KęKę – To tu

to-tu-b-iext52599916

Ostatnie lata dla Pietrka Siary (niespokrewniony z legendarnym Stefanem „Siarą” Siarzewskim) to złoty okres. Były listonosz, po nagraniu trzech płyt z „Rzeczami” w tytule, zdecydował się pójść z dużej wytwórni (Prosto) na własne konto, z własnym wydawnictwem – Takie Rzeczy. Ale nagrana już na to konto płyta „To tu” bardzo mocno fanów podzieliła. Dlaczego?

Bo nie ma tutaj tej wściekłości oraz ostrych tekstów na temat tego świata, ale jest zupełnie inne oblicze rapera – bardzo pogodnego i szczęśliwego. Czuć to już w „Rutynie”, chociaż muzyka jest pozornie szorstka i dość chłodna, wręcz niepokojąca jak w pokręconym „Awdbg”, gdzie gościnnie pojawia się… syn Janek. Ale nie zabrakło tutaj także goryczy i rozliczenia z sobą, co pokazuje dość przygnębiające „Na dłoni”, gdzie obok „falującej” elektroniki pojawia się wiolonczela. Sytuację powoli zmienia „Samson”, gdzie w tle pojawia się gitara elektryczna do cykającej perkusji, zaś wielu może wprawić w konsternacje numer „Brzmienie”, gdzie pojawia się… Sarsa. Od razu jednak uspokoję, wokalistka radzi sobie tutaj nieźle. I dalej można odnieść wrażenie, że nasz raper zaczyna powoli przyspieszać tempo. Niemal roztańczony „Zrobiłeś to, chłopak”, pędzący na perkusji i lekko orientalny „Nic dodać, nic ująć”, przyspieszony „Nigdy ponad stan”, niemal kołysankowy (klawisze) „Cesarz” w turbo dyskotekowym tempie czy okraszony wplecionymi wokalizami w tle „1000 kcal”. Raper ciągle zaskakuje i płynie z bitem, wykorzystując w pełni oddaną przestrzeń.

Sama nawijka jest też dość zaskakująca i szczera, bo nasz bohater zaczyna przyglądać się sobie, swojej rodzinie, swoim stosunku do sławy. Potrafi wzruszyć („Serce matki”), a jednocześnie ma sporo energii w głosie. To ten sam, stary Pietrek, tylko inaczej celujący, inaczej rozkładający akcenty oraz inny tematycznie. Dla wielu ta zmiana może być nie do przełknięcia, ale dla mnie była pozytywnym zaskoczeniem. Nie oznacza to jednak, że nasz ziomek się sprzedał, tylko mówiąc – prostym językiem – ewoluował. Niby można opowiadać o tym samym w kółko, tylko że po pewnym czasie to wszystko stałoby się pewną rutyną. I znudziłoby się to.

„To tu” jest innym KęKę, choć początek brzmiał troszkę jak stary, dobry Pietrek z czasów „Rzeczy”. Zaskakujący, świeży, jednocześnie szczery i prosty album. To nowe oblicze zwyczajnie intryguje, czyniąc z KęKę bardzo interesującą personę, która może wyciąć jeszcze niejeden numer.

8/10

Radosław Ostrowski

Dwa Sławy – Coś przerywa

cos-przerywa-b-iext52664726

W polskiej scenie rapowej nie ma takiego duetu jak Dwa Sławy. Panowie znani są z mieszania chwytliwych bitów oraz bardzo dużej ilości rozkminy, zabawy wieloznacznościami słów, co było wielkim powiewem świeżości. Po nagranym w 2017 „Dandys Flow”, Astek i Rado postanowił nagrać na własny rachunek (założyli wytwórnię X2) nowy materiał. Ale czy tym razem nie przeholowali?

Pozornie wszystko wydaje się być na swoim miejscu, co pokazuje bardzo minimalistyczny „Halo?” czy w mocno przecinanym „Zdejm czapkę”, gdzie panowie rzucają metaforami i hasztagami niczym bumerangiem. Nie boją się bawić w follow-upy („Gdyby miało nie być wczoraj”, którego tytuł brzmi niczym jeden z utworów Pezeta), lecz same bity wydają się o wiele spokojniejsze niż poprzednio. Problemy zaczynają się od takich niby-onirycznych fragmentów jak „Giraud”, który zwyczajnie ciężko się słucha. Panowie próbują urozmaicić całość czy to za pomocą bardziej „tanecznych” rytmów jak w „Kiss & Fly” (i mocno tandetnym „Buty do wódy”) czy w bardziej mroczne rewiry jak w „Chwaście”, gdzie najlepszą robotę zrobił… Sarius. Problem w tym, że cała ta warstwa muzyczna wydaje się coraz bardziej zlewać ze sobą, przez co zwyczajnie nuży. A tego się po chłopakach nie spodziewałem, bo bity zwyczajnie rozpraszają od nawijki obydwu panów.

A ta nadal trzyma poziom, do którego przyzwyczaili nas. Technikę mają nadal opanowaną do perfekcji, a nad podśpiewywania nie wywołują irytacji. Nadal przyglądają się naszej rzeczywistości z dużym dystansem i ironią, ale to wszystko sprawia wrażenie rutyny, bez tego błysku oraz ciętych, pamiętnych fraz z poprzednich płyt. Ale pojawia się więcej gości niż na „Dandys Flow”. Poza Sariusem mamy wyluzowanego Jareckiego („Jestem”), cudnie śpiewającą Kasię Grzesiak („No cześć”) oraz utrzymującego wielką formę KęKę („Drugi koniec świata”).

Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek to napiszę, ale Dwa Sławy po raz pierwszy mnie rozczarowali. Niby trzymają poziom, jeśli chodzi o nawijanie, lecz podkłady wydają się jakby brzmieć na jedno kopyto. No i czegoś świeżego tutaj zabrakło, by powalić na łopatki. Czyżby coś przerwało?

6/10

Radosław Ostrowski

Abradab – 048

abradab_048

Polski rap coraz bardziej potrafi zaintrygować, serwując kolejne ciekawe postacie. Nie oznacza to jednak, że starzy wyjadacze nie mają niczego do powiedzenia czy zwykle sobie odpuścili. Jednym z filarów tego nurtu muzyki jest Marcin Marten, bardziej znany jako Abradab. Twórca legendarnego składu Kaliber 44 (dwa lata temu reaktywowany) tym razem postanowił nagrać solową płytę po 6 latach przerwy. Sam tytuł to numer kierunkowy do Polski, zaś produkcją zajął się DJ Eprom. Co z tego mogło wyjść?

Pod względem brzmienia to niemal oldskul pełną gębą, ale jednocześnie jest to bardzo bujający, wręcz imprezowy. Taki jest choćby otwierający całość “Pio” z mocno przemielonym wstępem, który skręca w retro elektronikę, zaś raper nawija dość szybko, przez co można nie wyłapać wielu słów. Równie klasyczne jest singlowe “powietrze”, pełne cykaczy oraz pomysłowo wplecionego tła. Do tego w refrenie gościnnie wchodzi Joka, który nie psuje efektów. Troszkę oszczędny, ale i mroczny “tańcz” w bardzo dyskotekowym tempie oraz naleciałościami lat 80. czy utrzymany w stylistyce r’n’b “czeszę Cię”, poszatkowany odrobiną syntezatorowych eksperymentów oraz skreczami. Rozpędzone, choć skromne “horyzonty” wydają się bardzo mrocznym kawałkiem muzyki, zaś sam gospodarz serwuje słowa z prędkością karabinu maszynowego, skontrastowane z lekko “orientalną” “ciapą”, by przejść do futurystycznego w formie “odpalam” oraz “złe oko”. W ogóle trudno się produkcyjnie się do czegokolwiek przyczepić (nawet mocno staroświecki “blask”, pachnący latami 90. – nomen omen – błyszczy).

Jedynym gościem na albumie jest Joka, który wypada całkiem nieźle I nie drażni bardzo (“yee boy”). Sam gospodarz prezentuje się dobrze, a swoim tekstami, gdzie nie brakuje ironii, sarkazmu oraz kombinowania. A o czym mówi? O pieniądzach, przeszłości, działalności Kalibra, zapierdalającym i ogłupiającym świecie (także o technologii), a nawet bragowania.

“048” to brzmieniowy powrót do przeszłości oraz odpowiednio wyważona mieszanka powagi, luzu oraz dobrej zabawy. Czyli stary, dobry Abradab nadal zachowuje formę, co bardzo mnie cieszy. Niby lżejszy rap, ale nie głupi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Various Artists – T.Cover

1543061610NgfveGO5Vh8DnvwkyKehFQTqRenvWy

Czy ktoś spodziewał się, że zespół T. Love działa już ponad 35 lat? Ta rocznica przypadła rok temu i ktoś wpadł na pomysł, by artyści szeroko pojętej sceny muzycznej postanowili w formie hołdu nagrać własne wersje swoich ulubionych piosenek tej kapeli. Najpierw krążyły one na YouTube, by dopiero jesienią tego roku zostać wydane na płycie. Niestety, nie ma tu wszystkich, co wynika z pewnych problemów natury prawno-biznesowej, ale zestaw jest dość imponujący.

Rapową scenę reprezentuje Mioush dość mocno eksperymentujący z “Wychowaniem”, gdzie wysamplowany fragment staje się pretekstem do własnych refleksji na temat okresu dojrzewania. Swoje zrobił też Sokół z “Warszawą” serwując niemal oszczędną aranżację, niemal melorecytując tekst. Fani psychodelicznych eksperymentów rozsmakują się w tym, co Łąki Łan zrobiło z “I Love You”, idąc ku tanecznemu techno oraz rave (tytuł “I Love Rave” zobowiązuje), by potem przerobić go na modłę… country, a także Tekno z “Potrzebuje wczoraj” (bardziej skocznie i mające mniej warstw, z lekko punkowym wokalem). Szukacie czegoś na ostro? To macie Acid Drinkers z koncertową wersją “Nie nie nie”, gdzie zgrabnie wpleciono klasyka eurodance’u “No Limits” od 2 Unlimited oraz bardziej garażową wersję “Gnijącego świata” od Mietalla Wallusia. Fani reggae (i przede wszystkim Kamila Bednarka) pobujają się przy niezłej “Stokrotce”, zaś osoby lubiące elektronikę zanurzą się w eterycznym popisie duetu Xxanaxx (“nie nie nie”) czy bardzo oszczędnej “Jeździe” od Poli Rise.

Żeby jednak nie było tak słodko, jest kilka drobnych kiksów jak zrobiony na indie rocka “1996” z bardzo manierycznym (i irytującym) głosem Piotra Roguckiego, smęcący “Gnijący świat” w quasi-orientalnej wersji Jordany Reyne, dziwaczny “Lucy Phere” od Bovskiej czy tandetnie folkowy “Ajrisz” od Sidneya Polaka. Za to zwieńczeniem albumu jest nagrany wspólnie przez Muńka oraz Kryzys “Armageddon 2014” ku pamięci zmarłego Roberta Brylewskiego. I jest w tym moc, brud, pazur.

Podoba mi się ta inicjatywa, choć brakuje chyba najlepszego z coverów “Boga” od Dawida Podsiadły, ale tu pojawiły się kwestie pozaartystyczne. Niemniej jest to bardzo intrygująca kompilacja, gdzie każdy stara się naznaczyć każdy utwór swoim własnym piętnem, a nie tylko odśpiewać. I to jest fajny ruch.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tede & Sir Mich – Noji?

noji-w-iext52951827

Wszyscy znamy Tedego. Jeden z najstarszych aktywnych polskich raperów nie zna słowa emerytura, choć ostatnie albumy (przydługi „Keptn’” oraz trapowy „Skrrrt”) bardzo mocno podzieliły fanów. Graniecki zawsze szedł z prądem, dzięki czemu tak długo funkcjonuje, a współpraca z Sir Michem to najlepsza rzecz, jaka trafiła się w karierze rapera. Czy „Noji” będzie tym, na co fani tak naprawdę czekają?

Sam początek jest bardzo oszczędny, ale lekko imprezowy „199II”, mieszający cykającą perkusję z funkową gitarą oraz ciepłymi klawiszami. Tylko lekko podśpiewywany refren psuje wrażenie, chociaż nie brzmi to aż tak tragicznie. Tytułowy utwór jest już bardziej imprezowy, z mocno wybijającą się perkusją oraz niemal klubową elektroniką, czyli „klasyczny” współczesny Tedas. Energetyczna petarda z nośnym refrenem. Bardziej mroczny, choć minimalistyczny „Airmax 98”, płynie niczym fale nad oceanem, zaś podśpiewywany w sposób „orientalny” refren potrafi rozbawić, jak powoli nakręcający się „Hot18banglasz” z cykaczami oraz bardzo spokojnie wchodzącymi dźwiękami (follow-up do siebie) czy niemal rozpędzony do granic wytrzymałości „WJNWJ” oraz nostalgiczne „Hejka”, przypominając troszkę dźwięki z lat 80. oraz Tedasem na autotunie.

Jednak o dziwo najlepiej prezentują się wolniejsze, choć pełne wokalnych przeróbek „Stadnina”, pełna niepokojących klawiszy, czerpiący z mieszanki funkowo-rockowej „Sinusoidalne tedencje” czy mieszający jazz z bardziej „tłustymi” bitami „Amsterdam”. Sir Mich nadal potrafi oczarować swoimi podkładami, nawet jeśli brzmią tandetnie (początek „Drugbox” czy niemal uliczny w przedwojennym stylu „Żelipapą”, parodiujący potem disco), by wystrzelić różnymi modyfikacjami wokalnymi („Nikmi nikmi”) czy dźwiękami inspirowanymi wręcz retro popem („Filozofia WNDB”), a nawet skręcając po indyjskie klimaty (rozpędzony „Fansi 3H”) czy latynoskie („Bailando melo”).

Tedas, jak to Tedas, nie wymyśla jakichś nowych tematów i opowiada niemal o tym samych: sława, kasa, szczęście, imprezy, ale też o przejażdżce rowerem czy o kulturze francuskiej. Nie znaczy to, że robi to w sposób nudny, bo technikę ma mocną (przyspieszyć też potrafi) i bawi się świetnie podczas nagrywania. Na imprezkę nada się idealnie, co chyba było głównym celem tego dzieła.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zeus – Zeus. To pomyłka

zeus-to-pomylka

Dawno nie słuchałem tego zdolnego łódzkiego rapera, którego ksywka sugeruje, że ma ambicje obecności w panteonie bogów polskiego rapu. Zeus ma wszelkie powody ku temu, zwłaszcza że jego ostatnie albumy pokrywały się platyną. Czy też tak będzie z albumem “Zeus. To pomyłka”?

Na pewno jest to inna płyta od poprzedniczek, która fanów łódzkiego ziomala bardzo mocno podzieli. A wszystko z powodu wybranych singli, zapowiadających raczej ogromną katastrofę, kombinowanie z różnymi brzmieniami (z naciskiem na elektroniczne eksperymenty) oraz bajzel. Początek, czyli “Kamilfornia” ma dwa dziwaczne pomysły. Z jednej strony elektroniczny wstęp zmieszany z cyfrowym wokalem w refrenie, z drugiej zaś polany funkowym basem podkład polany smykami oraz fortepianem. Chwytliwe jak diabli, zaś sama nawijka gospodarza buja się między tymi wszystkimi dźwiękami niczym surfer na fali, przypominając West Coastowe klimaty. Kompletnie inaczej wchodzi “Tetsuo”, gdzie mieszamy futurystyczne dźwięki z łagodnymi wejściami zabarwionymi Orientem (dzwony oraz wokalizy w tle) oraz nieźle zaśpiewany refren. I brzmi to dziwnie, a potem wskakuje oldskulowy “Social menda” (śpiewany refren tutaj wypada świetnie, a w zwrotkach flety z perkusją), gdzie Zeus opisuje swoje relacje z fanami m.in. z mediami społecznościowymi w tle. I kiedy wydaje się, że ten poziom zostanie utrzymany, wskakują pianistyczne „Kwiaty dla J.” – bardziej delikatne oblicze rapera, idące ku bardziej popowej estetyce. O ile ten utwór brzmi całkiem poprawnie, to „Like Ra” jest prawdziwym dziwadłem. Podśpiewywany refren, przemielony początek (wokal dziwacznie nakłada się na siebie), minimalistyczna perkusja, jakieś podśpiewywanie w tle, zaś w nawijce zderzenie zdrowego trybu życia z botoksem w lekko ironicznej (chyba) formie.

Ale zdarzają się też prawdziwe perełki jak bardzo klasyczny w formie „Płomień 83”, gdzie opowiada o początkach swojego nawijania (świetne cuty, a i tytuł przypominający dawny skład Płomień 81), idący w podobne rewiry „Gdzie jest Zet?”, bardziej jazzującym „Hideo Audio”. Z drugiej strony są drobne wpadki w rodzaju troszkę zbyt podniosłego „Krew wampirów” (refren śpiewany przez Justynę Kuśmierczyk całkiem niezły) czy kompletnej rzeźni w postaci nudnawego „Miss Ya” (refren bardzo usypiający). Z trzeciej jest wiele bardziej spokojnych, refleksyjnych numerów pokroju „Świetnego Pawła” oraz „Cienia nauczyciela”.

Sinusoida to drugie imię tej płyty, bo poziom jest strasznie nierówny. Poziom dotyczy głównie nawijki, bo sam gospodarz bardzo dobrze sobie radzi. Nie tylko technicznie (choć czasem balansuje na granicy), ale i tematycznie, gdzie mamy kwestie wewnętrznego spokoju, relacji z fanami, poczuciem niezrozumienia. Ale czy tylko mi barwa głosu troszkę przypominała Bisza? Przesłuchanie tego albumu nie będzie w żadnym wypadku pomyłką.

7/10

Radosław Ostrowski

Taco Hemingway – Cafe Belga

cafe-belga-w-iext53031737

Czy jest jeszcze ktoś, kto lubi słuchać Taco Hemingwaya? Że jeszcze się nie przejadł? Ostatnie płyty, mimo sporego sukcesu komercyjnego nie były w stanie przekonać krytyków oraz dotychczasowych fanów. Po kooperacji z Quebonafide tym razem próbuje wrócić do solowego grania. Czy „Cafe Belga” jest w stanie przekonać tych, którzy polubili te pierwsze materiały? Hmm. Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale taka łatwa.

Z jednej strony nie brakuje tutaj pomysłowych sampli (niemal „knajpiarski” początek plus co jakiś czas wracające fragmenty wywiadu, poddane zniekształceniu), ale nadal podkłady oparte są na minimalistycznych dźwiękach. Tak jest w utworze tytułowym, gdzie w refrenie dochodzi nawet do… śpiewania oraz odrobinę ciepłych klawiszy. Nie brakuje trapowanych wstawek jak lekko oniryczne „ZTM” z niemal „tykającym” podkładem, co jest pewnym zaskoczeniem, chociaż troszkę przymula. Tak samo oszczędne, choć bardziej bujające jest „Wszystko na niby” oraz o wiele bardziej idące w klimaty Flirtini „Reżyseria: Kubrick” czy wręcz niemal futurystyczne „2031”. Jeszcze bardziej zaskoczył nie podkład w „Fiji” (wstęp na ciepłych klawiszach, rozpędzona perkusja, wielowarstwowe pasaże oraz szybki refren), gdzie Taco – na swoje nieszczęście – próbuje śpiewać, co nie brzmi za dobrze. Także wykorzystująca „orientalną” perkusję „Abonent jest czasowo niedostępnym”, gdzie w połowie dochodzi do przełamania oraz zmiany tempa, zaś fani kooperacji z Quebo odnajdą się w odjechanej, pełnej elektronicznych bajerów „Motorolli”. Jednak na sam koniec Taco zalicza dwa strzały i nie do końca trafne. O ile „Adieu” w retro dyskotekowej estetyce ma swój klimat, o tyle wysamplowana na „Zimnej wojnie” „4 Am in Girona” wydaje się chybiona, tak jak nawijanie po angielsku.

Sam Taco wydaje się wracać do dawnej formy, chociaż zdarzają się pewne proste porównania m.in. z wbijaniem noża w plecy niczym Brutus, choć z drugiej strony czuć mocny powrót i przebłyski. Chyba, że nawija o ZTM, bo robi to za często. Do tego przestaje się skupiać tylko na sobie, rzuca popkulturowymi odniesieniami i potrafi się zabawić swoim flow. Jest zwyżka, ale to jeszcze nie to, z czym Taco wystrzelił na początku swojej drogi.

7/10

Radosław Ostrowski

Tamagochi – Soma 0,5 mg

fab1_1000

Co się stanie, jeśli dwóch popularnych oraz bardzo zdolnych raperów postanowi połączyć siły? Sukces komercyjny na pewno, reklama też zrobi swoje. A jak sama nawijka, flow i chemia? Współpracę podjęli ze sobą Quebonafide – jeden z bardziej postrzelonych raperów oraz Taco Hemingway, czyli ten bardziej snujący, lekko hipsterski, ale z pomysłem i błyskiem (ostatnio mało tego błysku). Tak powstało Taconafide, które wydało “Somę”. Co mogło pójść nie tak?

Już „Intro”, gdzie mamy zapętlone info z telefonu oraz sample z pianina potrafi wciągnąć, tak jak prosta perkusja, tworząc bardzo specyficzny klimat. Jeszcze ciekawiej się dzieje w “Metallica 808”, gdzie panowie za podkład wzięli… “The Unforgiven” kapeli Jamesa Hetfielda, zaś tekst to klasyczne braggadocio z odniesieniami do klasyków muzyki rockowej (m.in. Obywatela G.C. czy Led Zeppelin). Jeśli szukacie jakiegoś bardziej imprezowego numeru, wejdzie wam w głowę “Art-B” z minimalistycznym, ale bardzo “letnim” bitem oraz bardzo chwytliwym refrenem czy bardziej pachnący Zachodnim Wybrzeżem “Ekodiesel”. Szokiem może być “Wiem” I nie tylko dlatego, że ma “orientalny” posmak, lecz z powodu śpiewanego refrenu oraz wręcz zawodzącego (dosłownie) Quebo, sprawiającego wręcz ból. Niebezpiecznie blisko Bedoesa (brzmieniowo) zmierzają “Kryptowaluty”, chociaż bit jest bardziej niepokojący, jednak nawijka Quebo wydaje się wręcz na poziomie nastolatka (kwestie miłosne). Poszukiwacze bardziej staroszkolnych klimatów odnajdą się w mocnym “PIN” oraz delikatniejszych “8 kobietach”, a łowcy chwytliwych hitów na pewno zauważą “Tamagochi”, gdzie technologia jest głównym tematem.

A jak sobie radzą panowie Quebo i Taco? Przejścia między zwrotkami obydwu panów są bardzo płynne, zgrabnie się uzupełniając. Quebo wydaje się bardziej ekspresyjny, wręcz emocjonalny, co parę razy potrafi zirytować, zaś Taco utrzymuje swoje tempo, bawiąc się spowolnieniami oraz przyspieszeniami. Zaś tekstowo dotykają klasycznych tematów: sława, forsa, relacje damsko-męskie, czasami z pojedynczymi banałami (“W życiu chodzi głównie o to, żeby żyć”).

Jednak nie mogę pozbyć się wrażenia niewykorzystania w pełni potencjału, pod koniec wprawiając w stan znużenia. Ale wyszła całkiem przyzwoita płyta z paroma mocnymi strzałami. Tylko, że obydwu stać na wiele więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Afrojax – Nikt nie słucha tekstów

nikt-nie-slucha-tekstow-b-iext52851428

Kojarzycie taki zespół Afro Kolektyw, który działał aż do 2015 roku? Ta mieszanka popu, jazzu, rapu i lekkiego rocka dodawała wiele frajdy fanom muzyki alternatywnej. Jednak frontman znany jako Legendarny Afrojax poszedł solową ścieżką w stronę rapu. Teraz wyszła trzecia solowa płyta już jako Afrojax z dość przewrotnym tytułem “Nikt nie słucha tekstów”. Naprawdę tak jest?

Sam rap jest tutaj bardzo organiczny i wykorzystujący żywe instrumenty, co nie powinno dziwić, a pomogli kumple z dawnej formacji. Sam początek to idący ku funkowym rytmom (klawisze) “Tytułowy”, gdzie nasz gospodarz rozpatruje kwestie sławy, dość krytycznie patrzy na fanów, nie zwracających uwagę na tekst lub ich nie rozumiejących, zaś na końcu dostajemy siarczyste solo saksofonu. Ku bardziej gitarowym morzom wchodzi “Co tak głupio brzmi?”, by ustąpić pole rozkręcającej się elektronice. “Doliniarz z Pragi”, gdzie wybija się akordeon brzmi jak uliczna kapela, tak jak lekko pulsujący “Na wszelki wypadek” z mocniejszą perkusją oraz finałowym wejściem organów. Jedynie pojawiający się gościnnie Gospel może odrzucić swoja manierą. Bliżej Afro Kolektywu robi się w jazzowym “W końcu piosenka o miłości”, gdzie fajnie gra fortepiano z perkusją, a także smyczki. Niepokojący jest “Czarny lakier”, co zapowiada smyczkowy wstęp, chociaż dalej idzie w bardziej spokojne tony, dopóki nie wchodzi Ten Typ Mes, pędząc niczym rajdowiec. I to zderzenie pozornie przebojowej lekkości z mrocznymi tekstami potrafi porazić (szybki, lekko ambientowe “Dawno nie było tu wojny”, przyspieszone “Jeszcze mniej ufać”, chropowate “Tata wstał”).

Dla mnie jednak największym problemem są krótkie skity, okraszone industrialnym tłem oraz dziwacznymi tekstami, pełnymi dość obscenicznych opisów. Jednak poza tym Afrojax dość dowcipnie, ironicznie pokazuje pozornie ograne tematy jak miłość, rodzicielstwo czy relacja z fanami, zaś balansowanie między śpiewem a nawijaniem przychodzi bardzo łatwo, wręcz naturalnie. I choćby z tego powodu oraz naprawdę bardzo ciekawych tekstów (których podobno nikt nie słucha), zdecydowanie warto dać szansę Afrojaxowi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

DonGuralesko – Dom otwartych drzwi

dom-otwartych-drzwi-w-iext51886073

Tego poznańskiego rapera przedstawiać nie trzeba. Debiutował mocnym uderzeniem (“Drewnianej małpy rock”), by zabawić się w lokalnego szamana (“Totem leśnych ludzi”), a ostatnio bardziej zaczął interesować się sztuką (“Magnum Ignotum: Preludium”). Jakie tym razem swoje oblicze zaprezentuje donGuralesko zwany też potocznie Guralem?

Instrumentalne intro “Wew”, w którym coraz mocniej zaczyna wiać oraz lać, nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale połączenie tych dźwięków z basem oraz perkusją wprowadza mocno do przesiąkniętego nostalgiczną elektroniką oszczędnego “Gdybym” (świetna robota Tailor Cuta). Staroświecka “Taka sytuacja” z ciepłymi klawiszami przyjemnie buja i pokazuje, co potrafią Returnersi. Rozbujany utwór tytułowy z prostą perkusją oraz napakowanych dziwacznych dźwiękach rozkręca całą imprezkę, razem z mocniejszą elektroniką. A wtedy wchodzi kolejna ekipa, czyli klasyczni White House. To, co wykonują w “Modern Talking”, “Tratwie Meduzy” czy niemal onirycznej “Wyspie kormoranów” dla fanów oldskulowych dźwięków będzie niczym miód na serce, a duch szamański powraca w magnetyzującym “Parę słów”, gdzie niektórych fraz nie powstydziłby się sam Kazik. Minimalizm powraca także w intrygującym “Poczekaj moment” czy wykorzystujący fragment “Misia” “Cegła w murze”. I wchodzi chyba największy wygłup na tej płycie, czyli braggowe “O’Kruca”, gdzie co niektóre bluzgi zostały ocenzurowane.

Returnersi, White House oraz Tailor Cut wykonują naprawdę świetną robotę, idealnie współgrajac z nawijką Gurala. Gospodarz zaskakująco trzyma bardzo wysoki poziom, a nawijki tak dobrej to od dawna nie miał. Nie brakuje zarówno bardzo błyskotliwych skojarzeń i panczlajnów (“O’Kruca”, “Parę słów”), gdzie obok siebie są Kafka, Smarzowski i Nykiel, ale też dosć trafnej obserwacji świata, ubarwiającego poetyckimi frazami (“Wyspa kormoranów”, “Książki ważkie”).

Na szczęście raper nie przegina, zgrabnie bawiąc się słowem, rzadko dopuszczając się wodolejstwa, więc warto odwiedzić ten dom. To stary Gural w nowym opakowaniu.

8/10

Radosław Ostrowski