Old

M. Night Shyamalan – cóż to jest za reżyser, którego kariera jest bardziej wyboista niż kogokolwiek. Od złotego dziecka Hollywood z kasowymi hitami w postaci „Szóstego zmysłu” i „Niezniszczalnego” przez kompletną katastrofę w postaci komedii (niezamierzonej) „Zdarzenie” oraz blockbusterowego „Ostatniego Władcy Wiatru” aż po renesans dzięki „Wizycie” i „Split”. Nie można mu odmówić ambicji oraz intrygujących pomysłów, które nie zawsze mają sens. Nie inaczej jest w przypadku „Old”, który przypomina taniec linoskoczka na ogromnej wysokości, gdzie akrobata nie jest w najlepszej dyspozycji.

Sama historia zaczyna się jakby to był początek nowego sezonu „Białego Lotosu”. Razem z rodziną Cappa trafiamy do wypoczynkowego hotelu gdzieś na egzotycznej wyspie. Familię tworzą rodzice Guy (Gael Garcia Bernal) i Prisca (Vicky Krieps), a także dwójka dzieci Trent i Maddox. Dorośli znajdują się na wyboistej drodze, jednak nic nie chcą powiedzieć rodzicom. Familia zyskuje sympatię kierownika hotelu, który proponuje ekskluzywną pobyt na wyspę znajdującą się w okolicznym rezerwacie. Razem z nimi pojawia się brytyjski lekarz (Rufus Sewell) ze swoją niezbyt lotną żonką (Abbey Lee), pielęgniarz Jarin (Ken Leong) ze swoją żoną Patricią (Nikki Amuka-Bird). Jednak na miejscu znajdują zardzewiałe noże oraz inne przedmioty z hotelu, a plaża okazuje się być pułapką bez wyjścia. Co gorsza, wszyscy przebywający na plaży zaczynają szybciej się starzeć.

Nie czytałem francuskiego komiksu „Sandcastles”, który był materiałem źródłowym dla tego filmu, ale widzę jak mogłoby zaintrygować Shyamalana do realizacji. I muszę przyznać, że „Old” ma – jak zawsze u tego reżysera – bardzo intrygujący początek. Piękne lokacje przykuwają oko, kamera potrafi zrobić kilka dłuższych ujęć, a humor nawet potrafi wywołać uśmiech. Jednak zaczynają pojawiać się pewne problemy, z których ten twórca jest dość znany. Po pierwsze, płaskie oraz jednowymiarowe postacie, które są ledwo zarysowane i dlatego nie obchodził mnie ich los. Fakt, że też wiele postaci nie reaguje na pewne dramatyczne wydarzenia lub zbyt szybko przechodzi nad tym do porządku dziennego też nie pomaga. Po drugie, dialogi albo pełnią rolę ekspozycji – jeden z dzieciaków ciągle pytający każdego o imię i zawód (serio?? nie było lepszego pomysłu na przedstawienie postaci??), albo sprawiają wrażenie napisanych przez dzieciaka. Po trzecie, czuć pewne ograniczenia budżetowe, które nie są zbyt dobrze maskowane. Być może dlatego film ma kategorię wiekową PG-13, przez co potencjalne skręty ku body horrorowi (usuwanie guza raka) wydają się być bez pazura. Jeszcze dziwniejsza jest nie do końca przekonująca charakteryzacja, która powinna pokazać starzenie się postaci. W przypadku dzieci są tutaj zmiany aktorów, którzy mają pokazać doroślejsze wersje z mentalnością 5-6-latka wypada to przekonująco (tu najlepiej wypada Thomasin McKenzie i Alex Wolff), jednak u dorosłych to tak niekoniecznie. Jakby rozumiem, że u nich ten proces przebiega wolniej, ale pod koniec dnia powinni oni wyglądać jak 90-latkowie, a tak nie jest.

Niemniej parę rzeczy Shyalaman robi co najmniej solidnie. Przede wszystkim przekonująco buduje klimat niepokoju oraz aurę tajemnicy. Niby plaża wygląda pięknie oraz oszałamiająco, lecz nie można się z niej wydostać. Każda próba wyjścia kończy się utratą przytomności (co też nieźle nakręcone), a także ciągłe poczucie izolacji. Jednocześnie element nadnaturalny w postaci przyspieszonego starzenia się zaczyna zmieniać dynamikę między postaciami. Wszystko to jednak zepsute jest kompletnie zbędnym wytłumaczeniem, które dla mnie nie miało kompletnie sensu i nie zamierzam go zdradzać. No i jeszcze aktorzy wyciskają, co mogą z tego materiału, czyniąc go troszkę strawniejszym. Poza młodszymi odtwórcami najlepiej prezentują się Gael Garcia Bernal i Vicky Krieps (ich wspólne sceny zwłaszcza bliżej końca wypadają najlepiej) oraz Rufus Sewell jako niepokojący, skrywający mroczną tajemnicę lekarz Charles.

W filmografii Shyamalana „Old” prezentuje się średnio, czyli niewykorzystany potencjał na kolejny intrygujący thriller/horror. Wygląda o wiele dynamiczniej, ma solidną obsadę, jednak cierpi na znajome bolączki scenariuszowe oraz bliżej końca zaczyna tracić napięcie. Przypomina to budowanie zamku na piasku – niby ma mocne fundamenty, ale w konfrontacji z falą morską nie ma szans.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Zabójcy

Pamiętacie jeszcze Wachowskich, zanim stali się siostrami? I jeszcze zanim nakręcili swoje opus magnum w postaci „Matrixa”? Andy i Larry wtedy tworzyli komiksy dla Marvela (głównie oparta na dorobku Clive’a Barkera), a na początku lat 90. zaczęli swoje pierwsze próby jako scenarzyści, sprzedając dwa swoje skrypty dla Warner Bros.: „Brudne pieniądze” (ich debiut reżyserski) oraz „Zabójcy”. Ten drugi trafił na biurko weterana i częstego współpracownika studia Richarda Donnera, ale efekt był bardzo daleki od satysfakcji. Do tego stopnia, że bracia chcieli wycofać swoje nazwiska z filmu przez „mocno przepisany” scenariusz.

Punkt wyjścia jest dość obiecujący, bo mamy do czynienia z rywalizacją dwóch zawodowych cyngli do wynajęcia. Którzy wydają się mieć kontrakty na tą samą fuchę, o czym nie mają pojęcia. Doświadczony Robert Rath (Sylvester Stallone) coraz bardziej myśli o wycofaniu się z interesu, zaś młody i narwany Miguel Bain (Antonio Banderas), który chętnie zostałby najlepszym w swoim fachu. Robert nie potrafi rozgryźć kto za tym stoi, ale następne zlecenia ma być jego ostatnim. Suma: 2 miliony. Cele: duńscy kupcy i próbująca sprzedać im dane hakerka. Problem? Nie wiadomo jak ona wygląda. Drugi problem? Bain też pojawia się na miejscu, co podkręca atmosferę.

Jeśli ktoś spodziewałby się popisów strzeleckich oraz mocno podkręconych scen akcji, to należy szukać gdzie indziej. Donner ewidentnie chciał czegoś bardziej eleganckiego niż ciągłej rzezi oraz masakry, tworząc psychologiczny thriller. Coś, czego raczej fani Sylwka raczej się nie spodziewali. Tempo jest dość powolne i bardziej spokojne, z nagłymi strzałami akcji (gdzie nasi przeciwnicy używają broni z tłumikiem) oraz budowaniem napięcia. Ale problem w tym, że reżyser podejmuje pewne decyzje, które torpedują ten film. Wiele scen akcji jest na granicy przerysowania jak pościg taksówką, szaloną eksplozją w mieszkaniu czy ucieczką z radiowozu po schwytaniu Baina. Aczkolwiek muszę przyznać, że strzelaniny z punktu widzenia Latynosa są bardziej dynamicznie nakręcone, młodzik niemal jest ciągle w ruchu, a z dwoma giwerami w dłoniach wygląda jakby się urwał z kina Johna Woo. Ale próba zrobienia romansu między Rathem a naszym celem o twarzy młodej Julianne Moore kompletnie tu nie działa z powodu braku chemii.

Sama intryga może początkowo intrygować, jednak dalej wydaje się to kompletnie naciągana. Wrzucone są nakręcone w czerni i bieli retrospekcje, które dodają stylu, w tle gra świetna (choć mocno w stylu lat 90.) muzyka Marka Manciny, zaś w ostatnie pół godziny udaje się zbudować napięcie. O idiotycznych zachowaniach postaci (głównie naszej hakerki, która ewidentnie jest aspołeczna) nawet nie chce mówić. A sytuację próbują ratować skontrastowani Stallone i Banderas. Pierwszy jest bardzo wycofany, opanowany oraz odchodzący od wizerunku twardziela, z kolei drugi to chaotyczna, wręcz dzika energia, która wydaje się niepowstrzymana. Julianne Moore prezentuje się nieźle, ale zostaje mocno w cieniu.

Pozornie wszystko wydaje się na miejscu, ale w przypadku „Zabójców” coś nie do końca gra. Technicznie jest porządnie zrobiony oraz zagrany, ale brakuje mu mocniejszego pazura. Aż szkoda, że sami Wachowscy nie spróbowali sami spróbować swoich sił jako reżyserzy i może byłby z tego lepszy film.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dzień objawienia

Steven Spielberg przez lata i dekady stał się jednym z najbardziej popularnych amerykańskich reżyserów kina rozrywkowego. Ale takimi filmami jak „Lista Schindlera” czy „Szeregowiec Ryan” pokazał bardziej dojrzałe i poważne oblicze. Swoim najnowszym filmem wraca do tematyki obcych i pierwszego kontaktu, który eksplorował w „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia” i „E.T.”, ale tym razem idzie bardziej w kierunku thrillera.

Historia „Dnia objawienia” skupia się na dwójce bohaterów, których losy się przetną. Pierwszym jest Daniel Kellner (Josh O’Conner) – pracownik firmy Wardex zajmujący się cyberbezpieczeństwem. Naukowiec wykradł z firmy tajemniczy przedmiot oraz bardzo tajne materiały, planując je publicznie ujawnić. Za całą operacją stoi jego przełożony, Hugo Wakefield (Colman Domingo). W ślad za Kellnerem rusza firma oraz jej szef, Noah Scanlon (Colin Firth). Drugą kluczową postacią jest prezenterka pogody, Margaret Fairchild (Emily Blunt). Pracuje w lokalnej telewizji w Kansas City. Przed pójście do pracy do jej mieszkania wlatuje ptak. Co samo w sobie może być niczym niezwykłym, ale potem dzieją się dziwaczne rzeczy: zaczyna mówić w obcych językach (i to bardzo płynnie), czyta w myślach po spojrzeniu na kogoś (dzięki temu nie dostaje mandatu), jednak najgorsze dzieje się podczas pracy. Podczas zapowiadania prognozy zaczyna wydawać dziwaczne odgłosy, a następnie traci przytomność. Kobieta też znajduje się w centrum zainteresowania Wardexu.

Sama historia nie brzmi zbyt oryginalnie, jednak Spielberg od początku był w stanie mnie złapać. Początek i pierwsza połowa budowana jest wokół tajemnicy, która powoli i (przynajmniej na początku) oszczędnie dawkowana, co trzymało mnie w napięciu. Co jest o tyle zaskakujące, bo mamy wiele znajomych elementów: firma działająca niczym Faceci w Czerni minus technologia; kontakty i urządzenia obcych; próbujący ujawnić publicznie informator oraz grupa ludzi działająca niczym konspiracja czy Wybraniec z mocami, które go przerażają. Gdzieś nad tym wszystkim unosi się zarówno dawny Spielberg i Stephen King zmieszany z teoriami spiskowymi i klimatem thrillerów politycznych lat 70.

Ale sam film to dwie sprzeczne bestie. Z jednej strony pełen pościgów, ucieczek zrobionych więcej niż sprawnie z kilkoma mastershotami oraz absolutnie trzymającą w napięciu gonitwę z udziałem dwóch jadących pociągów oraz przygniecionego samochodu. Wtedy angażuje, choć jest o wiele bardziej kameralny. Kiedy jednak dotyczy aspektów SF oraz pierwszego kontaktu z obcymi, Spielberg wydaje się nie mieć zbyt wiele do powiedzenia. Bardziej go interesuje próba dojścia do ujawnienia prawdy niż reperkusje tego wydarzenia. Jak poradziliby sobie ludzie z faktem, że nie są sami na świecie? Co by się stało z religiami, państwami, instytucjami? Niby tam w tle wspomina się o możliwym wybuchu III wojny światowej i wizji końca świata, ale to ostatecznie prowadzi donikąd. Sam finał oraz rozwiązanie idzie w kierunku naiwnego kiczu, zaś całość w decydującym momencie się nagle urywa. Satysfakcji z tego nie ma żadnej i wywołuje uczucie dostania w ryj.

Do tego bohaterowie są dość prosto opisani, ale reżyser dobrał do nich na tyle dobrych aktorów, że wyciskają z nich maksimum możliwości. I ci konsekwentnie trzymają poziom: od neurotycznego i przerażonego Josha O’Connora przez chłodnego Colina Firtha aż po niemal przyklejonego do telefonu Colmana Domingo. Ale najjaśniejszym punktem oraz PETARDĄ jest Emily Blunt, której występ wręcz odbierał mi mowę. To z jaką gracją i brawurą przeskakuje przez całe spektrum emocji: od strachu, przerażenia przez pewność siebie, opanowanie po empatię jest nieprawdopodobne. To jej występ utrzymywał moją uwagę do samego końca i czynił ten film o wiele przyjemniejszym w odbiorze.

To jest cholernie trudny film do ocenienia. Bo „Dzień objawienia” nie jest zbyt oryginalnym i dobrym kinem SF, ale zaskakująco sprawdza się jako rozrywkowe kino pod popcorn w starym stylu. W rozpoczynającym się sezonie letnim oraz ostatnich rozczarowaniach w kinie to jeden z lepszych filmów do obejrzenia na dużym ekranie.

7/10

Radosław Ostowski

Werdykt

Jim Sheridan był jednym z najbardziej rozpoznawalnych irlandzkich reżyserów końca XX wieku, co jest zasługą takich filmów jak „Moja lewa stopa” czy „W imię ojca”. Jednak w ostatnim czasie jego produkcje przeszły bez dużego rozgłosu jak na początku kariery. Po latach posuchy powraca z dramatem sądowym, który mocno inspiruje się „Dwunastoma gniewnymi ludźmi”.

Współtworzony przez Davida Merrimana „Werdykt” oparty jest na jednej z najgłośniejszych zbrodni w historii Irlandii. A dokładniej chodzi o morderstwo francuskiej producentki filmowej, Sophie Tuscan du Plantier, popełnionej w okolicy jej domu oddalonym od miasteczka Schull w południowo-zachodniej części Irlandii pod koniec roku 1996. Podejrzanym był dziennikarz Ian Bailey (Colm Meaney), który miał dzień wcześniej śledzić kobietę, był kilkukrotnie aresztowany za przemoc domową i pojawił się jako pierwszy na miejscu zbrodni. Miał też parokrotnie przyznać się do winy. Dla francuskiego wymiaru sprawiedliwości były to na tyle mocne poszlaki, że pismak został zaocznie skazany na 25 lat więzienia w 2019 roku. Jednak Irlandia nie zdecydowała się na wykonanie ekstradycji podejrzanego do Francji. Tyle tła i wstępu do tego filmu.

Sheridan pokazuje fikcyjny proces Baileya pokazując, co by się stało, gdyby Irlandia zdecydowała się dokonać ekstradycji oskarżonego do Francji. Akcja dzieje się już pod koniec procesu, w którym przysięgli mają jednogłośnie podjąć decyzję. I – jak w klasyku Lumeta – jedna z osób (Vicky Krieps) ma wątpliwości. Reżyser kilka lat wcześniej nakręcił o tej sprawie 5-odcinkowy serial dokumentalny dla Sky, więc miał bardzo sporą dokumentację. I ta mieszanka fikcyjnych obraz z zebranymi dowodami (zeznania, ekspertyzy sądowe) oraz masą archiwalnych materiałów tworzy intrygującą hybrydę, przypominającą fabularyzowany dokument. Reżyserzy nie bawią się w robienie sensacji wokół całej sprawy, tylko za pomocą przysięgłych (pozbawionych imion i nazwisk, tylko przedstawieni numerami) podejmuje się skrupulatnego oraz metodycznego analizowania dowodów. I muszę przyznać, że wciągnęła mnie ta cała dyskusja, mimo – a może dzięki – nie znajomości sprawy. Każdy z przysięgłych jest na tyle intrygująco zarysowany, by poznać lepiej ich przeszłość i podejście, które tłumaczy ich sposób myślenia oraz przekonania i uprzedzenia.

Całość nie jest technicznie jakoś imponująca i widać ograniczenia budżetowe, ale to dodaje pewnego reporterskiego sznytu. Nawet jeśli opuszczamy z przysięgłymi salę obrad (czy to w bufecie, czy podczas wizji lokalnej na miejscu zbrodni) albo widzimy Baileya w celi, Sheridan z Merrimanem skupiają się na dialogu oraz interakcjach z przysięgłymi. Aczkolwiek sam przebieg i finał był dla mnie bardzo przewidywalny, jeśli zna się inspirację twórców. Za to sytuację ratuje świetna obsada, z której najbardziej wybija się wspomniana Vicky Krieps, fantastyczny Jim Connors (przysięgły nr 3 – niemal do końca wierzący w winę) czy sam Jim Sheridan w roli przewodniczącego ławy.

„Werdykt” (w oryginale „Re-Creation”) jest powrotem Jima Sheridana z niebytu. Zgrabna mieszanką dramatu sądowego z docudramą i podcastem true crime. Choć potrafi być przewidywalny i jest świadomym hołdem dla klasyka Sidneya Lumeta, udaje się przekonująco pokazać subiektywizm prawdy. Cholernie dobra rzecz.

7/10

Radosław Ostrowski

Pociąg

Kolejny raz odkrywanie starszych rzeczy mnie zaskoczyło, jakby niektórzy filmowcy znajdowali sposób na bardzo powolne albo praktycznie w ogóle nie starzeje. Takie też doświadczenie miałem z kolejnym – po „Faraonie” i „Śmierci prezydenta” – dziele w dorobku Jerzego Kawalerowicza. I tak też miałem z „Pociągiem” z 1959 roku.

Jak sam tytuł mówi jesteśmy w pociągu jadącym z Warszawy do Helu, gdzie wsiadają różni ludziowie. Ale wśród pasażerów różnorakich przewija się mężczyzna w ciemnych okularach (Leon Niemczyk) – bez biletu, bez dokumentów, a podobno z wykupionym miejscem. Jednak w przedziale – wagon męski – znajduje się blondwłosa kobieta (Lucyna Winnicka), która jest strasznie uparta i za nic nie opuści miejsca. Więc oboje są skazani na siebie, choć każde z nich wolało spędzić ten czas w samotności. Powoli jednak zaczyna coś między nimi kiełkować, ale przełamanie muru nieufności nie będzie takie proste. Oboje skrywają pewne tajemnice.

Reżyser, który raczej kojarzył mi się z pełnymi przepychu oraz ogromnej skali, tutaj zrealizował o wiele bardziej kameralny dramat psychologiczny. Zamknięta przestrzeń pociągu jest szansą do pokazania mikroświata z bardzo różnorodnymi postaciami: grupą pielgrzymów, cierpiącym na bezsenność mężczyźnie (Zygmunt Zintel), młodej parce, co zdąża na ostatnią chwilę czy młoda flirtująca kobieta (Teresa Szmigielówna) w towarzystwie poważnego prawnika (Aleksander Sewruk). O konduktorach nawet nie wspominam. Nawet jeśli te postacie pojawiają się na chwilę, zapadają mocno w pamięć. Gdy Kawalerowicz przygląda się naszej przymusowej parze, sporo jest tu niedopowiedzeń, drobnych spojrzeń i niezbyt chętnie prowadzonych rozmów. Ale coś tu wisi w powietrzu – być może nawet romans, bo przecież początki czasem bywały burzliwe. A jeszcze rewelacyjna muzyka Andrzeja Trzaskowskiego z cudowną wokalizą Wandy Warskiej potęguje klimat.

Jednak by podbić stawkę reżyser podrzuca jeszcze pewien kryminalny wątek związany ze zbiegłym mordercą. Być może znajdującym się w pociągu, tylko – no właśnie, kim on jest i jak on wygląda? Pozornie może wydawać się wciśnięty na siłę i zbędny, ale jest tak sprytnie wpleciony, że jeszcze bardziej podkręca napięcie. Kawalerowicz podrzuca różne tropy i możliwe podejrzenia, co kumuluje w świetnie nakręconej gonitwie za zabójcą przez przedziały aż do… ucieczki w pole. Więcej nie zdradzę, bo to trzeba zobaczyć samemu.

A wszystko ogląda się dzięki elektryzującemu duetowi Leon Niemczyk/Lucyna Winnicka. Oboje bardzo skryci i tajemniczy, początkowo wręcz wrogo do siebie nastawieni. On w ciemnych okularach, ona ma bardzo elegancki chłód oraz spory dystans. Oboje elektryzują aż do ostatniej sceny i wyczekiwałem tych scen. Za to na bardzo bogatym drugim planie najbardziej wybija się pociągająca Teresa Szmigielówna w roli znudzonej żony adwokata, desperacko flirtująca niemal ze wszystkimi oraz Zbgniew Cybulski (wyjątkowo bez okularów) jako chłopak, nie chcący odczepić się od postaci granej przez Winnicką. Tutaj nawet drobne epizody zapadają w pamięć, co nie zdarza się zbyt często.

Trzeba będzie się bliżej zapoznać z kinem Kawalerowicza, który kolejny raz zaskakuje. „Pociąg” to świetna mieszanka dramatu psychologicznego z thrillerem, pełna świetnych dialogów, zadziwiająco wnikliwej obserwacji. Kino niemal egzystencjalne, prowokujące do myślenia i dziwnie aktualne, choć pociągi oraz obsługa już zupełnie inna.

8/10

Radosław Ostrowski

Nieprzyjaciel

Zdarzyło mi się wiele razy oglądać filmy nie spełniające oczekiwań. Delikatnie powiedziawszy, a spora część pochodzi z Polski. To nie zbyt dużym powodem do domy, niestety. No i pojawił się kolejny niewypał, choć powinienem był się tego domyślić. Ale po kolei.

„Nieprzyjaciel” – niczym rasowy thriller (przynajmniej w teorii) – zaczyna od mocnego uderzenia. A tak naprawdę to od eksplozji samochodu, gdzie znajdowała się młoda kobieta, rozmawiająca przez telefon. Eksplozja jest prezentowana w slow-motion i chyba dlatego wydaje się taka sztuczna. Ale nieważne. Zostaje zatrzymany mężczyzna z długimi włosami oraz twarzą Michała Żurawskiego. Skaczemy o parę lat i jesteśmy gdzieś na Mazurach. Lasy, rzeka, dużo zieleni i w tle Zalia śpiewa (mnie się to podoba). I tak trafiamy do willi do wynajęcia dla bardzo dzianych gości, gdzie o porządek dba Ania (Martyna Byczkowska). A pracuje mocno, gdyż pojawiają się nowi goście: dwaj kumple z dziewczynami. Leon (Michał Żurawski – z krótkimi włosami oraz strojem służbowym w stylu dres) oraz Bruno (Piotr Stramowski) planują zainwestować w krypto waluty 50 milionów zajebanych, eee, to znaczy „pożyczonych” od szefa tego drugiego. Następnego dnia oddadzą zanim dziany bogacz się zorientuje. Co może pójść?

Po pierwsze, nasza opiekunka willi to siostra dziewczyny, co zginęła w wybuchu i to jej zeznania doprowadziły do skazania Leona. Po drugie, po popijawie Ania (poczęstowana drinkiem) budzi się cała zakrwawiona, zaś ciało Leona jest w rzece. Szok, niedowierzanie oraz kolejny wstrząs. Ale spokojnie, będzie tego jeszcze więcej. Bo będą zdrady, bójki, rzucaniem mięsem oraz inne atrakcje.

Reżyser Michał Krzywicki wcześniej stworzył mikrobudżetowe SF „Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę” (co za krótki i łatwy do zapamiętania tytuł). Tamten film wyglądał dość imponująco i miał ciekawy punkt wyjścia, ale z czasem stawał się nudny oraz pozbawiony skupienia. Tutaj ewidentnie twórca chciał zrobić dreszczowiec w kameralnej przestrzeni z małą obsadą. I muszę przyznać, że początek oraz punkt wyjścia był intrygujący. Jednak zaczynają być serwowane twisty oraz przewrotki z taką gęstością jakiej nie powstydziłby się M. Night Shyamalan. A co jeden, to głupszy i konsternujący. Miała to być w założeniu opowieść o zrywaniu zasłon kłamstw, oszustw oraz fałszywych przyjaźniach. Ale ja po prostu przecierałem oczami, bo od idiotyzmów (ciągłym ganianiem się z miejsca na miejsce, pozbawionym paliwa quadem podczas pościgu czy finałowa ucieczka w lesie nocą) nie dowierzałem. Każdy każdego oszukuje, dyma, zdradza i kończyło się to albo przewracaniem oczami, znudzeniem lub rechotaniem.

Aktorzy robią, co mogą, ale nie są tu w stanie zbyt wiele zadziałać i zaangażować. Coś tam próbuje Żurawski i Byczkowska, Kasia Sawczuk nawet przyjemnie się ogląda, ale nic ponadto. Za to Piotr Stramowski oraz Joanna Opozda są tacy sztuczni i sztywni, że efekt jest strasznie groteskowy. Krzywicki może i ma ambicje na tworzenie kina gatunkowego, ale umiejętności pozostały gdzieś poza planem filmowym. Zabrakło talentu oraz zdolności logicznego myślenia przy pisaniu historii, która kompletnie wypadnie z głowy jeszcze zanim pojawią się napisy końcowe. To o czym ja pisałem?

4/10

Radosław Ostrowski

Tajny agent

Brazylia pod względem kinematografii kojarzyła się przez bardzo długie lata z telenowelami, ale w ostatnich dekadach coś się mocno zmieniło. Co jest zasługą choćby takich tytułów jak „Miasto Boga”, „Carandiru” czy zeszłoroczne (jeszcze nie obejrzane przeze mnie) „I’m Still Here”. Teraz do tego grona dołącza kolejny nominowany do Oscara film z kraju karnawału i samby.

Akcja „Tajnego agenta” toczy się w 1977 roku, kiedy krajem nadal rządziła dyktatura wojskowa. Już sam początek pokazuje rzeczywistość tej epoki, gdzie jesteśmy na stacji benzynowej za miastem. Tam przyjeżdża kierowca żółtego Garbusa, zaś w okolicy znajduje się… rozkładający się trup. Akurat w pobliskim mieści Refire trwa karnawał, więc policja nie bardzo ma czas się tym zająć. A tu przybywa radiowóz i przeprowadza kontrolę nowego kierowcy, ale nic nie udaje się znaleźć. A mężczyzna, Marcelo (Wagner Moura) zostaje puszczony. Przybywa do lokum prowadzonego przez don Sebastianę (Tania Maria), gdzie przebywają ludzie ukrywający się przed państwem. Z różnych powodów. Jak się dowiadujemy, mężczyzna ma w mieście syna i razem z nich planuje uciec z kraju. Sprawy o tyle się komplikują, gdy na zbiega poluje dwóch zabójców opłaconych przez włoskiego biznesmena oraz szefa firmy inżynieryjnej.

Ale kim tak naprawdę jest Marcello? Dlaczego się ukrywa? I kim jest ten tytułowy tajny agent? Na część z tych pytań odpowiada najnowszy film Klebera Mendonca Filho, który wśród naszych recenzentów i krytyków nie spotkał się z aż takim entuzjazmem jak za granicą. A sama historia toczy się bardzo wolnym tempem, które ma zbudować przekonująco Brazylię drugiej połowy lat 70. Od początku krążyła masa pytań związanych z naszym bohaterem. Porusza się niczym konspirator, który przemieszcza się w tajemnicy, prowadzi rozmowy telefoniczne z budek, a nawet rozmowy w cztery oczy dzieją się poza widokiem.

A jednocześnie widzimy wiele rzeczy dziejących się obok, co jeszcze komplikuje całość: duet killerów, co tropi Marcello; lokalny komendant policji Euclides (Roberto Diogenes) tuszujący morderstwa; absurdalna kwestia ludzkiej nogi znalezionej w… rekinie. By jeszcze bardziej wszystko pogmatwać mamy drobne przeskoki do współczesności, gdzie dwie studentki przesłuchują kasety magnetofonowe dotyczące tej historii. To jest prawdziwy labirynt, który wymaga skupienia, by połączyć wszystkie kropki. Co samo w sobie nie jest problemem, ale ten lokalny koloryt pozostaje niezrozumiały dla osób spoza Brazylii (pokazana bestia w czerwonej masce; karnawał; werbowanie cyngli), co może być barierą nie do przeskoczenia. Mnie też to przeszkadzało, a przywiązanie do detali jest imponujące. Tak samo jak dialogi, unikające nadmiaru ekspozycji.

Jeśli miałem z czymś problem, to z wątkiem współczesnym, który wydawał mi się zbędny (z wyjątkiem ostatnich scen – nie zdradzę, co się tam dzieje, ale ładnie to spina). Drugim problemem było też początkowe przeskakiwanie z wątku na wątek, co mocno dezorientowało. Byłem zaciekawiony, a nawet zaintrygowany, jednak napięcie czułem dopiero w drugiej połowie, kiedy poznajemy przeszłość Marcelo/Armando. A także mocniej zaczyna się zaciskać pętla wokół niego, co prowadzi do krwawego i mocnego finału.

A jednak to działa dzięki rewelacyjnemu, bardzo oszczędnemu Wagnerowi Mourze. Dużo jest w nim (pozornego) spokoju oraz nie rzucania się w oczy, a jednocześnie czuć w nim nerwowość. Bardzo subtelna, ale łapiąca za serducho kreacja. Chce się za nim podążać, by zobaczyć jaki wykona ruch, co może zrobić oraz jak lawiruje, by nie dać się złapać. Mocny punkt filmu. Ale też drugi plan jest tu przebogaty, nawet jeśli postacie mają niewiele czasu ekranowego: rewelacyjna Tania Maria (dona Sebastiana), śliski duet Gabriel Leone/Roney Villela (zabójcy Bobbi i Augusto), bardzo mocny Robert Diogenes czy cudowny Carlos Francisco (Alexandro, teść Armando). Jest tu też w swojej ostatniej roli zmarły w zeszłym roku Udo Kier jako ocalały z wojny krawiec Hans. Pojawia się w jednej scenie, ale zapada mocno w pamięć.

„Tajny agent” mocno testuje cierpliwość, jakby sam dwu i półgodzinny metraż nie wystarczył. A jednak ta opowieść o pamięci, ojcach i synach oraz jak bardzo mały jest człowiek w trybiku machiny totalitarnego systemu, gdzie ludzkie życie jest bezwartościowe. Mocna rzecz, choć nierówna.

7/10

Radosław Ostrowski

Zasada domina

Raz uruchomione kostki domina nie dadzą się zatrzymać i zniszczą wszystko, co napotka na swej drodze – nazywa się to efektem domina. Jedno zdarzenie – pozornie drobne – pociąga następne, uruchamiając niebezpieczny ciąg wydarzeń. O podobnej sytuacji postanowił opowiedzieć weteran kina Stanley Kramer w swoim przedostatnim filmie.

Bohaterem „Zasady domina” jest niejaki Roy Tucker (Gene Hackman) – weteran wojny wietnamskiej, który odsiaduje wyrok za zabójstwo. Zwykły szaraczek, który jest jednym z wielu ze swojego pokolenia. Ale spokojna odsiadka zmienia się, kiedy ma spotkanie z niejakim Taggem (Richard Widmark), a ten proponuje mu pomóc opuścić więzienie. W zamian ma zrobić pewną przysługę. Jaką? Tego dowie się później, pod warunkiem, że się zgodzi. Po drodze odbywa kolejne rozmowy z mężczyzną, a następnie z niejakim Pinem (Edward Albert). W końcu zgadza się, a po ucieczce dostaje konto w banku (200 tysięcy dolców), książeczkę czekową, paszport, nową tożsamość oraz… możliwość spotkania się z żoną (Candice Bergen), której nie widział od czasu procesu.

Lata 70. to był czas szczytu popularność thrillerów politycznych i filmów opartych na teoriach spiskowych czy paranoicznych lękach. Wystarczy wspomnieć „Rozmowę” F.F. Coppoli, „Syndykat zbrodni” Alana Pakuli czy późniejszy „Koziorożec 1” Petera Hyansa. Kramer próbuje wpisać się w ówczesne trendy, gdzie mamy wszechpotężną organizację sterującą w zasadzie wszystkim. Stojącą za politycznymi morderstwami, mającą swoich ludzi wszędzie, co może z jednej strony wywołać silne poczucie paranoi oraz absolutny brak zaufania do kogokolwiek. Ale z drugiej potrafi też odlecieć w takie rewiry, że ciężko to traktować poważnie. Bo skoro to spisku może należeć twój szef, przyjaciel, a nawet… żona, to jaki jest sens walki z nimi? Są oni w stanie przewidzieć każdy ruch, którego nawet ty się nie spodziewałeś.

Problem jednak w tym, że Kramer nie jest w stanie zaangażować, a filmowi brakuje energii. I nawet bym przełknąłbym to, ale nie czuć tu za mocno stawki. Nie ma napięcia, bo skoro może wydarzyć się wszystko, to dlaczego mnie ma to obchodzić? Sytuację troszkę ratuje ostatnie 20 minut (w tym sceny z helikoptera), charyzmatyczny Gene Hackman – ten facet potrafi wszystko sprzedać wszystko – niezły drugi plan oraz odrobinę egzotycznych lokacji. Bo część zdjęć była kręcona w Meksyku. Tylko, że „Zasada domina” strasznie się zestarzała i po latach jest jednym z wielu paranoicznych dreszczowców, gdzie brakuje tej paranoi, tempo jest strasznie ospałe, zaś ognia jest tu tyle, co kot napłakał. Niewykorzystany w pełni potencjał, który traktuje się zbyt poważnie.

6/10

Radosław Ostrowski

Przeznaczenie

Co było pierwsze – jajko czy kura? To jedno z odwiecznych pytań, które dręczą nie tylko filozofów, ale także pisarzy czy filmowców. W szczególności tych wykorzystujących konwencję fantastyki naukowej. Szczególnie te dotyczące podróży w czasie oraz reperkusji tych działań. Jeśli kojarzycie takie filmy jak trylogia „Powrót do przyszłości” czy „12 małp”, to prawdopodobnie podejdzie wam australijskie niskobudżetowe „Przeznaczenie”.

Akcja skupia się wokół Agenta Czasu, który wykonuje skoki w czasie, żeby powstrzymać ataki terrorystyczne, zamachy oraz inne tragedie. To alternatywna rzeczywistość w retro wydaniu, gdzie podróżnicy mają dwa rewolwery oraz wehikuły w kształcie futerału na skrzypce czy inną gitarę. Bohaterem jest protagonista (Ethan Hawke), który ma obsesję na punkcie dopadnięcia terrorysty o ksywie Fizzle Bomber. Człowiek ten w marcu 1975 roku podłoży ładunek, który zabije ponad 10 tysięcy osób, więc sprawa jest bardzo poważna. Wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem, jednak agent ma pewien plan. I szybko trafiamy do 1970 roku w jakimś barze, gdzie podróżnik działa jako barman pod przykrywką. Tam pojawia się pewien szorstki mężczyzna (Sarah Snook) opowiadający pokręconą historię swojego życia.

I w tym momencie muszę zatrzymać opowiadanie fabuły, bo jedno czy dwa zdania za dużo mogą zepsuć odkrywanie tajemnicy. A dzieło braci Spierig – doświadczonych gości od tworzenia efektów specjalnych – jest jednym z największych mózgotrzepów jaki widziałem od dawna. Próbując połączyć kto, co, jak i kiedy może doprowadzić komórki mózgowe do intensywnego myślenia. Ale przez większość czasu jesteśmy w nowojorskim barze AD 1970, słuchając rozmowy dwójki ludzi. Z masą retrospekcji, osadzonymi w przedziale 1945-70, mocno osadzonymi w znanej nam rzeczywistości. Efektów specjalnych oraz wizualnych bajerów tu nie znajdziecie, akcja w zasadzie dzieje się w kilku lokacjach, co wynika z ograniczeń budżetowych.

Ale reżyserzy umieją to ugrać w atut. „Przeznaczenie” ładnie wygląda wizualnie, scenografia i kostiumy z epoki świetnie budują klimat (zwłaszcza siedziby SpaceCorp), zaś świetne dialogi wpadają w ucho oraz wypadają naturalnie. To ostatnie jest także zasługą opowiadania Roberta Heinleina – jednego z klasyków literatury SF lat 50. i 60., zaś wszelkie nitki, kroki oraz twisty zawstydziłyby samego M. Nighta Shyamalana. Przeznaczenie, transgresja, podróże w czasie, tożsamość i czas – za pierwszym razem nie ogarnąłem. Czuję, że jeszcze tu wrócę. Sama akcja jest bardzo dobrze pokazana, choć jest jej zaskakująco mało, a ostatnie pół godziny to prawdziwy rollercoaster oraz rozgardiasz, próbujący spiąć wszystko w gigantycznym suple. A wszystko to jest rewelacyjnie zagrane przez dominujący duet Ethan Hawke/Sarah Snook, szczególnie ta ostatnia magnetyzuje wcielając się zarówno w mężczyznę oraz kobietę, bez popadania w sztuczność. Karkołomna, skomplikowana i niezapomniana rola.

Nie będzie raczej niespodzianką nazwanie „Przeznaczenia” najlepszym filmem braci Spierig. Intrygujący, tajemniczy, bardzo stylowy wizualne, świetnie zagrany oraz napisany. Skomplikowana układanka, do której będzie się chciało wracać, by poszukać kolejnych tropów w sklejeniu całego obrazu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dobry chłopiec

W zeszłym roku Jan Komasa nakręcił dwa anglojęzyczne filmy. Amerykańska „Rocznica”, który z perspektywy amerykańskiej rodziny pokazywała przemianę kraju w bardziej totalitarną dystopię, nie spotkała się ze zbyt życzliwym odbiorem. Dlatego tak dużą niespodzianką była polsko-brytyjska koprodukcja „Dobry chłopiec”, zmieniająca ton o 180 stopni.

Bohaterem jest Tommy (Anson Boon) – nastolatek, zachowujący się jak typowy reprezentant swojego pokolenia. Chlanie, ćpanie, imprezowanie, bzykanie. I jeszcze jest typowym rozrabiaką, co robi hałas, chaos oraz atencję. Jednak po ostatnim melanżu pobudka będzie bardziej przerażająca niż sobie może wyobrazić. Po otwarciu oczu zauważa szarą ścianę w jakieś piwnicy, do tego przykuty do ściany z łańcuchem i obrożą niczym pies. Tak chłopak trafia do domu gdzieś na odludziu, zamieszkiwanym przez rodzinę. Bardzo dziwną i specyficzną rodzinę: Chrisa (Stephen Graham), bardzo wycofaną Kathryn (Andrea Riseborough) oraz ich 10-letniego syna, Jonathana (Kit Rakusen). Czego od niego chcą? Dlaczego akurat on? I kim są ci ludzie?

Komasa stworzył jeden z najbardziej kameralnych filmów w swoim dorobku, który (poza początkiem i końcem) dzieje się w jednej przestrzeni. Czyli domu gdzieś w okolicach Yorkshire, znajdujący się z dala od świata, cywilizacji. To przejście z bardzo dynamicznego początku (intensywnie zmontowany) do brutalnego wyciszenia oraz konsternacji, która mnoży pytania. Gdzie jesteśmy? Kim są „porywacze”? Czy to seryjni mordercy, psychopaci, szaleńcy? Co ich motywuje? Albo jakim cudem puszczają filmiki Tommy’ego z social mediów na… kineskopowym telewizorze? Oraz dokąd to wszystko zmierza? Reżyser razem ze scenarzystą Bartoszem Bartosikiem ciągle podpuszczają, mieszając tropy oraz gatunki: od psychologicznego thrillera po czarną komedię. Czuć tu mocno inspirację Yorgosem Lanthimosem (choćby niedawna „Bugonia”) czy Stanleyem Kubrickiem (konkretnie „Mechaniczna pomarańcza”), pokazując bardzo ekstremalne próby wytresowania czy wychowania człowieka. By sprowadzić go na „jasną stronę życia” oraz pokazać jego miałką, płytką egzystencję. Tylko czy to zadziała?

Ale im dalej w las, tym bardziej ta relacja staje się coraz bardziej toksyczna, oparta na pełnej kontroli oraz – co nie widać na pierwszy rzut oka – okrucieństwie. Rodzina niby wydaje się normalna, bardzo opanowana, unikająca przekleństw i wyzwisk, jednak czuć w tym pewien fałsz. Widać, że ci ludzie są naznaczeni przez jakąś tragedię, która nie została przepracowana. Ale nigdy nie poznajemy ich przeszłości, co dla wielu może być frustrujące. Cały czas film trzyma w napięciu, ciągle myląc tropy i prowokując do myślenia. A wszystko sprowadza się do mocnego, szokującego finału.

A to wszystko jest fantastycznie zagrane. Na pierwszy plan wysuwa się Anson Boon w roli Tommy’ego, który jest pełen agresji, przemocy oraz wściekłości. Początkowo chce się go omijać szerokim łukiem, jednak z czasem zaczynamy widzieć odkrywane nowe emocje. Ale na ile to prawdziwa przemiana, a na ile tylko sposób na ucieczkę? Sprytnie tu lawiruje, dość łatwo budząc sympatię, nawet jeśli nie akceptujemy jego zachowania. Jednak najlepiej prezentują się Stephen Graham oraz Andrea Riseborough w roli rodziców. On – bardzo opanowany, z tupecikiem na głowie, sprawiający wrażenie empatycznego, ciepłego człowieka (szczególnie w relacji z synem), jednak w sytuacji zagrożenia nie zawaha się przed przemocą. Ona – strasznie blada, wręcz nieobecna niczym duch, rzadko się odzywająca. Widać, że skrywa się za tym pewien nieopisany ból. Dwoje razem tworzą niezapomniany duet, który zostanie na długo po seansie. Jest jeszcze niezawodny młody Kit Rakusen oraz świetna Monika Frajczyk w roli sprzątaczki Reni, która dopełnia całości.

Że „Dobry chłopiec” będzie lepszym anglojęzycznym filmem Komasy od „Rocznicy”, to podejrzewałem. Jednak jakość wykonania przeszła moje największe oczekiwania. Precyzyjna reżyseria i scenariusz, świetne zdjęcia oraz kapitalne aktorstwo czynią tą produkcję jedną z bardziej prowokujących, inteligentnych opowieści o przemocy, rodzinie oraz kreowaniu tożsamości.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski