Dwa lata minęły od premiery „Anarchii”, czyli drugiej części „Nocy oczyszczenia” – produkowanego przez Blumhouse Jasona Bluma i Platinum Dunem Michaela Baya mieszanka krwawego thrillera/horroru z polityczno-społecznym zacięciem w sosie eksploatacji. Seria Jamesa DeMonaco była zbyt dochodowa, by ją urwać. Dlatego w 2016 roku powstał „Czas wyboru” – moim zdaniem najlepsza część serii.

Tym razem po przedmieściach i Los Angeles trafiamy do Waszyngtonu. Pamiętacie naszego małomównego twardziela o twarzy Franka Grillo, który szykował się na akcję? Teraz został szefem ochrony senator Charlie Roan (Elizabeth Mitchell), przygotowująca się do wyborów prezydenckich. Problem w tym, że jednym z najważniejszych manifestów jej programu jest zniesienie corocznej Nocy Oczyszczenia. Obecnemu rządowi (Nowi Ojcowie Założyciele Ameryki) jest to bardzo nie na rękę i postanawiają w ramach tegorocznej celebracji mordu oraz zezwierzęcenia swoich rodaków usunąć immunitet chroniący ich przez atakiem. Dla byłego sierżanta Leo będzie to duże wyzwanie.

Z jednej strony „Czas wyboru” kontynuuje sposób przedstawiania świata z poprzedniej części, czyli jesteśmy na ulicach miasta i w towarzystwie garstki postaci. Bo poza panią senator oraz kozakiem Leo, co jest przygotowany na wszystko (włącznie ze stworzeniem bomby w… laptopie) mamy właściciela sklepu z delikatesami (Mykelti Williamson, czyli Bubba z „Forresta Gumpa”), jego meksykański pracownik (J.J. Soria) i pracownica pogotowia (Betty Gabriel). Niby są lepiej zarysowani oraz bardziej wyraziści od poprzedników, ale to para głównych bohaterów skupia naszą uwagę. Ale z drugiej tu już idziemy w bardziej polityczne rewiry i szczyty władzy. Jasne, jest to uproszczone i służy za pretekst do pokazania krwawej rozwałki (oraz drobnych mikroscenek w tle), ale działa efektywnie, nawet jeśli podchodzi do wszystkiego zbyt poważnie. Choć chciałoby się rozwinąć niektóre pomysły jak choćby przybycie zagranicznych turystów specjalnie na Noc Oczyszczenia czy działań ruchu oporu, ale nie można mieć wszystkiego. A wszystko spina się w ekscytującym i krwistym finale, bo nic tak nie podnosi jakości filmu jak strzelanina w kościele.

Aktorsko jest po prostu solidnie, a postacie są na tyle ciekawe, by chciało się za nimi podążać. Frank Grillo nadal się sprawdza w roli Leo, czyli człowieka skromnego w słowach, ale skutecznego w czynach. Partnerująca mu Elisabeth Mitchell w roli idealistycznej senator jest zaskakująco solidna i nie jest ani nieporadną czy pierdołowatą damą w opałach. Z drugiego planu najbardziej wyróżnia się Williamson jako ten najbardziej przyziemny członek grupy.

Sam nie wierzę, że to mówię, ale „Czas wyboru” to najlepsza część z całej serii. Nadal miesza satyrę społeczną z kinem eksploatacji i krwawą jatką, dając bardziej satysfakcjonującą, ekscytującą rozpierduchę. Ze słodko-gorzkim finałem, godnie zamykającą całość. Niestety, na tym filmowcy cykl się nie skończył, lecz to temat na inną opowieść.
7/10
Radosław Ostrowski


































