Noc oczyszczenia: Czas wyboru

Dwa lata minęły od premiery „Anarchii”, czyli drugiej części „Nocy oczyszczenia” – produkowanego przez Blumhouse Jasona Bluma i Platinum Dunem Michaela Baya mieszanka krwawego thrillera/horroru z polityczno-społecznym zacięciem w sosie eksploatacji. Seria Jamesa DeMonaco była zbyt dochodowa, by ją urwać. Dlatego w 2016 roku powstał „Czas wyboru” – moim zdaniem najlepsza część serii.

Tym razem po przedmieściach i Los Angeles trafiamy do Waszyngtonu. Pamiętacie naszego małomównego twardziela o twarzy Franka Grillo, który szykował się na akcję? Teraz został szefem ochrony senator Charlie Roan (Elizabeth Mitchell), przygotowująca się do wyborów prezydenckich. Problem w tym, że jednym z najważniejszych manifestów jej programu jest zniesienie corocznej Nocy Oczyszczenia. Obecnemu rządowi (Nowi Ojcowie Założyciele Ameryki) jest to bardzo nie na rękę i postanawiają w ramach tegorocznej celebracji mordu oraz zezwierzęcenia swoich rodaków usunąć immunitet chroniący ich przez atakiem. Dla byłego sierżanta Leo będzie to duże wyzwanie.

Z jednej strony „Czas wyboru” kontynuuje sposób przedstawiania świata z poprzedniej części, czyli jesteśmy na ulicach miasta i w towarzystwie garstki postaci. Bo poza panią senator oraz kozakiem Leo, co jest przygotowany na wszystko (włącznie ze stworzeniem bomby w… laptopie) mamy właściciela sklepu z delikatesami (Mykelti Williamson, czyli Bubba z „Forresta Gumpa”), jego meksykański pracownik (J.J. Soria) i pracownica pogotowia (Betty Gabriel). Niby są lepiej zarysowani oraz bardziej wyraziści od poprzedników, ale to para głównych bohaterów skupia naszą uwagę. Ale z drugiej tu już idziemy w bardziej polityczne rewiry i szczyty władzy. Jasne, jest to uproszczone i służy za pretekst do pokazania krwawej rozwałki (oraz drobnych mikroscenek w tle), ale działa efektywnie, nawet jeśli podchodzi do wszystkiego zbyt poważnie. Choć chciałoby się rozwinąć niektóre pomysły jak choćby przybycie zagranicznych turystów specjalnie na Noc Oczyszczenia czy działań ruchu oporu, ale nie można mieć wszystkiego. A wszystko spina się w ekscytującym i krwistym finale, bo nic tak nie podnosi jakości filmu jak strzelanina w kościele.

Aktorsko jest po prostu solidnie, a postacie są na tyle ciekawe, by chciało się za nimi podążać. Frank Grillo nadal się sprawdza w roli Leo, czyli człowieka skromnego w słowach, ale skutecznego w czynach. Partnerująca mu Elisabeth Mitchell w roli idealistycznej senator jest zaskakująco solidna i nie jest ani nieporadną czy pierdołowatą damą w opałach. Z drugiego planu najbardziej wyróżnia się Williamson jako ten najbardziej przyziemny członek grupy.

Sam nie wierzę, że to mówię, ale „Czas wyboru” to najlepsza część z całej serii. Nadal miesza satyrę społeczną z kinem eksploatacji i krwawą jatką, dając bardziej satysfakcjonującą, ekscytującą rozpierduchę. Ze słodko-gorzkim finałem, godnie zamykającą całość. Niestety, na tym filmowcy cykl się nie skończył, lecz to temat na inną opowieść.

7/10

Radosław Ostrowski

Noc oczyszczenia: Anarchia

Niskobudżetowa „Noc oczyszczenia”, choć nie została zbyt pozytywnie odebrana przez krytykę i widownię zarobiła kupę siana. Wielką kupę siana, by zaledwie rok później stworzyć sequel na troszkę większym budżecie, tym razem wychodząc na zewnątrz. Więc powinno być lepiej, prawda?

„Noc oczyszczenia: Anarchia” dzieje się rok po wydarzeniach z poprzedniej części, gdzie trafiamy do Los Angeles. Niby kraj wydaje się być rajem, bo biedota i bezrobocie jest bardzo niskie, ale czy aby na pewno? I od 6 lat raz w roku odbywa się Noc Oczyszczenia, gdzie przez 12 godzin można bezkarnie zabijać. Podczas tej nocy splotą się losy grupki nieznajomych: kelnerki Evy (Carmen Ejogo) i jej córki Cali (Zoe Soul), przechodzącej kryzys parki Shane (Zach Gilford) z Liz (Kiele Sanchez) oraz tajemniczego nieznajomego (Frank Grillo), który uzbrojony po zęby wyrusza w miasto.

Sequel nie jest już stricte horrorem czy thrillerem, tylko bardziej skręca ku kinu akcji. Reżyser James DeMonaco pokazuje całe to święto z o wiele większą masą porąbanych rzeczy, choć jest to bardziej czarno-białe. Tutaj głównie biedota jest atakowana albo przez pojedynczych psycholi, grupę psycholi, albo uzbrojonych po zęby (niczym jakaś paramilitarna jednostka) grupa wojskowych kierowanych przez Big Daddy’ego. W ruch idą strzelby, miotacze ognia, spawarki do niszczenia metalowych drzwi, pistolety, a nawet noktowizory. Udaje się coraz bardziej kolejne formy zabawy dla bogaczy: od propozycji wzięcia „ofiary” za pieniądze przez wożących na polowania łapaczy w lodziarni. Jest też jeszcze ruch oporu (oczywiście), który sprzeciwia się Czystce i walczy za pomocą przebijających się filmików oraz – o wiele skuteczniej – argumentów w postaci kałasznikowa.

Tempo jest o wiele żwawsze, krew się leje wiadrami, dialogi są dość „oszczędne” i niezbyt skomplikowane, a postacie niezbyt głęboko zarysowane. Czuć tutaj inspiracje filmami Johna Carpentera („Ucieczka z Nowego Jorku”) czy Waltera Hilla („Wojownicy”), co samo w sobie jest dobrym punktem wyjścia. Aktorzy grają nieźle, choć najbardziej wybija się Frank Grillo w roli tajemniczego, małomównego twardziela, który staje się liderem grupy. Po tym filmie wielu zaczęło widzieć tego aktora jako potencjalnego Punishera i rozumiem dlaczego.

„Anarchia” rozwija i poszerza świat „Nocy Oczyszczenia”, jednocześnie poprawiając sporo błędów poprzednika. Choć nadal pojawiają się idiotyczne zachowania (bezdomni wbiegający wprost pod miotacze ognia), to koncepcja pozostaje ciągle intrygująca, dostarczając przyzwoitej rozrywki.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Noc oczyszczenia

Było wiele przykładów filmów z obiecującym, a nawet bardzo ciekawym pomysłem, ale kompletnie nieumiejętnie go wykorzystuje. Najczęściej (choć nie zawsze) dotyczy to niskobudżetowych filmów grozy. A jednym z najjaskrawszych przypadków jest powstała w 2013 roku „Noc oczyszczenia”, którego światotwórstwo oraz koncept są o wiele ciekawsze niż miało prawo to być.

Akcja toczy się w nieodległej przyszłości, gdzie w USA od lat funkcjonuje tzw. Czystka. Polega ona na tym, że raz w roku przez jedną noc (od 7 wieczorem do 7 rano) wszelka przemoc jest dozwolona. Są jednak pewne zasady dotyczące broni oraz osób, których mordować nie należy, więc lepiej odbyć taką noc we własnym domu. Po części dzięki temu Ameryka się gospodarczo rozwija, choć nie wszyscy są fanami tego systemu. Bo ofiarami – najczęściej – są ludzie z niższych sfer społecznych, którzy nie bardzo mają możliwość bronić się.

Tak trafiamy do marca roku 2022 do bardzo zamożnej rodziny Sandinów. Głowa rodziny, James (Ethan Hawke) zajmuje się sprzedażą systemów ochronnych i zabezpieczeń. Domem zajmuje się jego żona, Mary (Lena Headey). Poza nim w dużej rezydencji jest dwoje dzieci: córka Mary (Adelaide Kane), która randkuje z troszkę starszym chłopakiem oraz bardzo wycofany syn Charlie (Max Burkholder). Niby wszystko wydaje się w familii w porządku, jednak podczas tytułowej nocy ich domostwo zostaje wzięte na celownik oczyszczających. Winnym zamieszania jest najmłodszy syn, który nie jest zbyt wielkim fanem tej krwawej imprezy i wpuszcza do domu rannego zbiega.

Reżyser i scenarzysta James DeMonaco dość szybko (za pomocą nagrań z kamer, radia i telewizji) wrzuca w ten ciekawy świat konserwatywnej, mocno uprzywilejowanej Ameryki, którą poznajemy z perspektywy bogatych domostw. I tu było spore pole do popisu, które mogłoby dać „Dniu oczyszczenia” szerszego kontekstu. To mógł być komentarz wobec kapitalizowaniu kontrolowanej przez państwo dzikiej, czystej, niepohamowanej przemocy albo wykorzystywania haseł konserwatywnych do eliminowania „słabszych” albo innych niż my. To mogą być przypadkowi ludzie, znienawidzeni sąsiedzi czy osoby, których nienawidzimy. Ostatecznie jednak dostajemy bardzo klasyczny home invasion, czyli grupa młodocianych włamuje się do domostwa. Samo w sobie nie jest to jakąś poważną wadą, tylko zachowanie bohaterów jest dość… dyskusyjne. Mary non stop panikuje, rodzinka zamiast trzymać się blisko ciągle się rozdziela, łazi, szukają się nawzajem. Jedynie głowa rodziny radzi sobie z eliminowaniem nieproszonych gości. A kiedy dochodzi już do ataku (czyli w zasadzie ostatnie pół godziny), nagle zaczyna robić się troszkę ciekawiej, akcja robi się krwawsza, by zakończyć niezłym finałem.

Całkiem niezła obsada nie bardzo ma co robić (poza demonicznym w swojej uprzejmości Rhysem Wakefieldem jako głównym antagonistą), technicznie jest poprawnie, ale czuć tu mocno ograniczony budżet. Przez większość czasu jednak zbyt wolno się rozkręca, a tło i wizja świata jest o wiele ciekawsza niż sama historia.

4/10

Radosław Ostrowski

3000 metrów nad ziemią

Był taki czas, kiedy Mel Gibson znajdował się na szczycie kariery, zarówno aktorskiej i reżyserskiej. Ale pod koniec pierwszej dekady XXI wieku wszystko zaczęło się wykolejać. Antysemickie wypowiedzi, oskarżenia o przemoc domową – to nie jest coś, co przekonuje wielkich bonzo z Hollywood. W 2016 roku po nakręceniu wojennej „Przełęczy ocalonych” i nominacji do Oscara za reżyserię wydawało się, że Australijczyk wraca do łask. Tak się jednak nie stało i nadal aktorsko krąży w kierunku niskobudżetowych filmów klasy B, a nawet jeszcze niższych. A na nową reżyserską produkcję Gibsona trzeba było czekać prawie 10 lat. Ta zaś przepadła w kinach niemal bez echa. Czy była aż tak zła?

Punkt wyjścia „3000 metrów nad ziemią” jest prosty, wręcz banalny. Mamy agentkę federalną U.S. Marshall Madolyn Harris (Michelle Dockery), która schwytała ukrywającego się Winstona (Topher Grace). Ten zgadza się zeznawać przeciwko gangsterowi, któremu liczył kasę w zamian za łagodniejszą odsiadkę. Plan jest taki, aby z Alaski dolecieć na lotnisko niezbyt rzucającym się w oczy samolotem, trzymając się z dala od wszystkich. Poza naszą parką (z czego świadek jest zakuty w kajdanki) leci sprawiający wrażenie rednecka pilot Daryl (Mark Wahlberg). Jednak lot przez góry nie będzie należał do łatwych.

Patrząc na ten film aż ciężko uwierzyć, że reżyserował to Mel Gibson. Australijczyk bardziej znany jest z epickich blockbusterów pokroju „Braveheart” czy „Apocalypto”, więc taki kameralny thriller w powietrzu był dość zaskakującym wyborem. Samo zawiązanie akcji jest sprawne i szybko zrobione, wygląda to nawet nieźle. Ale w momencie lotu w powietrzu (choć nie od razu) zaczynają dziać się problemy. Gibson próbuje balansować napięcie humorystycznymi akcentami, co wychodzi dość różnie: od sucharów Winstona przez seksualne podteksty złola (bo tak, nasz pilot okazuje się mafijnym cynglem, który ma zlikwidować zbiega) po – najlepsze w filmie – rozmowy przez telefon z pilotem Hassanem, próbującym pomóc naszej agentce w prowadzeniu samolotu. Przy okazji próbując też podrywać protagonistkę, co ma pewien urok. Ale wszystko w dół ciągnie przewidywalność oraz sam główny zły. Wahlberg jest mocno przerysowany i nawet (nad)ekspresyjny, stając się najjaśniejszym punktem obsady. Tylko, że jego plan oraz sposób egzekwowania czyni z niego kompletnego idiotę (nawet słabo ukrywa ślady krwi na ciele, czyniąc go podejrzanym), to jeszcze jest dość niezdarny. Ma szczęście i troszkę mu się udaje, bo pozostała dwójka również nie grzeszy inteligencją. I ja wiem, że próba pilotowania samolotu bez doświadczenia jest ważniejszą sprawą, jednak bez obserwowania złego gościa chcącego cię zabić (nawet jeśli jest przykuty kajdankami oraz porażony paralizatorem), nie należy do najlepszych pomysłów. Napięcia i emocji tyle, co podczas obrad Sejmu.

A fakt, że wszystkie sceny w samolocie – poza pokazaniem widoczków i samej maszynki w tle – są kręcone na green screenie, co jest widoczne. Zaś aktorzy dwoją się, troją w celu wykrzesania czegokolwiek, ale efekt jest nierówny. Grace próbuje robić za śmieszka, ale to nie działa, a próba dania głębi nie wychodzi; Wahlberg szaleje i nawet ze swoimi oczami potrafi dać frajdę; zaś Dockery radzi sobie nieźle jako BARDZO poważna agentka po przejściach. Zupełnie jakby każde z nich gra w trzech osobnych filmach. Reszta to w zasadzie głosy, które… są i nie przeszkadzają.

Niby można byłoby obejrzeć tą powietrzną wersję „Speed”, tylko całość jest kompletnie pozbawiona własnego charakteru i bardziej pasowałaby do wypożyczalni VHS albo gdzieś w otchłaniach platform streamingowych. Pozbawiona emocji i napięcia (co w thrillerze jest zbrodnią), nudna, strasznie tania i nieoryginalna produkcja, na którą nikt by nie zwrócił uwagi, gdyby nie nazwiska. Z tego lotu chce się jak najszybciej uciec.

4/10

Radosław Ostrowski

Hot Spot

Agnieszka Smoczyńska to jedna z najbardziej wyrazistych reżyserek polskiego kina XXI wieku, która zawsze idzie własną drogą. Mieszała horror z musicalem w debiutanckich „Córkach dancingu”, ruszała ku thrillerowi psychologicznemu w „Fudze” oraz próbowała pójść na europejski rynek w „The Silent Twins” o toksycznej więzi sióstr bliźniaczek. W swoim najnowszym filmie postanowiła sięgnąć po SF, z bardziej międzynarodową obsadą. Efekt jak zwykle spolaryzował wszystkich, ale…

„Hot Spot” osadzony jest w dalekiej przyszłości, która wygląda jak postapokaliptyczna pustynia, pozbawiona surowców. Rządy upadły, a światem kieruje sztuczna inteligencja zwana Głową, do której ocalała ludzkość jest podłączona. Poza podłączeniem trzeba jeszcze popijać udostępnianą wodę oraz zjadać specjalne żelki. Wszyscy nie podłączeni są trzymani poza światem w Ośrodku dla Uchodźców. I to właśnie tam zostaje wysłany detektyw Dżony 623 (Andrzej Konopka) w sprawie makabrycznego morderstwa. Przy okazji jeszcze są niszczone serwery Głowy, o co podejrzewana jest cyberwiedźma. Czy jest nią tajemnicza Rana (Noomi Rapace)?

Smoczyńska razem ze scenarzystą Robertem Bolesto dość szybko wprowadzają nas w ten świat, choć pozostaje on bardzo skromny i kameralny. Niby zaczynamy jak kryminał, przy okazji pokazując wyniszczony krajobraz (w zasadzie martwy las, brak zieleni, dziwne zmutowane robactwo jako zwierzęta domowe) oraz zcybernetyzowane społeczeństwo. Ale samych technologicznych bajerów tutaj nie zobaczymy (poza wchodzeniem do ciał innych) oraz sugestii dźwiękowych. Intryga wydaje się rozwiązana dość szybko i w zasadzie (poza trzecim aktem) nie wracamy do tej tajemnicy. Reszta to próbujący rozszerzyć ten świat zapchajdziury, które… nie do końca mnie przekonywały.

Dużo jest tu skupienia na relacji rodzinnej Dżonego z żoną Ayką (Reika Kirishima), która – mówiąc delikatnie – nie jest fanką zastanego nowego porządku i posiada niezwykle silny śpiew oraz ich syna Zena. Problem w tym, że dostajemy masę scenek nie za mocno powiązanych ze sobą: dziwaczne przebitki na Ranę, gdzie „hakuje” do głowy; telepatyczne rozmowy; koncert Ayki (najbardziej psychodeliczny moment filmu z nakładającymi się głowami i slow-motion); Dżony zmieniający się w… tygrysa; telepatyczne oglądanie egzekucji. Zupełnie jakby twórcy mieli fajne pomysły na pojedyncze scenki, lecz brakowało jakiegoś mocnego spoiwa. Nawet eksplodujące głowy nie są w stanie uczynić całości interesującej. Jeśli jeszcze dodamy dialogi, udające głębię i brzmiące jak pseudofilozoficzne pierdolenie, dostajemy ciężkostrawną mieszankę. Tutaj nawet uzdolnieni aktorzy nie mają za bardzo co grać i są zmarnowani, zaś Andrzej Konopka ze swoją angielszczyzną brzmi nie za dobrze.

Więc co tutaj na plus? Bardzo pokręcone kostiumy (nie tylko Dżonego), bardzo elektroniczna muzyka w tle oraz świetne zdjęcia. Same lokacje (całość kręcono w Grecji) także pomagają zbudować klimat, choć przez większość czasu spędzamy poza miastem. Ośrodek dla Uchodźców, mieszkanie Dżonego czy pozbawiony roślinności wymierający las nocą zostaje w pamięci. Jednak problem w tym, że sama stylówa nie jest w stanie zamaskować braku fabuły oraz kompletnego bałaganu. Po wyjściu z kina nie mogę zrozumieć, o co tu do jasnej cholery chodziło. Absolutnie najgorszy film w dorobku Smoczyńskiej – bez dwóch zdań.

3/10

Radosław Ostrowski

Hush

Chyba obecnie żaden reżyser kina grozy nie miał tak rozpędzonej oraz interesującej kariery jak Mike Flanagan. Choć ostatnio tworzy mini-seriale dla platform streamingowych (głównie dla Netflixa, ale parę tygodni temu pojawiła się „Carrie” dla Prime Video), to także filmy tworzył co najmniej intrygujące. Nawet jeśli opierają się na znajomych motywach (nawiedzone lustro w „Oculus” czy temat fanatyzmu religijnego w „Nocnej mszy”), było odświeżające. Nie inaczej jest w przypadku powstałego 10 lat temu „Hush”.

Punkt wyjścia jest bardzo prosty i nieskomplikowany: jesteśmy w domu mieszkającej gdzieś z dala od cywilizacji Maddie Young (Kate Siegel). Kobieta jest pisarką, żyje samotnie (poza kotką o jakże niezwykłym imieniu… Zdzira) i… jest głuchoniema. Obecnie pracuje nad kolejną powieścią, jednak ma problem z zakończeniem. Co jeszcze może się wydarzyć? Otóż nocą w okolicy krąży tajemniczy mężczyzna w masce i z kuszą (John Gallagher Jr.), który bierze Maddie na celownik. Zaczyna się gra w kotka i myszkę.

Flanagan w zasadzie robi nieskomplikowany thriller z podgatunku home invasion. Czyli jesteśmy w całkowicie zamkniętej przestrzeni (choć dom jest dość spory), na zewnątrz czai się zabójca, zaś nasza bohaterka wydaje się na przegranej pozycji. Bo jak kobieta pozbawiona słuchu i mowy może mieć szansę? Przeciwnik jest o wiele silniejszy fizycznie, dość szybko orientuje się w słabości Maddie i wykorzystuje na swoją korzyść (niezauważenie kradnie jej komórkę i robi jej zdjęcia). A reżyser opowiada tą prostą opowiastkę w taki sposób, że ciągle trzyma w napięciu. Wiele razy pokazuje sytuację z perspektywy protagonistki, gdzie zamiast dźwięku słyszymy szum, co jeszcze bardziej potęguje poczucie osaczenia i niepewności.

By jeszcze bardziej podbić klimat, reżyser wszystko utrzymuje w mroku tak ciężkim i gęstym, że można kroić nożem. Jak jeszcze dodamy bardzo podkręcony dźwięk (choćby przy scenie przygotowania kolacji) oraz nagłe ataki przemocy, dostajemy mocny dreszczowiec. Zwłaszcza trzeci akt jest bardzo intensywny, wręcz niepokojący i trzyma za gardło. A wszystko to jest zasługą świetnych głównych ról. Kate Siegel (także współscenarzystka filmu) jest rewelacyjna w roli Maddie, gdzie wszelkie emocje (ból, strach, wściekłość) pokazuje mową ciała oraz mimiką. Mieszanka lęku, sprytu i desperacji działa efektywnie. W kontrze do niej stoi świetny Gallagher Jr., będący chłodnym, opanowanym i enigmatycznym zabójcą, próbującym korzystać z każdej możliwej okazji. Przez co ta konfrontacja jest o wiele ciekawsza, bo mamy dwójkę inteligentnych ludzi.

„Hush” jest kolejnym przykładem prostego pomysłu zrobionego z małym budżetem oraz silną konsekwencją reżyserką. Pozornie ograna i znajoma, jednak Flanagan jest na tyle sprytny, by wnieść wiele świeżości.

8/10

Radosław Ostrowski

Primetime

Czy potrzebujemy kolejnych filmów o telewizji? Dzisiaj mało kto ogląda to duże pudełko (chyba że filmy i seriale z platform streamingowych czy podpiętych komputerów/konsol, by grać), zaś wiele krytycznych portretów mediów powstało na tyle dużo, że temat wydaje się maksymalnie wyeksploatowany. Ale czy aby na pewno? Na to próbuje odpowiedzieć nowe dzieło ze studia A24, czyli „Primetime”.

Historia skupia się wokół Chrisa Hansena (Robert Pattinson), dziennikarza stacji NBC. Razem z producentką Andie Bender (Merritt Wever) tworzy program „To Catch a Predator”, gdzie zastawia pułapkę na pedofilów. W czym pomaga mu komputerowiec Xavier von Erich (Matthew Maher) oraz pełniąca rolę przynęty Del (piosenkarka Phoebe Bridgers). Stacja chce umieścić program podczas prime time’u (czyli podczas najwyższej oglądalności), by konkurować z serialem „Zagubieni”. Jednak aby to zrobić trzeba znaleźć prawdziwego „wieloryba”, czyli oprawcę z wyższych sfer. W tym samym czasie do programu dołącza aspirujący młody aktor Dan Plum (Skyler Gisondo), który zostaje nowym „wabikiem”.

Za kamerą stanął uznany dokumentalista Lance Oppenheim, dla którego jest to debiut fabularny. Film próbuje być trochę biografią, trochę thrillerem, trochę dramatem, ale nie sprawdza się w żadnym z tych. Twórcy bardziej skupiają się na pokazaniu realizacji tego programu, zaś wizualnie mocno przypomina telewizję z początku lat 2000. (ziarno na ekranie, mocne kolory, sceny z kilku kamer). Jak przygotowywane są podwaliny pod potencjalnych zboczeńców – choć czy naprawdę nimi byli to sprawa dyskusyjna – oraz współpracy z policją. Żeby było jasne: pedofile nie są tutaj pokazywani jako ofiary, ale wobec nich stosowana jest prowokacja. A z każdym kolejnym celem jest coraz większa presja, by zdobyć większą oglądalność.

I tutaj zaczynają się schody, bo reżyser sugeruje pewne potencjalne motywy. Jak media w imię sprawiedliwości oraz walki ze złem eksploatują je, jak obsesja Hansena odbija się na jego życiu prywatnym (zaniedbanie żony i dzieci), jak praca w tym programie może wywołać traumę (pierwsze wejście Pluma jako „wabika”, gdzie zwyrol pokazuje swojego wacka) czy to jak taka program staje się stygmatem. Ale Oppenheim tylko podrzuca pojedyncze scenki i ledwo sygnalizuje te wątki, bardziej skupiając się na samym program oraz (w trzecim akcie) polowaniu, które kończy się tragedią. Nawet wątek producentki, która zaczyna być coraz bardziej ignorowana i spychana przez Hansena zostaje w zasadzie szybko rozwiązany. Aczkolwiek ten finał daje pewną satysfakcję, tylko troszkę za późno.

Wszystko działa tylko dzięki aktorstwu, ze szczególnym wskazaniem na dwóch facetów. Absolutnie fantastyczny jest Robert Pattinson (jak on to robi?) w roli Hansena. Aspirujący dziennikarz, przekonany o słuszności swoich działań, ale jednocześnie to manipulator i narcyz (momenty, gdy powtarza fragmenty czatów przed wejściem). Jego życie prywatne jest bałaganem – zaniedbywanie synów i żony, a także ma kochankę – zaś obsesja na punkcie oglądalności doprowadza do katastrofy. Jednak największą niespodzianką był Skylar Golindo w roli młodego aktora Pluma. Naiwny oraz aspirujący chłopak, który ma „grać” 13-latka posiada sporą dawkę uroku (scena przesłuchania), jednak coraz bardziej ta praca zaczyna się na nim naznaczać. Aktor nie odstaje poziomem od Pattinsona czy równie świetnej Merritt Wever, co jest pozytywną niespodzianką.

Tym bardziej szkoda, że „Primetime” jest zmarnowanym potencjałem na film w stylu „Wolnego strzelca”. Oppenheimer zbyt dużo czasu skupia na odtworzeniu atmosfery lat 2000. oraz procesie realizacji programu niż na tym, jakie konsekwencje miał program „To Catch a Predator” na wszystkich ludziach – od widzów po realizatorów.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wszystkie pieniądze świata

Jeśli miałbym opisać Ridleya Scotta i jego dorobek, to najbardziej pasowałyby tu słowa Marcellusa Wallace’a z mojego ulubionego „Pulp Fiction”: W tej branży jest od chuja nierealnie myślących skurwieli, przekonanych, że ich dupa zestarzeje się jak wino. Jeśli myślisz, że skwaśnieje, to dobrze myślisz. Jeśli myślisz, że z wiekiem szlachetnieje – to źle myślisz. Patrząc na większość filmów Brytyjczyka powstałych w ostatnich dwóch dekadach, są one w najlepszym wypadku niezłe („Prometeusz”, „Marsjanin”), w najgorszym to absolutny gnój („Adwokat”, „Napoleon”). Idealny przykład, że ilość nie idzie w jakość. Ale może jednak coś, co przeoczyłem z tego okresu jest warte uwagi? Pora się przekonać, a na pierwszy ogień poszły „Wszystkie pieniądze świata”.

Wszystko zaczęło się w Rzymie roku 1973. Noc jak każda inna, choć początkowo czarno-biała. Auta jeżdżą, ludzie chodzą, jedzą w restauracjach, ktoś tam gra na gitarze, a po ulicach krążą panie udzielające się społecznie. A jednym z tych spacerowiczów jest młody chłopak z długimi włosami, pewnie hipis o jakże dźwięcznym imieniu Paolo (Charlie Plummer). To właśnie on zostaje wywieziony autem oraz porwany. Bandyci pod wodzą niejakiego Pięćdziesiątki (Romain Duris) chcą za młodzika aż 17 milionów dolarów okupu. Tylko skąd matka (Michelle Williams) ma wziąć taką kasę? Z drugiej strony Paolo jest wnukiem najbogatszego człowieka na świecie – Johna Paula Getty’ego (Christopher Plummer), a ten ściąga swojego najlepszego człowieka, Fletchera Chase’a (Mark Wahlberg).

Całość inspirowana jest prawdziwą historią i jest niemal klasycznym thrillerem. Na pierwszy rzut oka to przeskakiwanie od porywaczy i chłopaka do matki oraz aktorskiej wersji Sknerusa McKwacza może wydawać się dezorientujące. Ale Scott potrafi utrzymać całość w ryzach (przez większość czasu), nawet gdy wrzuca krótką retrospekcję o początkach bogactwa Getty’ego. Jeszcze bardziej byłem zaskoczony jak reżyser potrafi podbić napięcie oraz inscenizować sceny akcji (ucieczka przez wywołanie pożaru czy finałowa ucieczka czy wejście Chase’a do siedziby Czerwonych Brygad). Niby są tu pewne oczywiste momenty: rozmowy przez telefon z porywaczami, policyjny podsłuch, negocjacje, szukanie tropów i medialny cyrk ze strony paparazzi. A w środku tego cyklonu pozbawiona majątku matka, niejako zmuszona do konfrontacji z tym całym chaosem, niemal pozbawiona jakiegokolwiek wsparcia. Nawet przydzielony do sprawy Chase początkowo wydaje się być mocno zdystansowany. Do tego jeszcze mamy przyzwoite dialogi, eleganckie zdjęcia Dariusza Wolskiego, świetna scenografię (rezydencja Getty’ego – majstersztyk) oraz solidna muzyka Daniela Pembertona.

Film działa tak mocno dzięki absolutnie dwóm fantastycznym kreacjom. Przede wszystkim tu bryluje Michelle Williams w roli Gail, która lawiruje między bezsilnością, desperacją, uporem aż po pewne przebitki sprytu (akcja z gazetami). Osoba spoza bogatej rodziny, choć media i porywacze uważają inaczej. A wszystkie emocje pokazane są dość oszczędnie, tworząc prawdziwą bombę. Po drugiej stronie spektrum jest Christopher Plummer, który wszedł w buty seniora Getty’ego z łatwością. Pierwotnie tą rolę zagrał ucharakteryzowany Kevin Spacey, jednak na kilka miesięcy przed premierą z powodu oskarżeń o molestowanie seksualne został wycięty. A Getty w jego wykonaniu to przekonaniu o swoim geniuszu bogacz, będący w stanie ciągłego nienasycenia i żądzy kolekcjonowania. Do tego kompletnie zdystansowany emocjonalnie, skupiony na sobie oraz nieugięty w dążeniu do celu. Przez to mocno w cieniu pozostaje Mark Wahlberg w roli negocjatora Chase’a, w zasadzie zbędny. Za to na drugim planie błyszczy zarówno Charlie Plummer (John Paul Getty III, nie będący tylko pozbawioną woli ofiarą) oraz zaskakujący Romain Duris („Pięćdziesiątka”, lider porywaczy – przynajmniej na początku) w bardziej poważnej kreacji.

Czy „Wszystkie pieniądze świata” zmieniają moje zdanie na temat Scotta z początku? I tak, i nie. To zdecydowanie ciekawy, niepozbawiony napięcia oraz szarpnięć thriller ze światem finansjery na pierwszym planie. Bardzo solidna rzecz, technicznie bez zarzutu i świetnym aktorstwem (poza Wahlbergiem) oraz troszkę przewidywalnym przesłaniem.

7/10

Radosław Ostrowski

Old

M. Night Shyamalan – cóż to jest za reżyser, którego kariera jest bardziej wyboista niż kogokolwiek. Od złotego dziecka Hollywood z kasowymi hitami w postaci „Szóstego zmysłu” i „Niezniszczalnego” przez kompletną katastrofę w postaci komedii (niezamierzonej) „Zdarzenie” oraz blockbusterowego „Ostatniego Władcy Wiatru” aż po renesans dzięki „Wizycie” i „Split”. Nie można mu odmówić ambicji oraz intrygujących pomysłów, które nie zawsze mają sens. Nie inaczej jest w przypadku „Old”, który przypomina taniec linoskoczka na ogromnej wysokości, gdzie akrobata nie jest w najlepszej dyspozycji.

Sama historia zaczyna się jakby to był początek nowego sezonu „Białego Lotosu”. Razem z rodziną Cappa trafiamy do wypoczynkowego hotelu gdzieś na egzotycznej wyspie. Familię tworzą rodzice Guy (Gael Garcia Bernal) i Prisca (Vicky Krieps), a także dwójka dzieci Trent i Maddox. Dorośli znajdują się na wyboistej drodze, jednak nic nie chcą powiedzieć rodzicom. Familia zyskuje sympatię kierownika hotelu, który proponuje ekskluzywną pobyt na wyspę znajdującą się w okolicznym rezerwacie. Razem z nimi pojawia się brytyjski lekarz (Rufus Sewell) ze swoją niezbyt lotną żonką (Abbey Lee), pielęgniarz Jarin (Ken Leong) ze swoją żoną Patricią (Nikki Amuka-Bird). Jednak na miejscu znajdują zardzewiałe noże oraz inne przedmioty z hotelu, a plaża okazuje się być pułapką bez wyjścia. Co gorsza, wszyscy przebywający na plaży zaczynają szybciej się starzeć.

Nie czytałem francuskiego komiksu „Sandcastles”, który był materiałem źródłowym dla tego filmu, ale widzę jak mogłoby zaintrygować Shyamalana do realizacji. I muszę przyznać, że „Old” ma – jak zawsze u tego reżysera – bardzo intrygujący początek. Piękne lokacje przykuwają oko, kamera potrafi zrobić kilka dłuższych ujęć, a humor nawet potrafi wywołać uśmiech. Jednak zaczynają pojawiać się pewne problemy, z których ten twórca jest dość znany. Po pierwsze, płaskie oraz jednowymiarowe postacie, które są ledwo zarysowane i dlatego nie obchodził mnie ich los. Fakt, że też wiele postaci nie reaguje na pewne dramatyczne wydarzenia lub zbyt szybko przechodzi nad tym do porządku dziennego też nie pomaga. Po drugie, dialogi albo pełnią rolę ekspozycji – jeden z dzieciaków ciągle pytający każdego o imię i zawód (serio?? nie było lepszego pomysłu na przedstawienie postaci??), albo sprawiają wrażenie napisanych przez dzieciaka. Po trzecie, czuć pewne ograniczenia budżetowe, które nie są zbyt dobrze maskowane. Być może dlatego film ma kategorię wiekową PG-13, przez co potencjalne skręty ku body horrorowi (usuwanie guza raka) wydają się być bez pazura. Jeszcze dziwniejsza jest nie do końca przekonująca charakteryzacja, która powinna pokazać starzenie się postaci. W przypadku dzieci są tutaj zmiany aktorów, którzy mają pokazać doroślejsze wersje z mentalnością 5-6-latka wypada to przekonująco (tu najlepiej wypada Thomasin McKenzie i Alex Wolff), jednak u dorosłych to tak niekoniecznie. Jakby rozumiem, że u nich ten proces przebiega wolniej, ale pod koniec dnia powinni oni wyglądać jak 90-latkowie, a tak nie jest.

Niemniej parę rzeczy Shyalaman robi co najmniej solidnie. Przede wszystkim przekonująco buduje klimat niepokoju oraz aurę tajemnicy. Niby plaża wygląda pięknie oraz oszałamiająco, lecz nie można się z niej wydostać. Każda próba wyjścia kończy się utratą przytomności (co też nieźle nakręcone), a także ciągłe poczucie izolacji. Jednocześnie element nadnaturalny w postaci przyspieszonego starzenia się zaczyna zmieniać dynamikę między postaciami. Wszystko to jednak zepsute jest kompletnie zbędnym wytłumaczeniem, które dla mnie nie miało kompletnie sensu i nie zamierzam go zdradzać. No i jeszcze aktorzy wyciskają, co mogą z tego materiału, czyniąc go troszkę strawniejszym. Poza młodszymi odtwórcami najlepiej prezentują się Gael Garcia Bernal i Vicky Krieps (ich wspólne sceny zwłaszcza bliżej końca wypadają najlepiej) oraz Rufus Sewell jako niepokojący, skrywający mroczną tajemnicę lekarz Charles.

W filmografii Shyamalana „Old” prezentuje się średnio, czyli niewykorzystany potencjał na kolejny intrygujący thriller/horror. Wygląda o wiele dynamiczniej, ma solidną obsadę, jednak cierpi na znajome bolączki scenariuszowe oraz bliżej końca zaczyna tracić napięcie. Przypomina to budowanie zamku na piasku – niby ma mocne fundamenty, ale w konfrontacji z falą morską nie ma szans.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Zabójcy

Pamiętacie jeszcze Wachowskich, zanim stali się siostrami? I jeszcze zanim nakręcili swoje opus magnum w postaci „Matrixa”? Andy i Larry wtedy tworzyli komiksy dla Marvela (głównie oparta na dorobku Clive’a Barkera), a na początku lat 90. zaczęli swoje pierwsze próby jako scenarzyści, sprzedając dwa swoje skrypty dla Warner Bros.: „Brudne pieniądze” (ich debiut reżyserski) oraz „Zabójcy”. Ten drugi trafił na biurko weterana i częstego współpracownika studia Richarda Donnera, ale efekt był bardzo daleki od satysfakcji. Do tego stopnia, że bracia chcieli wycofać swoje nazwiska z filmu przez „mocno przepisany” scenariusz.

Punkt wyjścia jest dość obiecujący, bo mamy do czynienia z rywalizacją dwóch zawodowych cyngli do wynajęcia. Którzy wydają się mieć kontrakty na tą samą fuchę, o czym nie mają pojęcia. Doświadczony Robert Rath (Sylvester Stallone) coraz bardziej myśli o wycofaniu się z interesu, zaś młody i narwany Miguel Bain (Antonio Banderas), który chętnie zostałby najlepszym w swoim fachu. Robert nie potrafi rozgryźć kto za tym stoi, ale następne zlecenia ma być jego ostatnim. Suma: 2 miliony. Cele: duńscy kupcy i próbująca sprzedać im dane hakerka. Problem? Nie wiadomo jak ona wygląda. Drugi problem? Bain też pojawia się na miejscu, co podkręca atmosferę.

Jeśli ktoś spodziewałby się popisów strzeleckich oraz mocno podkręconych scen akcji, to należy szukać gdzie indziej. Donner ewidentnie chciał czegoś bardziej eleganckiego niż ciągłej rzezi oraz masakry, tworząc psychologiczny thriller. Coś, czego raczej fani Sylwka raczej się nie spodziewali. Tempo jest dość powolne i bardziej spokojne, z nagłymi strzałami akcji (gdzie nasi przeciwnicy używają broni z tłumikiem) oraz budowaniem napięcia. Ale problem w tym, że reżyser podejmuje pewne decyzje, które torpedują ten film. Wiele scen akcji jest na granicy przerysowania jak pościg taksówką, szaloną eksplozją w mieszkaniu czy ucieczką z radiowozu po schwytaniu Baina. Aczkolwiek muszę przyznać, że strzelaniny z punktu widzenia Latynosa są bardziej dynamicznie nakręcone, młodzik niemal jest ciągle w ruchu, a z dwoma giwerami w dłoniach wygląda jakby się urwał z kina Johna Woo. Ale próba zrobienia romansu między Rathem a naszym celem o twarzy młodej Julianne Moore kompletnie tu nie działa z powodu braku chemii.

Sama intryga może początkowo intrygować, jednak dalej wydaje się to kompletnie naciągana. Wrzucone są nakręcone w czerni i bieli retrospekcje, które dodają stylu, w tle gra świetna (choć mocno w stylu lat 90.) muzyka Marka Manciny, zaś w ostatnie pół godziny udaje się zbudować napięcie. O idiotycznych zachowaniach postaci (głównie naszej hakerki, która ewidentnie jest aspołeczna) nawet nie chce mówić. A sytuację próbują ratować skontrastowani Stallone i Banderas. Pierwszy jest bardzo wycofany, opanowany oraz odchodzący od wizerunku twardziela, z kolei drugi to chaotyczna, wręcz dzika energia, która wydaje się niepowstrzymana. Julianne Moore prezentuje się nieźle, ale zostaje mocno w cieniu.

Pozornie wszystko wydaje się na miejscu, ale w przypadku „Zabójców” coś nie do końca gra. Technicznie jest porządnie zrobiony oraz zagrany, ale brakuje mu mocniejszego pazura. Aż szkoda, że sami Wachowscy nie spróbowali sami spróbować swoich sił jako reżyserzy i może byłby z tego lepszy film.

6,5/10

Radosław Ostrowski