The Alan Parsons Project – The Turn of a Friendly Card

The_Turn_Of_A_Friendly_Card

Jest rok 1980. Kiedy w Polsce wybuchały strajki i nieznany koleś z wąsami zaczął robić rewolucję, dwa miesiące później do sklepów trafiła nowa płyta Alana Parsonsa i jego kumpli. Już okładka zapowiadała, że głównym tematem będzie hazard. Pytanie: czy jesteście gotowi zaryzykować? To zaczynajmy.

Melodyjne pop-rockowe dźwięki okraszone wyrafinowanymi pasażami pozostają znakiem rozpoznawczym grupy i to też słychać w „May Be a Price to Pay”. Po krótkim, podniosłym wstępie pojawiają się snujące smyczki, elektronika imitująca dźwięki średniowieczne i gitara elektryczna, lecz nie gra ona za ostro. I w tym tempie słyszymy mocny głos Dave’a Terry’ego. I wtedy w połowie utworu zaczynają dominować smyczki oraz szybki, jazzowy fortepian. Bardziej przebojowy jest „Games People Play” z zapętlającym się elektronicznym wstępem i szybką grą sekcji rytmicznej oraz gitary. Ale w połowie następuje zmiana klimatu i tempa – chórek jest coraz bardziej słyszalny, towarzyszą dźwięki zwierząt z dżungli, by potem weszła gitara elektryczna (świetny riff), następnie wszystko wraca do początku. Kompletną zmianą jest „Time” – najbardziej spokojny, refleksyjny utwór toczący się bardzo stonowanym rytmem, dającym chwilę wyciszenia. Razem z delikatnym wokalem Woolfsona oraz towarzyszącego w tle Parsonsa, choć fraza o pożegnaniu może mocno kontrastować z tym, co słyszymy. Ale ten stan spokoju nie trwa długo – początek “I Don’t Wanna Go Home” jest niepokojący. Dźwięki gitary i fortepianu stają się mroczne, a marszowa perkusja i klawisze, zmieszane z wokalem Zalatka tworzy silny koktajl, mimo iż dalej jest bardziej zwarcie i melodyjnie (poza końcówką będącą powtórzeniem początku utworu).

Dalej zaczyna się mocniejsza część. Zaczyna ją instrumentalne „The Gold Bug”, który wyróznia się grą klawiszy oraz wokalizami. A potem jest tytułowy utwór podzielony na pięć części. „The Turn of a Friendly Card (Part I)” jest krótką melodią rozpisaną na fortepian, flet i klawisze. I zawierająca kluczową frazę dla tej płyty: „No the game never ends when your whole world depends/On the turn of a friendly card”, będącą jej esencją oraz przesłaniem. “Snake Eyes” zaczyna się spadającymi monetami, a gra gitary i sekcji rytmicznej tworzy bardzo chwytliwy, lecz i niepokojące studium nałogowca („Just one minute more, Then I’ll walk right through that door/It’s gonna be alright, It’s gonna be alright”). Pod sam koniec słychać dźwięki wypadajacych monet oraz krzyki widzów. W obu utworach śpiewa Chris Rainbow. Instrumentalne „The Ace of Swords” zaczyna się grą klawikordu oraz smyczków, które nadają elegancji. Tak samo klarnet, jednak trąbka i szybka perkusja zmieniają atmosferę na bardziej podniosłą oraz niepokojącą. „Nothing Left to Lose” to znów zmiana – akustyczna gitara, stonowane klawisze i chóralne wokalizy połączone z delikatnym głosem Woolfsona. Ale ostatnie półtorej minuty nabiera mrocznego charakteru (mocniejsze wejście gitary elektrycznej i szybsza gra perkusji). No i koniec, czyli “The Turn of a Friendly Card (Part II)” z delikatnymi, “płaczącymi” smyczkami oraz smutniejszym głosem Rainbowa. I tutaj dostajemy równie ponury riff gitarowy, podkreślający przegrany los.

Trzeba przyznać, że Alanowi Parsonsowi znowu się udało. Kolejna bardzo udana płyta, która dorównuje poziomem poprzedniczkom. Az nie mogę się doczekać dalszych opowieści. 

8/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz