

Tego człowieka przedstawiać nie trzeba. Wokalista, pianista, kompozytor, który w tym roku wydaje swoją 30. płytę. Jest rzeczywiście niezmordowanym twórcą sir Elton. Więc zobaczmy czy poszło to w jakość.
Za produkcję „The Diving Board” odpowiada T-Bone Burnett – gitarzysta, wokalista i producent z bardzo długim stażem. Efektem tego jest 15 utworów w popowej stylistyce, choć Wikipedia podaje, że to rock jest. Zaś Elton po raz pierwszy nagrał album z innym składem, niż koncertuje:, a są to: Jack Ashford (perkusja), Doyle Bramhall II (gitara), T-Bone Burnett (Gitara), Keefus Ciancia (klawisze) i Raphael Saadiq (bas). Jednak i tak tutaj dominuje fortepian, chociaż jest to dość różnorodny album. Bo mamy tu i spokojny jazz („My Quichsand”), delikatne przyśpieszenie za pomocą dodania perkusji i basu („Can’t Stay Alone Tonight”, „Voyeur”), czasem wrzucając drobną elektronikę („Home Again”), trąbkę („The New Fever Waltz”), a nawet pójście w soft rocka („Take This Dirty Water”). Można się przyczepić, że jest tu trochę za spokojnie, ale to już trochę takie czepialstwo na siłę.
W dodatku sam Elton jest w naprawdę dobrej dyspozycji wokalnej, bo tu nie ma się do czego przyczepić. Także teksty Berniego Taupina pełne melancholii i nostalgii współgrają z muzyką.
Niby nie ma tu zaskoczeń, ale słucha się tego naprawdę dobrze i przyjemnie. Poza tym, czy ciągle musimy być czymś zaskakiwani, żeby nam się to podobało? Sami powiedzcie.
7/10
Radosław Ostrowski
