

Dawno, dawno temu, gdy Hugh Grant był sympatycznym i czarującym facetem (zaraz, jakie był? Przecież nadal jest) stworzył film, w którym pozornie był taki jak zawsze. Tylko był bogaty, samotny i zapatrzony w siebie (jego bohater, nie Hugh). To się zmieniło, gdy pojawił się 12-letni Marcus (debiutujący Nicolas Hoult). Tak zaczyna się fabuła filmu „Był sobie chłopiec” – jednej z najciekawszych brytyjskich komedii XXI wieku. Adaptacja powieści Nicka Hornby’ego kupiła mnie humorem, refleksją, aktorstwem. No i warstwą muzyczną.

I tutaj robi się naprawdę ciekawie, bo jej autorem jest tajemniczy Badly Drawn Boy. Byłem przekonany, że to nazwa zespołu. Błąd. Jest to pseudonim Damona Gougha – wokalisty i multiinstrumentalisty nurtu indie, który wcześniej nagrał jedną płytę. Dopiero soundtrack z tego filmu przyniósł mu rozgłos i popularność. 14 utworów, częściowo instrumentalnych, częściowo piosenki jego autorstwa i wykonania. Instrumentalne kompozycje zazwyczaj są krótkie („Exit Stage Right” czy „Wet, Wet, Wet”), ale bogate w dźwięki smyczków, gitary czy fortepianu, a jednocześnie jest to bardzo sympatyczna praca. Piosenki trochę przypominają utwory z lat 90-tych w stylu Oasis („Something to Talk About”), czasem są bardziej współczesne (pulsujący bas i elektronika w „File Me Away”), akustyczne („A Mirror Incident”) albo nostalgiczno-magiczne („Silent Sign”, „Donna & Blitzen”). W dodatku naprawdę bardzo dobrze zaśpiewane.
Zaś kompozycje instrumentalne są dość różnorodne – przede wszystkim są krótkie (poniżej minuty), ale bardzo urokliwe („Exit Stage Right” z cymbałkami czy idący w stronę walca „Dead Duck”). Ale są też dłuższe utwory. Takim na pewno jest „I Love N.Y.E.”, bazujący na melodii z „Something To Talk About” w innej aranżacji czy idący w stronę elektroniki i rapu „S.P.A.T.”
Całość wypada naprawdę sympatycznie i na najbliższą porę roku jest to pozycja idealna. Ciepła muzyka, która sprawdza się w filmie, współtworząc klimat. Naprawdę fajny album.
7,5/10
Radosław Ostrowski
