Raymond „Red” Reddington to jeden z najbardziej poszukiwanych przestępców. Przez 20 lat pośredniczył w realizacji różnego rodzaju interesów, nie zawsze zgodnych z prawem. Tym bardziej może zaskakiwać fakt, że Red oddaje się w ręce FBI i jest w stanie wydać wszystkich swoich wspólników, umieszczonych na swojej „czarnej liście”, a o wielu z nich FBI nawet nie wie o ich istnieniu. Jednak stawia jeden warunek: będzie rozmawiał tylko z agentką Elizabeth Keen. Tylko że agentka jest świeżo po rozpoczęciu pracy, więc o co tu chodzi?

Debiutujący przy serialu twórca „Czarnej listy” postanowił sięgnąć po typowo proceduralną formułę, a potencjał tej opowieści był naprawdę ogromny, zaś każdy z przeciwników do pokonania mógł być naprawdę interesującą postacią. Zwłaszcza wątek główny przewijający się w tle (przeszłość Keen i jej obserwacja) mógł być naprawdę interesujący. I w zasadzie tak jest aż do połowy serii – akcja ma niezłe tempo, zagadki są dość intrygujące, a przeciwnicy naprawdę pomysłowi (m.in. odporny na ból Kurier, anarchista generał Lund czy naukowiec Frederick Barnes). Jednak później fabuła powoli zniża poziom, agenci FBI sprawiają wrażenie idiotów, którzy bez pomocy Reda nie zrobiliby nic (Red wręcz prowadzi ich za rączkę), a wątki obyczajowe wokół agentki Keen (tajemniczy mąż, trzymający w skrytce kasę i wiele paszportów) sprawiały wrażenie zapychacza. Nawet całkiem niezły finał (druga seria na bank będzie) nie jest w stanie zatrzeć tego wrażenia – rządzi schemat i klisza, a zmiana sposobu filmowania z przyśpieszonym pokazywaniem widoków miasta, to troszeczkę za mało. Technicznie trudno się przyczepić do czegoś poważnego – zdjęcia i montaż naprawdę trzymają poziom, a dynamiczne sceny strzelanin i pościgów naprawdę są takie jak być powinny.

Jeśli zaś chodzi o aktorstwo, to niestety jest to serial jednego aktora, którzy trzymał równy poziom do samego końca – mianowicie James Spader. Red to najmocniejsze ogniwu tego serialu, a wypadkowa jego elegancji (garniak i kapelusz), inteligencji i bezwzględności tworzy mocną miksturę. To w zasadzie wypadkowa Hannibala Lectera z Keyserem Sose. Jedynie w paru momentach Red pokazuje się z bardziej ludzkiej strony, ale robi to naprawdę rzadko, a jego przeszłość (poza utrata rodziny) pozostaje zagadką. Szkoda, że pozostali aktorzy nie dorównują mu poziomem. Partnerująca mu w roli agentki Keen Megan Boone na początku radziła sobie całkiem nieźle jako dopiero zaczynająca swoją pracę w dodatku z dużą sprawą na dzień dobry. Jednak później zachowuje się miejscami nieodpowiedzialnie (bez wsparcia wchodzi na nierozpoznany teren), idiotycznie (wchodzi podczas obserwacji swojego męża, gdy zajmują się nim ludzie Reda), prawie jak obrażona nastolatka. Szkoda, że wokół niej rozkręca się cała akcja, bo inaczej nie musiałbym jej tak znosić. Równie irytujący jest Diego Klattenhoff (agent Donald Ressler), za to przeciwnicy Reda bywają naprawdę przyzwoicie zagrani m.in. przez Roberta Kneppera (Kurier), Toma Noonama („Stewmaker”) czy Roberta Seana Leonarda (Frederick Barnes), a także Alana Aldę (tajemniczy Fitch).

Niestety, „Czarna lista” (przynajmniej 1 seria) to jedno z największych rozczarowań tego roku. O ile jeszcze początek, mimo pewnej wtórności, mógł być obietnicą całkiem niezłej rozrywki, druga połowa mocno nadszarpnęła i osłabiła ten serial. Jeden James Spader bez wsparcia nie jest w stanie tego udźwignąć. Chociaż skoro dostał on II serię, to może twórcy wyciągną wnioski i uda się poprawić niedoskonałości. Ale nie wiem, czy chce to dalej oglądać.
5,5/10
Radosław Ostrowski
