurymi klawiszami na początku, szybkimi riffami i wrzeszczącym wokalem. Ale w nawet tych spokojniejszych utworach, przewija się mocniejsze brzmienie („Możesz” czy „Zegar” z elektronicznymi bajerami). Nie zawsze jednak gitara elektryczna jest wiodąca i gra „pierwsze skrzypce” jak w „Spóźnionym” z pulsującym basem czy „Możesz” z basem i perkusją. Dominuje jednak tutaj ogień, brud i garażowość („Szał”, „The Eye”, „Susza”), zaś sekcja rytmiczna jest bardziej wyczuwalna, narzucając tempo (od tego przecież jest). Ale też nie brakuje znacznie spokojniejszych utworów, gdzie gitara elektryczna albo robi za tło („Ostatni” czy „Podwodne miasta” z fajnymi klawiszami, budującymi dość ciekawy klimat) albo nie ma jej w ogóle („Czas przypływu”). Brzmi to po prostu pięknie i trudno znaleźć jakiś słabszy czy mniej udany utwór.

O tekstach i wokalu nie będę się specjalnie rozwodził, bo trzyma on poziom reszty albumu, dopełniając tego albumu, który nadal trzyma się świetnie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz