Nowy Jork był atakowany przez tajemnicza epidemię, która doprowadzała do zarażenia oraz zgonów dzieci. O pomoc w rozwiązaniu problemu poproszono etymolog dr Susan Tyler oraz Petera Manna z Centrum Kontroli Epidemii. Wskutek eksperymentów genetycznych tworzą Judasza – zmutowanego owada, który ma wykończyć źródło epidemii, czyli karaluchy. Operacja kończy się sukcesem, ale trzy lata później zostają przypadkowo odkryte zmutowane wersje Judaszy w kanałach pod metrem.

Guillermo del Toro kojarzy się przede wszystkim z mrocznym kinem grozy, co widać choćby w największym jego dziele – „Labiryncie Fauna”. Jego pierwszy film nakręcony w USA idzie w stronę rasowego horroru, a pomysł wydaje się dość oczywisty. Wszystko idzie dość oczywistymi tropami – wymykający się spod kontroli eksperyment i grupka ludzi w starciu ze zmutowanymi owadami, które zaczęły imitować ludzi (dwoje jajogłowych, strażnik metra, policjant, pucybut i jego autystyczny syn). Z góry wiadomo kto przeżyje i ta przewidywalność fabuły jest najsłabszym ogniwem. Sposób straszenia też jest staroświeckim sposobem – dźwiękiem, pojawieniem się stwora za plecami, brakiem światła. Mroczne zdjęcia i szybki montaż w scenach eksterminacji to za mało, bo film zwyczajnie nie straszy.

W dodatku całość jest tak poważna, że aż irytuje. Wiadomo, że stawka jest tutaj duża, ale gra aktorska jest jak dla mnie sztuczna i przerysowana – najbardziej wkurzał Charles S. Dutton jako krzyczący, narwany strażnik Leonard, z kolei jajogłowi (Mira Sorvino i Jeremy Northam) są mdli i mało interesujący. Pewną lekkość wnosił tutaj Josh Brolin jako policjant Josh, ale szybko nas opuszcza.

Powiem krótko, del Toro miał lepsze filmy, a „Mutant” zapewnił mu sukces kasowy. Zobaczyć można, ale są lepsze horrory.
5/10
Radosław Ostrowski
