Mieszkanie na Rillington Road 10 wydaje się proste i pozornie nieciekawe. Ale kiedy w 1949 roku do mieszkania wprowadziło się młode małżeństwo nie wiedzieli co ich czeka. Zwłaszcza, że sprawca całego zamieszania był właściciel domu, niejaki John Christie – weterana I wojny światowej. Jak się potem okazało, mężczyzna był seryjnym mordercą, tylko że para przekonała się o tym po fakcie.

Film Richarda Fleischera jest próbą rekonstrukcji wydarzeń od 1949 roku aż do 1953, gdy Christie został schwytany i skazany na śmierć. Pod względem formalnym jest on bardzo kameralnym, ale jednocześnie chłodnym i zimnym filmem, bardzo mocno ukrywającym emocje tak jak główny bohater. Wydaje się niepozornym obyczajowym filmem, który nagle i znienacka potrafi przyłożyć w łeb, stawiając bardziej na niedopowiedzenia i atmosferę, zaś same morderstwa są ledwie zasugerowane. Widzimy wtedy już tylko skutki oraz sceny ukrywania zwłok (wyjątkiem są otwierające całość mord z czasu wojny oraz zabójstwo ciężarnej Beryl Evans). Mimo tego Fleischerowi udaje się poruszyć i chwycić za gardło. Druga część filmu (po zbrodnie Evans) pokazuje dość nieudolne śledztwo oraz proces zakończony skazaniem na śmierć niewinnego męża oraz to, co się działo z Christie – kiedy musiał opuścić swój dom. Może ten chłód działać zniechęcająco, ale dzięki temu film działa mocniej i bardziej angażuje, dzięki gęstniejącemu klimatowi. Choć może zadziwiać nieudolność oraz naiwność śledczych oraz sądu (Christie wcześniej był karany), to jednak udało się dość wiernie odtworzyć całą sytuację.

Również pod względem aktorskim jest to bardzo udane kino. Nie można zapomnieć Johna Hurta w pierwszej dużej roli niepewnego siebie megalomana Tima, który zapętla się we własnych kłamstwach. Także Judy Geeson jako dość twarda Beryl wypada przekonująco. Ale tak naprawdę cały film zawłaszczył sobie doskonały Richard Attenborough. Christie wydaje się niepozornym, lekko łysiejącym facetem w okularach, który mówi troszkę cichym głosikiem. Jednak pod ta maską kryje się opanowany seryjny zabójca, usypiający gazem, duszący swoje ofiary i kochający się z ich zwłokami. Jest on o tyle bardziej przerażający niż Hannibal Lecter czy inny słynny psychopata, bo sprawia wrażenie opanowanego, spokojnego człowieka nie rzucającego się w oczy. Jak sprawnym manipulatorem jest, pokazuje scena jego zeznań w sądzie oraz płacz wywołany wyrokiem śmierci na Timie.
Fleischer zrobił bardzo ponury i klimatyczny thriller, gdzie skupia się na samej zbrodni, nie wchodząc mocno w przeszłość bohatera, nie wiemy dlaczego zabijał. A że ktoś taki istniał naprawdę, potęguje tylko niepokój, czyniąc seans wyjątkowo nieprzyjemnym. I to naprawdę potrafi trzymać w napięciu.
7,5/10
Radosław Ostrowski
