Bitwa o Iwo Jimę była jedną z najważniejszych potyczek na froncie Pacyfiku podczas II wojny światowej. Była tak ważna, że Clint Eastwood postanowił o niej opowiedzieć w dwóch filmach, pokazując starcie z perspektywy obydwu stron walczących. „Sztandar chwały” jest opowieścią od strony Amerykanów, a dokładnie relacją świadków, z którymi rozmawiał syn jednego z wojaków, sanitariusza Johna Bradleya. Kojarzycie to zdjęcie?

Tak, Bradley był jednym z żołnierzy wnoszących ten sztandar. I to o nich opowiada ten film. A dokładniej mamy tutaj dwa wątki, które przeplatają się ze sobą. Pierwszy to wojenne starcia o japońską wyspę. Te fragmenty mocno przypominają to, co znamy choćby z „Szeregowca Ryana” (brudne, stonowane zdjęcia, ujęcia z ręki nadające niemal reporterski charakter oraz wielki rozmach). To potęguje ponury klimat, jednak niczym nowym tutaj nie zaskakuje. Drugi wątek związany jest z tymi, co wnieśli sztandar na szczyt. Zostali oni wycofani z wojny i wykorzystani przez rząd, by zebrać bony wojenne. Cyniczne działania polityków (cel propagandowy) są tutaj mocno piętnowane oraz stanowią znacznie ciekawszą historię niż wojenne batalie.

Obydwie te opowieści przeplatają się ze sobą, co budzi pewien chaos oraz zgrzyt, przez co nie zawsze działa to tak silnie, jakby tego chcieli twórcy. Nie udało się też uniknąć patosu (końcówka jest naprawdę słaba i bardzo amerykańska), jednak nie wywołuje to aż takich wymiotów, jak wielu by się tego spodziewało. Efekt jednak jest naprawdę dobry i udaje się pokazać wojenny bezsens i absurd wojny (kiedy jeden z wojaków wpada do wody, żaden statek nie zawraca po niego czy przenoszenie kabla telefonicznego na szczyt), a także jej destrukcyjną siłę. Niby to już znamy, ale zawsze warto to przypomnieć.

Eastwood postawił tutaj na młodych aktorów w rolach głównych i rzeczywiście udało się stworzyć mocny skład. Pozytywnie zaskakuje tutaj Ryan Philippe jako sanitariusz Bradley, który niespodziewanie dla siebie zostaje uznany za bohatera, mimo iż wiele razy nie udało mu się uratować kolegów ze szponów śmierci. Także Jesse Bradford (szeregowy Gagnon) bardzo dobrze sobie poradził z rolą bohatera mimo woli (był tak naprawdę gońcem), żyjącego w blasku reflektorów. Ale tak naprawdę błyszczy tutaj Adam Beach (Indianin Ira Hayes), który nie radzi sobie z wojennymi wspomnieniami, topiąc je w alkoholu. W dodatku jako Indianin jest traktowany obco. Poza nimi jest jeszcze solidny drugi plan z Barrym Pepperem (sierżant Mike Strand), Jamie Bellem („Iggy”) czy Paulem Walkerem (Hank).

Eastwood tym razem poszedł na wojnę i parę razy mocno zapunktował. Bywa troszkę patosu (jednak bardziej podszyty cynizmem), ale pokazuje tutaj jak mocną siłą jest tutaj mit. Perspektywa japońska wydaje się jednak ciekawsza, ale Clint poniżej przyzwoitego poziomu nie schodzi.
7/10
Radosław Ostrowski


