
Ten album to coś, co fachowo nazywa się składanką typu „music from and inspired by”, czyli są to utwory bazujące na treści filmu. A że tematyka jest niewolnictwo, to pieśni typu gospel i opowiadające o ciężkiej doli niewolnika. Za produkcje tego albumu odpowiada Hans Zimmer razem z Johnem Legendem – znanym wokalistą soulowym.
Efekt jest całkiem przyzwoity. Jednak nie wszystko tutaj zagrało jak trzeba. Po pierwsze, piosenki są przeplatana skrzypcowymi utworami Tima Faina (bardzo krótkimi i szybkimi, poza „Yarney’s Waltz”). Same piosenki opowiadają o ciężkim losie niewolników, ubranych w formie modlitwy. Jednak gatunkowo jest spory rozrzut i misz-masz, od śpiewanych a capella (‘Roll Jordan Roll” Johna Legenda oraz jego filmowa wersja czy „My Lord Sunshine” Davida Hugheya i Roosevelt Credit) przez jazz („Driva Man” Alabama Shaks i „Little Blue Girl” Laury Mvali), bluesa („Freight Train” Gary’ego Clarka Jr.) do r’n’b (najlepsza w zestawie „Queen of the Field” Alicii Keys) oraz rocka („Misery Chain” Chrisa Cornella). Rozrzut wywołuje lekki chaos, zaś ostatnia piosenka Cody’ego ChesnuTTa brzmi najpogodniej i trochę nie pasuje do całej reszty.
Do tego jeszcze wydawcy płyty przypomnieli sobie, że muzykę (tą instrumentalną) napisał Hans Zimmer. I jest on tutaj reprezentowany przez dwa utwory. Krótki „Waszyngton” to smyczkowy walc przypominający trochę kompozycje z „Sherlocka Holmesa”, ale „Salomon” (temat naszego bohatera) to już inna para. Jest bardziej melancholijny, z długimi pociągnięciami smyczków – tylko czemu brzmi to jak „Time” z „Incepcji”? Nie mam pojęcia, ale Zimmer powoli staje się drugim autoplagiatorem jak Horner, co zaczyna stawać się irytujące. Słaba reprezentacja, choć dobrze sprawdza się na ekranie.
Mówiąc krótko, „12 Years a Slave” to kolejna muzyczna kompilacja jakich wiele się wydaje. Posłuchać można, ale czy warto?
6/10
Radosław Ostrowski
