B.o.B – Underground Luxury

Underground_Luxury

Amerykańska scena hip-hopowa zawsze była bogata i stanowiła źródło inspiracja dla naszych ziomali. Jednym z tych, którzy w ostatnich latach ubarwiali to środowisko był B.o.B, o którym Jay-Z powiedział, że to on będzie wskazywał kierunki w „komercyjnym rapie”. Dwie pierwsze płyty zrobiły totalne zamieszanie, więc pojawiło się pytanie jak będzie z trzecią? Zaraz poznacie odpowiedź.

Raper konsekwentnie bawi się dźwiękami i gatunkami tak, jak to robił wcześniej, a lista producentów jest naprawdę spora (m.in. Rock City, Arthur McArthur, Jim Jonsin czy Big Zar). Tutaj mamy skręty bardziej w brzmienia soulowe i r’n’b (m.in. fortepian w „One Day” czy cykanie w „All I Want”), więcej elektronicznych eksperymentów („Paper Route” czy bardziej pulsujący „Ready”), a nawet orientalnie brzmiącego chóru w tle („Throwback”). Jednak cały album jest utrzymany na podobnym tempie i jest bardziej spokojny, trochę mniej przebojowy (wyjątkiem jest „Coastline”). Nie znaczy to jednak, że mamy do czynienia ze słabym materiałem. Nie brakuje tutaj elementów zaskoczenia (zatrzymywany i przerobiony żeński wokal w „Wide Open”, gitara elektryczna we wstępie do „FlyMuthaFucka” czy imitacja gwizdów w „HeadBand”), ale zabrakło tutaj jakiejś petardy, utworu totalnie powalającego i miażdżącego.

Sam raper zaś prezentuje naprawdę bardzo dobrą dyspozycję, płynnie nawijając i bawiąc się słowami, choć sama treść nawijek nie jest zbyt powalająca (imprezy, miłość), co trochę psuje odbiór z odsłuchu. Z gośćmi zaś wyszło dość nierówno – było parę solidnych wejść (2 Chains czy Playboy Tre, nie wspominając nawet Chrisa Browna), ale reszta raczej nijaka i mało ciekawa (ze wskazaniem na Ester Dean czy Mike’a Fresha).

„Undeground Luxury” nie jest złym albumem, to po prostu solidna robota, choć liczyłem na coś więcej.

7/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz