Czarny Krab

Wyobraźcie sobie sytuację, kiedy nagle świat się urywa i wybucha wojna. Nie wiadomo kto atakuje ani dlaczego, jednak jedno pozostaje jasne: nasi przegrywają. Jedyną szansą na odwrócenie sytuacji jest misja samobójcza. Na łyżwach dotrzeć do archipelagu przy granicy z dwoma tajemniczymi pojemnikami, mając do dyspozycji szóstkę żołnierzy. Co zawierają pojemniki? Brak informacji. Ważne, że mają doprowadzić do zwycięstwa. Tak zaczyna się operacja Czarny Krab.

Kolejna skandynawska produkcja od Netflixa, którą przeoczyłem w zeszłym roku. Film Adama Kraba jest thrillerem SF, gdzie dość luźno zarysowane jest tło. Jedynie przebitki wspomnień bohaterki, wojskowej Caroline Edh (Noomi Rapace), której córka została porwana przez wroga. Podobno znajduje się w miejscu przeznaczenia, ale czy aby na pewno? Może to tylko hak, by ją bardziej zmotywować do działania? Kiedy informacji brak i pojawia się cień nadziei, ten może zmotywować ludzi do najbardziej niewyobrażalnych rzeczy. Wiadomo, że nie wszyscy dożyją, jednak najważniejsze jest osiągnięcie celu.

Prosty koncept z powoli odkrywanymi tajemnicami potrafi złapać i zaintrygować, choć sam świat nie jest zbyt dobrze zarysowany. Jednak reżyser Adam Berg robi to, co wielu reżyserów thrillerów powinno robić. „Czarny Krab” potrafi trzymać w napięciu, przechodząc w absolutnie nieznany teren. Gdzie wróg może pojawić się w każdej chwil, gdzie lód może nie wytrzymać, gdzie może znikąd paść strzał. W kompletnych ciemnościach śnieg wydaje się być czarny, nie do końca wiadomo komu można zaufać, zaś trafienie do mieszkania czy statku może zakończyć się strzelaniną. Powolne odkrywanie prawdziwego celu operacji potrafi uderzyć, choć dla mnie było to przestrzelone. W chwili wyjaśnienia coś ewidentnie zaczyna się psuć, zaś finał (pozornie) szokujący nie daje satysfakcji.

Dla mnie najbardziej emocjonalną rzeczą jest rola Noomi Rapace. Niby wydaje się fizycznie drobniutka, jednak bardzo przekonująco pokazuje mieszankę, jaką ja lubię nazywać silno-słaba. Zmęczona i jednocześnie zdeterminowana, twarda oraz wrażliwa, napędzają nadzieją oraz szorstka. Zdystansowana i nieufna – takie sprzeczności zawsze mnie intrygują, dając aktorowi spore pole do manewru. Rapace wykorzystuje to bezbłędnie i jest dla mnie najjaśniejszym punktem. Reszta obsady sprawdza się solidnie jako tło, jednak nie porywa tak jak Szwedka.

Więc ten „Czarny Krab” warty jest uwagi? To solidne kino, choć brakuje w nim czegoś mocniejszego (poza Rapace oraz kilkoma scenami suspensu) i bardziej angażującego. Widać jednak budżet, jest parę niezłych ujęć, lecz mogło być lepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Trzy dni Kondora

Praca tajnego agenta służb specjalnych może wydawać się ekscytująca dla kogoś, kto wydaje się oglądać Bonda, Mission Impossible czy tego typu efekciarskich akcyjniaków. Nie wszyscy agenci jednak działają w terenie. Kimś takim jest Joe Turner (Robert Redford) – analityk, działający w komórce wyciągając informacje z różnych czytanych książek. Czego tam szukają? Szyfrów, kodów, ukrytych wiadomości. Ale pewnego dnia cała komórka zostaje zlikwidowana. Poza Turnerem, który wyszedł po lunch. Po odkryciu masakry decyduje się powiadomić centralę, co… jeszcze bardziej komplikuje sprawę. Ci, co mieli mu pomóc, chcą go zabić. Ale dlaczego?

trzy dni kondora1

Reżyser Sydney Pollack podchodzi do thrillera szpiegowskiego w kierunku bardziej przyziemnym. Tu nie spodziewajcie się spektakularnych akcji, popisów kaskaderskich czy efekciarskich strzelanin. Wszystko niemal w całości oparte jest na dialogach, gdzie karty bardzo stopniowo są odkrywane. Dla wielu to spokojne tempo może wydawać się problematyczne, tak jak bardziej realistyczne pokazanie Nowego Jorku. Czyli bez pocztówkowych widoków, sporu zaułków, szarych budynków oraz niezbyt eleganckich mieszkań. Dokładnie jakby się można było spodziewać po filmie z lat 70., kiedy filmowcy starali się pokazywać rzeczy w realistyczny, pozbawiony upiększeń sposób.

trzy dni kondora2

Tutaj tajne służby niejako wydają się wewnętrznie rozbite, jakby każda komórka działała od siebie, bez kontroli Centrali. Samo CIA jest bardzo bezwzględną organizacją, kiedy do gry wchodzą pieniądze i wpływy. Każdy wydaje się być pionkiem, którego bardzo łatwo można zbić z planszy. Za wszelką cenę, czasem używając płatnego mordercę (fantastyczny Max von Sydow jako nierzucający się w oczy Joubert – przypominający bardziej kalkulującą maszynę) na kontrakt. Napięcie jest tu potęgowane przez paranoję Turnera, nie mogącego nikomu zaufać i improwizującego w terenie. Redford dość oszczędnie, ale bardzo sugestywnie pokazuje jego zagubienie, podejrzliwość, nieufność skrytą pod maską opanowanego człowieka. Bez niego ten film by nie zaangażował tak mocno.

trzy dni kondora3

Jeszcze jest tutaj kwestia wplątanej w całą hecę Kathy (zaskakująca Faye Dunaway), która zostaje przetrzymana przez Turnera. Nie spodziewajcie się miłości od pierwszego wejrzenia, bo nieufność i podejrzliwość dominuje. Przynajmniej na początku, lecz powoli coś zaczyna iskrzyć między nimi. Nawet ta relacja, gdzie stopniowo zaczyna się budować zaufanie, pozbawiona jest wielkich słów czy patetycznych momentów. Kończąc się tak jak się zaczęła – nagle, niespodziewanie i przypadkowo. Jedyne, co może spolaryzować to zakończenie – bardzo stonowane, wyciszone, bardzo otwarte. Konfrontacja, gdzie tak naprawdę ciężko wskazać kto tak naprawdę wygrał. Że jeszcze dużo czasu minie nim Turner vel Kondor będzie mógł spokojnie patrzeć za siebie.

trzy dni kondora4

Tą historię znałem w formie uwspółcześnionego serialu z Maxem Ironsem w roli głównej, ale muszę przyznać, że oryginał Pollacka robi większe wrażenie. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się stonowany i statyczny, w środku mocno iskrzy napięciem, paranoją oraz niepokojem, gdzie walka jednostki z systemem wydaje się skazana na przegraną. Ale czy aby na pewno? Na to trzeba sobie samemu odpowiedzieć.

8/10

Radosław Ostrowski

Gray Man

Przekonania, że do zrobienia dobrego filmu potrzeba bardzo dużo pieniądzorów, wydaje się bardzo złudne. Chyba, że jako dobry film zrozumiemy produkcję bardzo bezpieczną, pełną znajomych schematów oraz większej skali, godnej superprodukcji. Do tego parę znajomych (czytaj: bardzo drogich) twarzy, kupa efektów specjalnych, popisów pirotechniczno-kaskaderskich i wystarczy. Tak chyba pomyślał Netflix, dając braciom Russo ponad 200 baniek na ich nowy film. Bo czy można nie zaufać reżyserom jednego z najbardziej kasowych filmów wszech czasów?

szary czlowiek1

„Gray Man” (albo jak ja to tłumaczę: „Szary człowiek”) opowiada historię niejakiego Szóstki (Ryan Gosling) – kiedyś skazańca, a obecnie cyngla pracującego dla CIA. Mając do wyboru odsiadkę lub współpracę z tajnymi służbami też bym wybrał pracę killera. I tak działa przez 18 lat, kasując ludzi bez zadawania pytań. Teraz jednak dostaje zadanie pozbycia się delikwenta w Bangkoku, jednak nie decyduje się na strzał. Niemniej udaje się pozbyć celu, przy okazji odkrywa dwie istotne rzeczy. Po pierwsze, cel to… inny członek tajnego oddziału Sierra, do którego należy nasz bohater. Po drugie, Czwórka (bo tak się on zwie) wręcz mu wisiorek, gdzie znajduje się pendrive. Co sprawia, że obecnie Szóstka jest na celowniku swoich przełożonych. Jakie dane zawiera ten dysk? Kto za tym stoi? I czy nasz heros poradzi sobie?

szary czlowiek2

Odpowiedzi na ten pytanie wydają się w zasadzie zbędne, bo nowe dziecko braci Russo jest kalką wszelkich Bondów, Bourne’ów i innych tajnych agentów, których nazwisk oraz pseudonimów nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Wiadomo, czego należy się spodziewać: wielu lokacji, strzelanin, wybuchów, popisów kaskaderskich oraz… bardzo prostą i tylko pozornie zaskakującą układankę. Wszystko idzie jak po sznurku, przez co sama akcja (choć technicznie wykonana bez zarzutu – zwłaszcza zadyma w Pradze) sprawia wrażenie przeładowanej, przesadnie efekciarskiej (te szybkie loty kamery) oraz zaczyna męczyć. Brakuje jakiegokolwiek emocjonalnego zaangażowania, w czym na pewno nie pomagają skoki po lokacjach, rwane retrospekcje oraz zbytnie skupienie na akcji. Postacie w zasadzie są płaskie, z mało ciekawymi dialogami (może nie na poziomie „Avatara”, lecz blisko), ze śladowymi ilościami humoru.

szary czlowiek3

Aktorzy próbują coś tam ugrać, ale wszystko się skupia na trzech osobach: Ryanie Goslingu, Chrisie Evansie oraz Anie de Armas. Pierwszy jako małomówny Szóstka wypada solidnie, zwłaszcza w scenach wymagających sporego wysiłku fizycznego, drugi jako psychopatyczny tropiciel Hansen ma najwięcej frajdy i bawi się rolą, z kolei ona jako jedyna wydaje się najmniej wyrazista. Drugi plan zazwyczaj się marnuje (szczególnie Billy Bob Thornton i Rege-Jean Paul), choć drobne epizody Alfie Woodard, Dinesha oraz Wagnera Moury wnoszą troszkę życia, lekkości i spuszczają balonik powagi.

„Szary człowiek” jest taki jak kolor go opisujący – nie wyróżnia się mocno z tłumu innych herosów kina akcji pokroju Bonda, Bourne’a czy Ethana Hunta. Efekciarskie, szybkie (za szybkie), może nawet zbyt proste i – nie wiem, czy to dobrze – jest szansa na kontynuację.

6/10

Radosław Ostrowski

Dzika noc

Nasz Miki ma ostatnio mocno pod górkę. Kiedyś radosny, pełen energii i pasji w swojej profesji, teraz jest coraz bardziej rozgoryczony, przygnębiony i wolałby się schować w jakiejś knajpie. Świat zasuwa jak szalony, wszyscy chcą kasy, kasy i kasy, zaś duch Bożego Narodzenia coraz bardziej umiera. Wszystko się skomercjalizowało, a Miki (czyli Mikołaj) zaczyna mieć wyjebane na to wszystko. Obiecuje sobie, że to będą ostatnie Święta. Co może pójść nie tak?

Ano podczas wizyty w rezydencji strasznie bogatych ludzi, grupa uzbrojonych po zęby bandziorów. Czego oni chcą? 300 milionów dolców ukrytych w skarbcu. Akcja była planowana już dawno i nic ekipy pana Scrooge’a nie powstrzyma. Mikuś pewnie olałby cała sytuację i uciekł w pizdu, gdyby nie jeden mały problem. Najmłodsza domowniczka, czyli Trudy – jedyna wierząca w Mikołaja, idealistka, szczera dziewczyna, której rodzice nie są w zbyt dobrej relacji. Czy rozgoryczony Mikuś odzyska wiarę w Święta? I przy okazji jeszcze skopie parę tyłków?

dzika noc1

Norweski reżyser Tommy Wirkola robi sklejkę znajomych elementów. Zarys fabularny brzmi jak coś a’la „Szklana pułapka”. Mamy walkie-talkie, uzbrojonych po zęby gości, zakładników oraz krwawą jatkę. Nie brakuje też „Kevina samego w domu” oraz na dodatek „Cud na 34. ulicy”. Mikstura z tego powstała miała być krwawym filmem akcji z czarnym niczym smoła poczuciem humoru. Muszę jednak przyznać, że „Dzika noc” nie do końca była tym, na co liczyłem.

dzika noc2

Początek jest świetny, kiedy poznajemy pijącego Mikołaja w barze, a następnie trafiamy do naszej popękanej rodzinki. Poznajemy postacie dość szybko: siostrę Jasona z mężem, gwiazdą kina akcji klasy C i synem youtuberem oraz jego matkę – strasznie dzianą wiedźmę, sarkastyczną i wredną (zaskakująca Beverly D’Angelo, czyli pani Griswold). Potem dostajemy szybki montaż z akcji Mikołaja, a potem wskakuje nasz Scrooge (John Leguizamo) i jego już znajdująca się w środku ekipa. Są twardzi, uzbrojeni po zęby oraz gotowi na wszystko. W drugim akcie akcja wydaje się zwalniać, a nasz Mikuś raczej chce się wydostać. Jednak niczym John McClane zostaje zmuszony do działania, zaś zdobyte walkie-talkie pozwala mu na kontakt z wierzącą w niego Trudy. Traci na tym tempo, za to lepiej poznajemy naszego kumpla w czerwonym wdzianku.

dzika noc3

Wszystko wynagradza chwila, gdy nasz (nie)święty wręcza niegrzecznym złolom potężny kawałek węgla, to nie ma zmiłuj. Ani dla naszych antagonistów, ani dla widzów. Krew leją się w ilościach hurtowych, a zgony brutalnością idą w kierunku slashera. Tego się nie da odzobaczyć, ale adrenalina zaczyna pulsować i przyspieszać. Sceny akcji zrobione są w stylu „Johna Wicka”, czyli z długimi ujęciami, bez szybkich cięć oraz bez kompromisów, za to z szaleństwem w kreatywności. I ogląda się to z wielką frajdą, zwłaszcza gdy mord dokonuje się ze świąteczną piosenką w tle.

dzika noc4

Swoje też robią aktorzy, ale tak naprawdę „Dzika noc” to one man show Davida Harboura, czyli Mikołaja. Rozgoryczony, wypalony i rozczarowany otaczającym światem potrafi wzbudzić współczucie. Powoli jednak odzyskuje pewność siebie dzięki jedynej wierzącej i z szaleństwem w oczach karze kolejnych bandytów. Wspierają go przeurocza Leah Brady (jedyna wierząca Trudy) oraz świetnie bawiący się John Leguizamo (pan Scrooge), którzy najbardziej się wybijają z drugiego planu.

Jeśli czekacie na film z Mikołajem, który jest prawdziwym złodupcem i polaną krwią satyrę na komercjalizację Bożego Narodzenia, „Dzika noc” to propozycja idealna. To jest Mikołaj dopasowany do dzisiejszych porąbanych czasów oraz najlepsza część „Szklanej pułapki” od czasu części trzeciej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Głęboka woda

Czasami długie przerwy od pracy mogą pomóc wrócić do wielkiej formy albo pokazać jak bardzo twórca „zardzewiał”. Jaki jest przypadek „Głębokiej wody” – pierwszego filmu Adriana Lyne’a od 20 lat? Mając wsparcie w scenariuszu od Zacka Helma („Przypadek Harolda Cricka”) i Sama Levinsona („Euforia”) powinno być dobrze. Prawda? Ale zacznijmy od samego początku.

gleboka woda2

Historia skupia się wokół małżeństwa Van Allen, mieszkającego w małym miasteczku USA. On – Vic (Ben Affleck) skonstruował czip do dronów wojskowych, pomagając w namierzaniu ludzi. Zarobił na tym kupę forsy i prowadzi dostatnie życie emeryta. Ona – Amanda (Ana de Armas) jest o wiele młodsza, ciągle atrakcyjna i nie do końca pasuje jej życie mężatki oraz matki. Lubi (i to nawet bardzo) przyprawiać rogi mężowi, kompletnie się z tym nie kryjąc. Oboje się testują nawzajem, prowadząc pewien rodzaj gry. Jeden z jej „kolegów” niedawno zniknął i już pojawia się kolejny, Joel. Vic informuje go, że poprzedniego kochanka zamordował. Wywołuje to lawinę plotek, a jeden z mieszkańców – pisarz Don – podejrzewa, że Vic naprawdę zabił.

gleboka woda1

„Głęboka woda” toczy się bardzo powolnym, niespiesznym rytmem. Lyne bardzo skupia się na kontraście naszej pary, której układ wydaje się początkowo niejasny. Kto tu tak naprawdę rządzi, kto od kogo jest zależny i dlaczego nasz mąż wydaje się nic nie robić z zachowania swojej niezbyt potulnej żony. Coś wisi w powietrzu, ale nie wiadomo kto oberwie i jak to się skończy. Czy Amanda zbyt przyzwyczajona do luksusowego i hulaszczego stylu życia będzie prowokować męża? Czy on w końcu zabije jednego z jej kochanków? A jeśli tak, czy ujdzie mu to płazem? Atmosfera budowana na niedopowiedzeniach działa i sprawia, że film ogląda się z zainteresowaniem. Nawet jeśli niewiele się dzieje.

gleboka woda3

Wszystko zmienia się, gdy dochodzi do znalezienia ciała w basenie. Tutaj wszystko zaczyna niejako przyspieszać, ale też powoli zaczynają być odkrywane kolejne elementy (prostej) układanki. I to działa jako broń obosieczna, bo zacząłem się domyślać pewnych rzeczy. A następnie te domysły się zmaterializowały, co pozbawiało napięcia i emocji. Aczkolwiek było parę momentów zaskoczeń jak pojawienie się „psychoterapeuty” czy kuriozalny pościg za autem przy pomocy… roweru. To ostatnie trzeba zobaczyć samemu, bo aż się w głowie to nie mieści.

gleboka woda4

Całość próbuje na swoich barkach trzymać duet Ben Affleck/Ana de Armas i efekt jest… połowiczny. Ana jak zawsze wygląda zjawiskowo, ale jej roli jest ograniczona do bycia ciągle mającą „chcicę” kobietę, nie potrafiącej/nie chcącej (niepotrzebne skreślić) dopasować się do bycia matką i żoną. Z czasem zaczyna irytować i drażnić. Z kolei Affleck zaskakuje, choć pozornie wydaje się być bardzo wycofany, z niemal zmęczoną twarzą. Wydaje się opanowany i spokojny, ale w środku się gotuje, co widać w jego oczach. To mnie interesowało, intrygowało, czekałem na jego działania. Reszta postaci w zasadzie jest i nie przeszkadza, chyba że to Tracy Letts nie pasujący do całości.

Miał być wielki powrót, ale coś ugrzęzło w głębokim bagnie. „Głęboka woda” nie jest ani głęboka, ani trzymająca w napięciu. Jest strasznie nierówna, wtórna i niesatysfakcjonująca. Obejrzeć można, lecz nie oczekujcie zbyt wiele.

5/10

Radosław Ostrowski

Bestia

Monster movie wydaje się prostym w założeniu podgatunkiem horroru. Potrzebna jest grupka ludzi (lub jeden człowiek), jedno paskudne i wściekłe zwierzę (albo stado) oraz zamknięta przestrzeń. Brzmi jak coś łatwego, wręcz banalnego do zrobienia, prawda? Nowe dzieło islandzkiego reżysera Baltasara Kormakura ma wszystkie te elementy. Więc powinien z tego powstać dobry film, no nie?

W „Bestii” trafiamy do zamkniętego rezerwatu w RPA. Bohaterem jest lekarz (Idris Elba) samotnie wychowujący nastoletnie córki po śmierci matki. Relacje między nimi nie należą do zbyt dobrych. Przybywają na odpoczynek z dala od cywilizacji, gdzie kiedyś pracował ojciec. Tam przebywa przyjaciel Martin (Sharito Copley), który walczy z tamtejszymi kłusownikami. Podczas podróży dzieje się coś dziwnego: jeden z lwów dostał w nogę i nie pozwala podejść do siebie. Jadąc do pobliskiej wioski znajdują tylko zmasakrowane ciała. Na podstawie śladów nasuwa się jeden podejrzany: lew. Czwonoróg powoli zbliża się do samochodu i robi się nerwowo.

bestia1

Założenie jest proste i reżyser kompetentnie realizuje te założenia. Kamera cały czas jest skupiona na bohaterach, co tylko potęguje poczucie klaustrofobii i napięcia. Do tego chętnie korzysta się z mastershotów w bardzo efektywny sposób. A że większość czasu spędzamy w samochodzie, który nie chce odpalić, to zagrożenie jest odczuwalne. Nawet jeśli ten nasz lew jest komputerowy, bo dzisiaj nie wpuściliby na plan prawdziwego zwierza. Wiadomo, BHP i tego typu sprawy. Byłoby nawet lepiej, gdyby nie typowe dla tego gatunku głupawych zachowań postaci. Jednej: młodszej siostry Meredith (Iyana Halley), która jest wrzodem na dupie. Troszkę pyskata, z pretensjami do ojca i zachowująca się irracjonalnie. Po cichu liczyłem, że zostanie pożarta przez lewka (została tylko poraniona).

bestia2

Problem w zasadzie mam jeden, ale poważny: „Bestia” jest przewidywalna i idzie wszystko jak po sznurku. Brakuje jakiegoś zaskoczenia, chyba że za takie uznamy finałową konfrontację, gdzie postać Elby naparza się z lwem za pomocą noża. Tak, to się dzieje i nie brakuje krwi, ale to jest PG-13. Posunięte do granicy możliwości. Ten film aż się o R-kę prosi, jednak nie przeszkadza to za bardzo. Zagrane też jest porządnie (Elba i Copley trzymają fason), krajobrazy wyglądają pięknie i scenografia się sprawdza.

bestia3

„Bestia” to klasyczny w treści monster movie, który się broni przede wszystkim fachową ręką reżysera. Bo film mógł bardziej zaryzykować i pobawić się konwencją walki człowieka z krwiożerczym potworem. Fani gatunku będą usatysfakcjonowani.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wszystkie stare noże

Szpiedzy, tajni agenci zawsze przyciągali uwagę filmowców, bo działali głównie w ukryciu. Chyba, że mówimy o Jamies Bondzie oraz jego naśladowcach, dokonujących rozpierduchy po całym świecie wożąc się pięknymi samochodami w towarzystwie szybkich kobiet. Czy odwrotnie. Nowemu filmowi Janusa Metza bliżej do tego pierwszego, jednak czegoś tutaj zabrakło. Ale po kolei.

stare noze1

Bohaterem jest agent CIA Harry Pedlam (Chris Pine), który dostaje zadania rozwiązania trudnej sprawy. Osiem lat temu w Wiedniu doszło do ataku terrorystycznego – islamscy fundamentaliści porwali samolot i wzięli pasażerów za zakładników. Żądania? Uwolnienie kilku więźniów z Niemiec i Austrii. Akcja skończyła się śmiercią wszystkich ludzi w maszynie, łącznie z porywaczami (puszczono trujący gaz). Central w Langley znalazła poszlaki wskazujące, że porywacze mieli wtykę w komórce wywiadowczej. Między innymi tam pracował Harry, ale też nie pracująca w wywiadzie Celia Harrison (Thandiwe Newton). Mężczyzna ma ją przesłuchać i zdać raport, jednak to może być trudne przesłuchanie. Oboje mają wspólną przeszłość, którą ciężko zapomnieć.

stare noze2

Innymi słowy, „Wszystkie stare noże” niemal w całości toczą się w jednym miejscu (poza przeplatanymi retrospekcjami), skupiając się na dwójce bohaterów. I zaczyna się gra, gdzie nie do końca wiemy komu można zaufać. Kto mataczy, kto ma ukryty cel i kto tak naprawdę zdradził. Wszystko toczy się spokojnym, może nawet zbyt wolnym tonem, skupiając się przede wszystkim na dialogach. Jest jeszcze cudna scena w jednym ujęciu, gdzie poznajemy najważniejszych ludzi komórki w Wiedniu, ale to dodatek. Historia powoli zaczyna angażować, a kolejne poszlaki wywołują mętlik.

stare noze3

Problemem jest za to coś zupełnie innego. Brakuje tu kompletnie napięcia i ostatnie pół godziny wszystko wykłada kawa na ławę. Zaś kolejne przewrotki oraz zaskoczenia są zaskakujące tylko z nazwy, a zakończenie jest przekombinowane. Tyle zachodu, by załatwić jedną osobę? Nawet jak na wywiadowcze zagrywki wszystko wydawało mi się nieprzekonujące. Tak samo jak relacja między Harrym a Celią, która jest bardziej na słowo. Nie czułem chemii między Pinem a Newton, co mnie zaskoczyło. Aktorsko jest solidnie i mimo znanych twarzy na drugim planie (m.in. Laurence’a Fishburne’a i Jonathana Pryce’a), nikt się nie wyróżnia.

Ciężko mi tutaj cokolwiek zarzucić w kwestii realizacji, niemniej „Wszystkie stare noże” nie wybijają się za bardzo powyżej średniej. Ma wszystko, by być co najmniej dobrym filmem, jednak nie wykorzystuje w pełni swoich atutów. Wielka szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Nie martw się, kochanie

Wyobraźcie sobie, że żyjecie w miasteczku wziętym żywcem z żurnala lat 50. Piękne i duże domy na przedmieściu, wypasione oraz stylowe samochody plus bardzo konserwatywny model rodziny. Mężczyźni pracują nad tajemniczym projektem, a ich żony zajmują się domem. Sielanka, prawda? Witajcie w Victorii, gdzieś na pustyni z dala od szeroko rozumianej cywilizacji. Osiedle założył wizjoner Frank (Chris Pine), który jest takim liderem tego miasta. Tutaj też żyje m.in. para Brytyjczyków – Alice i Jack (Florence Pugh i Harry Styles). Żyć nie umierać, prawda? Jednak jedno drobne zdarzenie zacznie wywoływać mętlik w głowie naszej bohaterki. I nie chodzi nawet o fakt, że jedna z mieszkanek (czarnoskóra Margaret) sprawia wrażenie niestabilnej psychicznie.

Muszę przyznać, że drugi film w reżyserskim dorobku Olivii Wilde mocno spolaryzował i podzielił widownię. Trudno się dziwić, bo wykorzystuje znajome motywy choćby z historii o pozornie idealnych miasteczek, gdzie wszystko skrywa Wielka Tajemnica. Do tego jest spory teren, do którego kobiety nie mają dostępu, gdzie znajduje się miejsce pracy mężów. Mężowie nie mogą mówić o swojej pracy żonom. Wszystko w idealnym porządku, pięknych kolorach, jakby żywcem wziętych z epoki. Reżyserka nigdzie się nie spieszy, powoli pokazując ten świat pełen rutyny, niemal stałych nawyków (rano śniadanie, potem lekcja tańca baletu, zakupy i ploteczki, wreszcie kolacja oraz małe co nieco z mężem). Jakbyśmy żyli w zorganizowanym, idealnym społeczeństwie. Zbyt idealnym. Ale pięknie sfotografowanym i stylowym.

Wilde coraz bardziej zaczyna pokazywać jak wszystko zaczyna się w głowie Alice mieszać. Niby to ma sugerować, że być może to są urojenia, jakaś rozwijająca się psychoza. I są takie mocne momenty jak choćby czyszczenie okna, niemal przygniatające Alice czy lustrzane odbicie podczas lekcji tańca. To jednak utwierdziło mnie w przekonaniu, że coś tu jest nie tak. Napięcie jest budowane powoli, z kilkoma mocnymi scenami, czekając na moment eksplozji. Krótkie przebitki montażowe i spore przeskoki czasowe wywołują mętlik w głowie, zaś muzyka Johna Powella (bardziej eksperymentalna niż wszystko, co do tej pory napisał Anglik) wywoływała poczucie zagrożenia. A potem wchodzi trzeci akt, gdzie poznajemy całą tajemnicę i… cóż, powinienem był się tego domyślić. Nie, nie zdradzę wam, przekonajcie się sami. Mnie zaskoczyło, a nawet wprawiło w osłupienie.

Swoją cegłę dodają do tego aktorzy. Panie na drugim planie w zasadzie robią za tło, choć tutaj wyróżnia się sama Wilde. Jako plotkująca oraz wygadana przyjaciółka Bunny emanuje pozornym opanowaniem. Zaskoczył mnie za to Pine, grając czarny charakter. Jego Frank jest charyzmatycznym mówcą, jednak w jego spojrzeniu jest coś niepokojącego, wręcz świdrującego oczy. Zaś scena kolacji w domu Alice pokazuje jakim zgrabnym manipulatorem potrafi być. Ale tak naprawdę wszystko na swoich barkach niesie Florence Pugh i… robi to fantastycznie wszelkie skrajne emocje: od perfekcyjnej pani domu przez coraz bardziej zagubioną i zdeterminowaną do rozgryzienia tej sytuacji. Każdy moment załamania, dyskomfortu czy próby odnalezienia się były najjaśniejszym punktem filmu, bez którego nie angażowałoby tak mocno. No i jeszcze jest Harry Styles, czyli mąż głównej bohaterki. Niestety, ale to jest najsłabsze ogniwo całej obsady, wypadając bardzo sztucznie. Głównie w bardziej ekspresyjnych momentach wypada jaskrawo, jakby przeszarżował, a w pozostałych momentach wydaje się wyprany z emocji.

Nie będzie odkryciem, jeśli powiem, że to będzie jeden z bardziej polaryzujących filmów tego roku. Jedni będą zauroczeni estetyką, aurą tajemnicy oraz charyzmą Pugh, drudzy uznają za wtórną, mało odkrywczą wydmuszkę na temat samostanowienia, podziału ról społecznych czy portretu dystopii. Ja jestem na tak, mimo pewnych wad.

7/10

Radosław Ostrowski

Oddychaj

Ktoś kiedyś powiedział, że najlepsze są najprostsze rozwiązania. Chyba tym się kieruje Netflix, robiąc seriale z niezbyt dużym budżetem, znanymi twarzami. Chociaż od nadmiaru tych tytułów wiele zostaje przeoczonych, niezauważonych. Jaki jest przypadek mini-serialu „Oddychaj”?

oddychaj1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty: bohaterką jest Liv (Melissa Barrera) – prawniczka sporej kancelarii, niemal w całości skupiona na pracy, nie posiadając uporządkowanego życia prywatnego. Kobieta czeka na samolot do Iverik, jednak lot zostaje odwołany. Na szczęście trafia na prywatny lot dwójki facetów w kierunku wspomnianego miasta. Wszystko wydaje się zmierzać w dobrą stronę, jednak maszyna rozbija się. Cało wychodzi tylko Liv i jest zdana tylko na siebie, by przetrwać w dziczy. Z dala od cywilizacji, bez zasięgu telefonów oraz bez doświadczenia.

oddychaj2

Serial niejako dzieje się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza skupia się na przetrwaniu Liv, która wydaje się nie mieć doświadczenia z tego typu sprawami. I początkowo wydaje się bardzo nieporadna, zaś pierwsze próby zapalenia ogniska czy zdobycia pożywienia… cóż, parę razy rzuca mięsem. Powoli zaczyna jednak radzić sobie z otoczeniem. Nie znaczy to, że stała się nową Larą Croft czy innym Bearem Gryllsem. Popełnia błędy działając instynktownie, przez co pakuje się w poważniejsze problemy. Nie jest to jednak serial brutalny, pełen krwi oraz przemocy, co dla wielu może być rozczarowaniem. Ale jest to pokazane na tyle przekonująco i satysfakcjonująco, że chce się oglądać do końca. A fakt, że to tylko sześć odcinków po około 30 minut na pewno pomaga.

oddychaj3

Sceny przetrwania przeplatają się z chwilami wspomnień zarówno z pracy, jak i domu. Te momenty przeplatają się ze sobą, pokazując jak wiele ta postać ma za sobą. Odejście psychicznie chorej matki-artystki, śmierć ojca, zbyt duże poświęcenie się pracy, nieplanowana ciąża – takich przeżyć starczyłoby na kilka życiorysów. Jakby tego było mało, kobieta zaczyna mieć zwidy. Czy to halucynacje ze zmęczenia, wewnętrzny głos, czy może choroba psychiczna? Frapuje to, choć odpowiedzi jednoznacznej brak. Ta przeplatanka „teraz” i „kiedyś” działa najmocniej, pokazując pewną powolną przemianę bohaterki. Barrera dźwiga „Oddychaj” na swoich barkach i wypada wiarygodnie jako zagubioną korpo-sukę zderzoną z siłą natury. Reszta postaci jest w zasadzie poprawna, w tle gra dość drażniąca uszy muzyka ambientowa, zaś krajobrazy wyglądają bardzo ładnie.

oddychaj4

Nie oczekiwałem zbyt wiele, a dostałem porządny tytuł z survivalem w roli głównej. Może zbyt prosty i z paroma zbiegami okoliczności, ale wciągający oraz angażujący emocjonalnie. Tylko i aż tyle, doceniając dostęp do technologii.

7/10

Radosław Ostrowski

Gdzie śpiewają raki

Ile razy zdarzało się, że marketing przedstawiał film jako jedno, a ostatecznie dostaje się zupełnie coś innego. Takie lekko surrealistyczne doświadczenie miałem w przypadku „Gdzie śpiewają raki” w reżyserii Olivii Newman. Sprzedawany jako thriller/dramat sądowy w rzeczywistości był melodramatem z mroczną tajemnicą w tle. Czy to źle?

Akcja toczy się w małym miasteczku w Karolinie Północnej roku 1969. Niejako poza nim mieszka Kya (Daisy Edgar-Jones) w samotni na mokradłach, bez rodziny. Nie dlatego, że nie żyją, ale spięć między ojcem a matką powoli zaczęli odchodzić najpierw matka, rodzeństwo, wreszcie ojciec. Tak została sama. I to właśnie ona staje się podejrzaną w sprawie morderstwa byłego chłopaka, Chase’a Crawforda (Harris Dickinson). Niby wyglądało to na wypadek, bo facet spadł z wieży, gdzie nie jest bezpiecznie, zaś twardych dowodów nie ma. Jej obrony podejmuje się emerytowany prawnik, Tom Milton (David Strathairn), zaś mieszkańcy są wrogo do niej nastawieni. Bo czemu mieliby nie być?

Całość jest przeplatanką retrospekcji ze scenami sądowymi (plus minus kilka wyjątków). To w połączeniu z dziewczyną, traktowaną jako odludek i odrzucaną przez mieszkańców brzmiało jak coś potencjalnie mocnego, poruszającego oraz angażującego. Innymi słowy: piękna okładka tej książki niczym przyrodnicze rysunki dziewczyny. Ale to tylko zmyłka, bo ten gatunkowy miks nie działa tak bardzo jak mógłby. Reżyserka za bardzo skupia się na tym melodramatycznym wątku, gdzie mamy coś jakby trójkąt. A w zasadzie taka sytuacja, gdzie najpierw pojawia się jeden chłopak – Tate, który uczy ją czytać i pisać, ewidentnie jest nią zafascynowany. Ale i on ją zostawia, bo studia się zbliżają, praca itp. Obiecuje jednak, że wróci, jednak na obietnicy się kończy. Lata mijają i pojawia się nowy gość, czyli przyszły nieboszczyk. Finał znamy, a reżyserka rzuca cień podejrzenia na dziewczynę.

Jednak ten wątek rozwadnia całą – potencjalnie interesującą – resztę rzeczy. Bo zarówno niechęć mieszkańców do Dziewczyny z Bagien (jak jest nazywana bohaterka), jak i wsparcie nielicznych (właściciel sklepu Skoczek, prawnik Milton) tak naprawdę jest naszkicowane. Pojawiają się te sceny zbyt rzadko, by zaangażować emocjonalnie, tak samo jak Kya radzi sobie sama w domu na odludziu. Bardzo słabo zarysowane tło, gdzie więcej się o tym mówi niż pokazuje. W książce może to działa, na ekranie absolutnie nie. Przebitki sądowe też tak naprawdę wydają się wrzucone znikąd, co wybijało mnie z rytmu.

Co zatem działa, poza punktem wyjścia i mocnym początkiem? Po pierwsze: absolutnie piękne zdjęcia przyrody. Może nie jest to aż tak imponujące jak w produkcjach National Geographic czy innego Discovery, jednak mokradła mają swój urok, skrywający pewien mrok. Po drugie, finałowy twist dotyczący kwestii kto zabił, który naprawdę mnie zaskoczył. Po trzecie, Daisy Edgar-Jones w roli głównej jest zwyczajnie zachwycająca. Mieszanka pełna sprzecznych emocji (silna-słaba, wycofana-pewna siebie), najlepiej czująca się w otoczeniu przyrody przykuwa wzrok od samego początku do końca (młodszą wersję gra równie przekonująca Jojo Regina) i trzyma ten film na swoich barkach. Reszta obsady prezentuje się najwyżej solidnie (zarówno Harris Dickinson, jak i Tyler John Smith jako partnerzy dziewczyny), choć z tego grona wybija się niezawodny David Strathairn jako prawnik Milton.

To mógł być dużo lepszy film, co boli bardzo. Piękne wizualia i charyzmatyczna protagonistka to jednak za mało, by wybrać się na seans do kina. Kolejny brutalny przykład adaptacji, gdzie po drodze czegoś zabrakło i ostatecznie zabrakło mocniejszego ładunku emocjonalnego.

5/10

Radosław Ostrowski