Paulina Przybysz – Chodź tu

paulina-przybysz-chodz-tu-cover

Pamiętacie taki zespół Sistars? Siotry Przbyszy miały wtedy prawdziwą siłę rażenia, chociaż obecnie mówi się o idącej rockową ścieżką Natalii. Druga siostra, pozostała wierna “czarnym” brzmieniom spod znaku r’n’b oraz rapu. Teraz postanowiła przypomnieć o sobie na trzecim solowym albumie. Podszedlem i…

Poczułem się lekko zaskoczony, gdyż całość leci mieszanką elektronicznych bitów z samplami i/lub instrumentami. Tykająca “Saliva” z harfą oraz basem zapowiada nieuniknione, tworzy poczucie uciekającego czasu. Oszczędna, ale pełna retro-elektroniki “Papadamy” potrafi pobujać, choć organy w połowie utworu połączone z melorecytującą Kasią Nosowską tworzy petardę. Mieszankę jazzowo-orientalno-soulową tworzy “Buy Me a Song” z bardzo delikatnym wokalem w zwrotkach oraz przyspieszonym tempem po minucie (te solo smyczków w tle!!), by wskoczyć do minimalistycznych “Dzielnych kobiet”, okraszonych wręcz orientalnymi wstawkami w podśpiewywanym refrenie. Podobnie, choć łagodniej buzuje “Drewno” z bardzo fajnie grającą perkusją, wybrany na singla klasyczny “Pirx” z nawijanym finałem czy lekko “japoński” w brzmieniu “Kumoi”. Takie egzotyczne naleciałości przewijają się także w zabarwionym jazzem “No Entrance”, a “System” uderza swoim futurystycznym tłem.

Paulina wokalnie tutaj lawiruje między delikatnym śpiewem, a rapowaniem oraz między językami polskim i angielskim. Ale ku mojemu zdumieniu robi to tak płynnie, że nie jestem w stanie wyjść ze zdumienia. Tak samo lawiruje między tematami (rodzina, kobiecość, codzienność), przez co jest absolutnie nieobliczalnie, a muzyka daje jej dużo pola do popisów. Podejdziecie i zechcecie posłuchać?

8/10

Radosław Ostrowski

Alicia Keys – Here

Alicia_Keys_-_Here_Album_Cover

Był taki czas, że Alicia Keys była jedną z najpopularniejszych czarnoskórych wokalistek w nurcie soul i r’n’b na przełomie wieków. Ale to było tak dawno, że kolejne płyty spotykały się z coraz mniejszym zainteresowaniem odbiorców. Ale czy ostatnie wydawnictwo, czyli „Here” mogło zmienić ten stan rzeczy?

Pierwsze, co rzuca się w oczy to okładka – bardzo w stylu lat 70., z naturalnym wyglądem oraz obłędnie wyglądającymi włosami. Otoczona sztabem producentów (w tym swoim partnerem, Swizz Beatsem), niejako znowu tworzy intymny, kobiecy portret. Otwierający całość „The Beginning (Interlude)”, mimo obecności fortepianu jest bardziej epicki niż się to wydaje. W tle dochodzą smyczki i dęciaki, a sama Alicia melorecytuje o swoim miejscu na scenie.

Brzmieniowo to soul zmieszany z r’n’b, gdzie niezawodny fortepian, z którym artystka jest kojarzona od początku, zostaje wrzucony w niemal hip-hopowo brzmiącą perkusję (tu akurat swoje robi Pharell Williams), nawet jeśli pojawia się zapętlenie („Pawn It All”), to nie jest irytujące. Dodatkowo we wszystko wplecione zostały krótkie przerywniki, podbudowujące album w spójną opowieść, a przed każdym utworem jest drobny dodatek. Nie brakuje tutaj kompletnie nieoczywistych sytuacji jak akustyczne „Kill Your Mama” (grana tylko na gitarze), gospelowe chórki („The Gospel”) oraz bardzo delikatne klawisze („She Don’t Really Care/1 Luv” z samplami od Nasa), które potrafią szarpnąć („Illusion of Bliss”) swoim depresyjnym klimatem. Takiej ciężkiej emocjonalnie płyty się nie spodziewałem.

Równie mocne jest pozornie delikatne „Blended Family” (gościnnie udziela się sam A$AP Rocky), a także zawierające kotły w tle oraz cykacze („Work On It”), a w błogi nastrój wprawi niemal karaibskie (te perkusjonalia robią cuda) „Girl Can’t Be Herself” oraz bardzo przyjemne, pełne ciepłych dźwięków „More Than We Know”. W ogóle zakończenie brzmi bardziej pogodne, niemal dając pewne światło w tym brudnym świecie.

Za to wiele dzieje się na polu tekstowym: nie brakuje rozliczenia z przeszłością – biedą i walką o przetrwanie, uzależnienia, samotności, niedostosowaniu. Artystka nie boi się nawet rapować, a nie tylko śpiewać czy mruczeć do ucha („Where Do We Begin Now”). A jednocześnie wszystko jest tutaj skupione na detalach, które tworzą niesamowitą mozaikę dźwiękową, zachwycając i wciągając aż do samego końca. I nie zawaham się stwierdzić, że takiej poruszającej muzyki nie słyszałem od dawna.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Sampha – Process

Process_-_Sampha_album

Jeśli pojawia się jakiś nowy talent, który podbija powoli listy przebojów z całego świata, kompletnie zaskakując wszystkich, możemy być pewni, że pochodzi on z Wielkiej Brytanii. Tak jest w przypadku niejakiego Samphy – młodego kompozytora i wokalisty, płynącego w kierunku soulu, elektroniki i r’n’b. Do tej pory tworzył m.in. dla Jessie Ware, Drake’a, Solange czy Kanye Westa, ale tym razem postanowił stworzyć coś na własne konto. Tak narodził „Process”, współprodukowany przez samego artystę oraz Rodaidha McDonalda (współpraca m.in. z The xx, Vampire Weekend czy Daughter).

I te wpływy są bardzo mocno odczuwalne, co czuć już w otwierającym całość „Plastic 100°C”, pełnym dźwięków harfy, tykającej gitary oraz odbijającej się niczym echo perkusji. Jest w tej minimalistycznej formie coś, co intryguje i nie daje spokoju. Znacznie bogaciej i przebojowo robi się w „Blood on Me”, któremu najbliżej do The xx. Wokalizy w tle, szybka perkusja, fortepian – to wszystko ubarwia i tworzy bardzo mocne dzieło. Tak samo jak ubarwiona akustycznymi gitarami „Kora Sings”, pełna przebojowości i skoczności, by automatycznie wyciszyć się w intymnym „(No One Knows Me) Like the Piano”. I takie też na początku wydaje się „Take Me Inside”, gdzie mamy ładny fortepian, do którego dochodzą powoli smyczki. Ale ostatnie pół minuty to elektroniczna magia.

Powrót do sampli oraz czarów klawiszowych daje nam „Reverse Faults” oraz pulsujące „Under” z zapętlonym refrenem. Dalej jest równie czarująco, a bardzo delikatny wokal Samphy może sprawić do rozmiękczenia kilku pań (wystarczy posłuchać rozmarzonego „Incomplete Kisses”).

Tylko mam jeden mały problem – „Process” jest świetnie zrobiony i zrealizowany, ale wprawił mnie w obojętność. Może to kwestia kolejnych odsłuchów, by przekonać się do całości. Szanuję i doceniam.

7/10

Radosław Ostrowski

Chrisette Michele – Milestone

Milestonecover2

Czarna muzyka, czyli soul i r’n’b to nie do końca moje klimaty, gdyż poszczególne kawałki zlewają się ze sobą. Ale trzeba sprobować zmierzyć się z każdym gatunkiem muzycznym. Tak też pojawiła się piąta plyta niejakiej Chrisette Michele – bardzo popularnej i znanej artystki w USA.  I muszę przyznać, że jest na czym ucho zawiesić, aczkolwiek… hmm.

To mieszanka soulu, r’n’b i hip-hopu, czyli sporo elektroniki, bitowania oraz nawijania mieszanego ze śpiewaniem. Musiały pojawić się cykacze (pokręcone „Steady”), obowiązkowy fortepian („Meant To Be”) oraz fragmenty bujające z pstryknięciami („Soulmate”). Standard znaczy się, który jednak parę razy zaskakuje, chociaż są to bardzo subtelne i delikatne zmiany.  Tak jest ze zdominowanym przez pianino „Equal”, gdzie gościnnie bawi się Rick Ross, pełen ejtisowskiej elektroniki „These Stones” czy wplatające gitarę „Indy Girl”. Jednak przez większą część czasu dzieje się niewiele – utwory wchodzą i wychodzą jednym uchem, a całkiem niezły wokal pani Michele nie jest w stanie zmienić tego stanu.

Jednak dla fanów mam wieść, że jest tez dostępna wersja deluxe z dodatkowymi sześcioma utworami. Tutaj wyróżnia się minimalistyczny „Private Destination”, strzelający „Black Girl Magic” czy rozmarzony „Edge of the Bar”. Sporo jak na dodatkową zawartość, czyli czy to jest powód, by kupować oryginał? Nie jestem przekonany.

6/10

Radosław Ostrowski

Yuna – Chapters

Yuna_Crush

Kolejna interesująca postać, której dorobek śledzę od pewnego czasu – malezyjska wokalistka Yuna, śpiewa r’n’b i wydała dwie płyty znane na całym świecie. Teraz wyszła trzecia płyta płyta anglojęzyczna, wykonana przez sztab producentów (m.in. doświadczonego Davida Fostera) oraz wsparta przez gości. Co otrzymujemy?

Album pełen elektroniki oraz rytmicznego tempa, pełen charakterystycznych dla tego gatunku muzycznego pstryknięć, cykaczy oraz tego „pościelowego” nastroju. Przynajmniej takie wrażenie daje nam otwierający całość „Mannequin”, który pozostaje przyjemnym kawałkiem. Dalej jest równie lightowo i ciepło – bujające „Lanes” z dyskotekową perkusją z lat 80., odrobinę gitarowe „Crush”, gdzie pojawia się także Usher (i o dziwo, wypada nieźle), zmechanizowano-fortepianowe „Unrequited Love”. Wydaje się, że dzieje się tutaj wiele, a ciepły wokal Yuny współgra z warstwą muzyczną.

Ale – jak zwykle w tego typu produkcjach – im dalej, tym jest gorzej. Zdarzają się pewne ciekawe pomysły (zgrabnie wplecione smyczki w perkusyjnym „Best Love”), jednak utwory te wchodzą jednym uchem, by drugim wyjść. Wyjątkami od tej reguły (poza pierwszymi utworami) jest gitarowe „Too Close”, przypominające kołysankę czy bardziej taneczne „Your Love” oraz pełne sampli „Places To Go”. Resztę można spokojnie sobie odpuścić, gdyż niczym nie różni się od innych utworów w tej stylistyce.

Akurat ten rozdział jest dla mnie zbyt mainstreamowy, mało odkrywczy i niezbyt ciekawy. Jest zaledwie nieźle, ale tylko nieźle. Sam wokal i pojedyncze numery to za mało, by mówić o dobrym albumie. 

6/10

Radosław Ostrowski

Corinne Bailey Rae – The Heart Speaks in Whispers

Corinne_Bailey_Rae_The_Heart_Speaks_in_Whispers

To jedna z ciekawszych postaci brytyjskiej muzyki r’n’b, choć ma w dorobku tylko dwie płyty i jeden wielki przebój („Put Your Records On”). Teraz po pięciu latach przerwy Corinne Rae powraca z nowym materiałem, który zaskakuje.

Czym? Różnorodnością, pomysłowością oraz ciepłem. Już początek, czyli „The Skies Will Break” to pełen płynącej elektroniki numer, zaczynający się od rozmarzonego, nakładającego na siebie wokalu, do którego dołącza gitara akustyczna i harfa. Co prawda, perkusyjny bit mnie drażnił, jednak aranżacja maskuje to złe wrażenie. „Hey, I Won’t Break Your Heart” jest bardziej akustyczne i stonowane, oparte na gitarze akustycznej, rzadko pojawiającym się fortepianie, by potem przejść w klasyczny funkowo-soulowy sznyt z lat 70., podobnie grany na „kosmicznych” klawiszach „Been To The Moon”. A im dalej w las, tym bardziej czuć klasyczne chwyty r’n’b: klaskanie, ejtisowska elektronika (eteryczne „Tell Me”), wszelkiego rodzaju dzwoneczki i cymbałki, wejścia akustycznej gitary, co układa się w melodyjne, chociaż pozbawione przebojowego potencjału wydawnictwo (z wyjątkiem dynamicznego w refrenie „Stop Where You Are”).

Na mnie największe wrażenie zrobił bujający „Green Aphrodisiac”, taneczny „Horse Print Dress” z funkowym basem oraz dyskotekową perkusją, a także „Caramel” z przyjemną trąbką. Reszta to dobrze wykonana robota, ze smakiem, wręcz intymna, zagrana na lekkich, delikatnych nutach. Na wakacyjną porę, ten materiał może dać odrobinę cienia, wyciszenia, spokoju tak potrzebnego wobec zbliżających się upałów.

7/10

Radosław Ostrowski

James Blake – The Colour of Anything

The_colour_in_anything_blake

Kolejny artysta z Wysp Brytyjskich, tym razem specjalizujący się w szeroko pojętej elektronice, ale w bardziej popowym wydaniu. James Blake tym razem na trzecim albumie jeszcze zapuszcza się w rytmy „czarnej” muzyki, naznaczając ją swoim własnym piętnem, wspierany przez legendarnego producenta Ricka Rubina.

Zaintrygowała mnie sama okładka i podkreśla ona nastrój tej płyty – melancholijny, pełen smutku, a jednocześnie pełen eksperymentów. Zapętlony fortepian, wsparty przez falującą i „mechaniczną” perkusję  w orientalnym „Radio Silence” daje przedsmak tego, co otrzymujemy na „The Colour of Anything”. Na tym intymnym albumie Blake parę razy zaskakuje – wielogłos („Points”), kobieca wokaliza („Love Me in Whatever Way”), minimalistyczna perkusja (płynące „Timeless”), sample, ejtisowska elektronika („I Hope My Life (1-800 Mix)”) oraz ten bardzo delikatny wokal Blake’a przypominający dokonania zespołu Bon Iver.

Pozornie wydaje się, że jest to muzyka tak monotonna w swej melancholii, że groziłoby po wysłuchaniu znudzenie. Zwłaszcza, ze album trwa godzinę. Ale o dziwo ta melancholia działa, wymaga to sporo cierpliwości. Dla mnie najciekawsze były piosenki z połowy płyty jak dynamiczny „i Hope My Life”, „Choosen Me” z niemal chóralnym wstępem, duet z Bon Iver („I Need a Forrest Fire”) ze ślicznym wstępem organowym czy pulsujący „Two Men Down” ze świetnym gitarowo-smyczkowym wstępem.

„The Colour of Anything” to dość barwny materiał, chociaż nie zapowiadał się na taki. Jeden odsłuch to za mało, by w pełni docenić ten album, ale fani spokojniejszego grania znajdą coś dla siebie.

7/10

Radosław Ostrowski

Leon Bridges – Coming Home

Coming_Home

Choć nazwisko sugerowałoby, że jest synem legendarnego aktora Jeffa Bridgesa, jest to czysta zbieżność nazwisk. 26-letni czarnoskóry Amerykanin z Teksasu właśnie wydał swój debiutancki album, wyprodukowany przez Niles Ciy Sound. Wokalista i gitarzysta śpiewający gospel prezentuje ciekawe oblicze.

Przesłuchując tytułowy utwór otwierający całość nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jesteśmy w latach 50. i 60., gdy w stacjach radiowych grali Elvis Presley, Ritchie Valens oraz tym podobni rock’n’rollowcy. Łagodne chórki w refrenach, proste uderzenia perkusji, sama jakość dźwięku oraz to, że utwory powoli się wyciszają świadczy, że jest to granie retro. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to wolnym graniem, ale z bardzo przyjemnym klimatem. Czy to ze świetnie grającymi dęciakami („Better Man”),czarujacym Hammondem („Shine”),  swingującym smęciakiem („Brown Skin Girl” z ładnymi solówkami saksofonu, świetnym chórkiem w refrenie oraz melodyjnym basem czy „Lisa Sawyer”) czy bardziej tanecznym numerem (singlowy „Smooth Sallin'” z niezłym riffem w środku oraz pachnący brzmieniem z Motown „Flowers”), a wszystko to z czasów, gdy r’n’b oznaczało rhythm’n’bluesa, a nie ten elektroniczne pościelówy.

A i sam Bridges ma głos taki z dawnych lat, co współgra z resztą brzmienia – troszkę sentymentalnego i staroświeckiego, ale z duszą, ciepłem i energią. O dziwo, jako album dla par czy do tańca sprawdza się bez zarzutu.

I jest tylko jedna wada – tylko 10 piosenek i że trwa to tylko nieco ponad pół godziny. Ale za to jak pięknie spędzone. Po przesłuchaniu włączyć jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz i jeszcze raz. Obok „At Least for Now” Benjamina Clementine’a to najlepszy debiut tego roku.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Estelle – True Romance

True_Romance

Brytyjską wokalistkę r’n’b Estelle wszyscy kojarzą tylko dzięki piosence “American Boy” nagranej z Kanye Westem. Potem były jeszcze dwie płyty, jednak nie specjalnie przebiły się w świadomości słuchaczy. Wątpię, żeby czwarty album tego dokonał, chociaż ma swoje momenty.

Jak to w tym gatunku bywa jest to mieszanka elektroniki, ampli, bitów oraz tworzenia bardziej intymnej atmosfery. Pomocny w tym bywa delikatny fortepian („Conquerer”, gdzie w zwrotkach pojawia się… gitara elektryczna), dyskotekowa perkusja (lekko tandetne „Something Good / Devotion (Passion Interlude)”, które potem zmienia kierunek), róznego rodzaju pstrykania i cykania (najlepsze w zestawie „Make Her Say” czy „Time Share”), jednak jako całość zaczyna robić się bardzo nużąca i monotonna, nawet mimo jazzowych wstawek („Silly Girls”) oraz bardzo delikatnym i czarującym głosem Estelle.

Zabrakło tutaj zarówno dobrych melodii, jak i odrobiny świeżości, a może po prostu r’n’b stało się dla mnie zbyt nudne i przewidywalne? Sam nie wiem.

6/10

Radosław Ostrowski

Jazmine Sullivan – Reality Show

Reality_Show

R’n’b podobno trzyma się całkiem nieźle. By się o tym przekonać, trafiłem przypadkowo na płytę niejakiej Jazmine Sullivan, która nagrała swój trzeci album po pięciu latach przerwy. Więc jakie jest to „Reality Show”?

Jak się nagrywa taką muzykę? Prosto. Bity, prosta gra perkusji, cykacze i/lub fortepian. Pojawiają się też różnego rodzaje ubarwiacze (podniosłe chórki w „Dumb”, trąbka w „Brand New” czy „jęki” w „Vains”), a także obowiązkowe rapowanie oraz inspiracji soulem (nastrojowe „Let It Burn”). Niby to już słyszeliśmy, bo trudno coś nowego w tego typu muzyce coś wymyślić, więc stawia się tutaj na melodykę oraz chwytliwe przeboje. Mamy tu obydwa elementy oraz pewne elementy zaskoczenia jak akustyczne „Forever Don’t Last” czy dynamiczny „Stanley” nafaszerowany ejtisowską elektroniką oraz różnymi bajerami. początek jest całkiem niezły, jednak to szybka i bogata końcówka tak naprawdę miażdży tempem, aranżacją. Swoje robi też bardzo delikatny wokal Jazmine – przynajmniej przez większość utworów.

Powiem krótko – „Reality Show” to kawał przyzwoitej płyty, która może niczym nie zaskoczy, ale nie będzie działać też przynudzająco. Fani czarnego brzmienia wiedzą co mają robić.

6,5/10

Radosław Ostrowski