Podły, okrutny, zły

Ted Bundy – na pierwszy rzut oka wydaje się przystojnym, miłym facetem. Taki, co budzi dobre wrażenie, ma dobry kontakt z ludźmi i działa na kobiety. To jakim cudem udało mu się zabić ponad 30 kobiet? Czemu nikt tego nie zauważył? O tym postanowił opowiedzieć Joe Berlinger, tylko poszedł w innym kierunku.

podly okrutny zly1

Chyba każdy mniej więcej słyszał o tym seryjnym mordercy, którego proces był transmitowany w telewizji. Ale reżyser pokazuje całą historię z perspektywy jego dziewczyny, Liz. Poznali się na drinku, a ten dość szybko zadomowił się w jej domu. Dość szybko zbudował więź z dziewczyną oraz jej dzieckiem. Pewnym ryzykownym zabiegiem było nie pokazywanie scen mordu na ekranie. Dla wielu może to być niezrozumiała decyzja, ale rozumiem cel. Było nim zasianie wątpliwości, które mieli wszyscy ci, co oglądali proces w telewizji. Bo czy taki przystojny, inteligentny facet mógł dokonywać takie makabryczne zbrodnie? Zabijać, gwałcić, dusić? Ten myk dodaje sporo świeżości w pokazywaniu seryjnych morderców na ekranie. Bo zazwyczaj mamy albo perspektywę tropiących go śledczych, albo widzimy makabryczne zbrodnie sprawcy. Tu jest zupełnie inaczej, zaś przeskoki między Tedem a Liz dodają bardzo ciekawej perspektywy. Czy to oznacza, że reżyser wybiela postać Bundy’ego? O nie, nie, nie. Same zbrodnie są bardziej opowiedziane (sceny procesu), przez co mogą działać na wyobraźnię bardziej niż pokazanie makabry tuż przed naszymi oczami.

podly okrutny zly2

Reżyser bardzo konsekwentnie prowadzi swój pomysł do końca, pokazując bardzo opanowanego, spokojnego Bundy’ego. Przez co wątpliwości coraz bardziej się nasilają aż do samego finału, gdzie wszystko zostaje wywrócone do góry nogami. I tu poznajemy prawdziwe oblicze naszego bohatera, co dla nie znających sprawy, będzie bardzo szokujące. Spokojnie prowadzone jest to wszystko, a dla wielu problemem może być brak jakiegoś mocniejszego pazura. Czegoś, żeby bardziej walnęło i uderzyło.

podly okrutny zly4

Na mnie największe wrażenie zrobił jednak Zac Efron w roli głównej, co też było sprytnym zabiegiem. Bo przecież ten chłopaczek z idealnym wyglądem nie może dobrze wypaść jako seryjny morderca. Prawda? Ale to kolejna zmyłka, bo aktor absolutnie zaskakuje. Nie popisuje się wściekłym spojrzeniem, jest bardzo opanowany, choć w oczach i twarzy są takie mikrogesty, zmuszające do weryfikacji naszych przekonań. Równie świetna jest Lily Collins jako Liz, dla której miłość do Teda staje się ciężkim balastem. Relacja ta staje się toksyczna i mimo zakończenia tego etapu, on ciągle wraca jak bumerang. Chemia między tą dwójką jest bardzo silna, co dodaje wiarygodności. Choć na drugim planie przewija się masa znajomych twarzy (Jim Parsons, Haley Joel Osment, Kaya Scodelario czy sam James Hetfield z Metalliki), najbardziej wybija się John Malkovich jako sędzia. Z jednej strony sprawia wrażenie wyluzowanego i obracającego sytuację w żart, ale z drugiej zachowuje powagę sytuacji. Jego monolog (scena ogłaszania wyroku) ma w sobie dużo soczystości.

podly okrutny zly3

„Podły, okrutny, zły” odświeża filmowe portrety seryjnych morderców, dzięki oryginalnemu konceptowi oraz fantastycznemu aktorstwu. Dla wielu ta sztuczka może zadziałać odpychająco oraz być niezrozumiała, ale warto dać szansę temu tytułowi. Bardzo porządna robota.

7/10

Radosław Ostrowski

Reklamy

Velvet Buzzsaw

Współczesna sztuka – ja tego gówna nie rozumiem! jak nawijał znany raper Hukos. Ale to w tym świecie toczy się akcja nowego dzieła Dana Gilroya. Świata sztuki nowoczesnej, galerii sztuki, cenionych artystów oraz krytyków, od których słowa zależy ich artystyczne życie lub śmierć. Kimś takim jest krytyk Mort Vanderwalt, bardzo wnikliwy oraz błyskotliwy koleś. Pracuje dla Galerii Haze kierowanej przez Rhodorę Haze, która – jak każde galeria – szuka czegoś dochodowego, bo dobra sztuka jest taka, która przynosi duże pieniądze. Wszystko zmienia się, gdy asystentka znajduje dzieła zmarłego sąsiada, niejakiego Diese’a, który chciał je zniszczyć.

velvet_buzzsaw1

Sam film wydaje się być kombinacją komedii, dramatu i… horroru. Ten ostatni wynika z działań obrazów Diese’a, doprowadzając ludzi mających z nimi styczność do zgonu. Jeśli budzi w was skojarzenie z drugą częścią „Pogromców duchów”, jest to całkiem niezły trop, chociaż nie jest to stricte film grozy. Reżyser chce z jednej strony w bardzo krzywym zwierciadle spojrzenie na świat sztuki współczesnej. To świat bardzo zblazowanych ludzi, którzy używają bardzo wyrafinowanych zwrotów, by wyrazić jakie wrażenie robi konkretne dzieło. No i jeszcze mają dość sporo pieniędzy, podkupowanie, podchody – sztuka stała się kolejnym rodzajem skarbonki. Tylko, że artysta może się napocić, naprodukować i nie przebić się. I tu przewija się drugi wątek, czyli dorobek Diese’a – twórcy, który niejako zaprzedał duszę diabłu, by realizować wielkie dzieła (pamiętacie „Portret Doriana Greya”?) i osiągnąć niejako twórczą młodość. Te malowidła są miejscami mroczne, ale i sam materiał, z jakiego wykonano budzi lęk.

velvet_buzzsaw2

Ta dwuwątkowość niejako rozbija cała konstrukcję, bo z jednej strony mamy sporo gadania, miejscami odrobinę złośliwego humoru, satyrycznego spojrzenia. Z drugiej jednak są te sceny żywcem wzięte z horroru, gdzie kontakt z obrazem doprowadza do śmierci: surrealistyczne wydarzenia, poczucie, że malowidło „porusza się”, bardzo niepokojąca muzyka, ograniczone oświetlenie oraz posoka. Te sceny potrafią trzymać w napięciu, są niejako celebrowane przez reżysera i niektóre potrafią uderzyć (asystentka „otoczona” przez farbę z obrazów – wow). Tylko, że wnioski wyciągane przez „Velvet Buzzsaw” są po prostu mało zaskakujące, wręcz banalnie znajome. Pieniądz rządzi światem, kwestie między sztuką a rynkiem, zaprzedanie się oraz ślepa pogoń za sukcesem, czyli wyścig szczurów w świecie sztuki. I jak się w tym wszystkim odnaleźć.

velvet_buzzsaw3

Całość ogląda się nawet dobrze, co jest zasługą nie tylko niezłej realizacji, co bardzo dobrego aktorstwa. Absolutnie błyszczą Jake Gyllenhaal oraz Rene Russo. Ten pierwszy wydaje się błyskotliwym, inteligentnym krytykiem. Początkowo wręcz wyluzowany, z okularami ukrywającymi oczy oraz niemal rozedrganymi rękoma, coraz bardziej zaczyna wariować (świetna scena podczas instalacji odtwarzającej dźwięki) i dociera do przerażającej prawdy. Z kolei Russo jako femme fatale oraz kapitalistyczna lwica sprawdza się absolutnie świetnie, magnetyzując za każdym razem. Bardzo intrygująca postać. Z drugiego planu najbardziej wybija Zawe Ashton w roli Josephine, próbującej się wybić asystentki Haze. Niby piękna oraz apetyczna, ale powoli zmieniająca się w bezwzględną harpię i to przeraża. Troszkę nie do końca wykorzystano potencjał Johna Malkovicha (wycofany artysta Piers) oraz Natalie Dyer (Coco, która ma za zadanie tylko krzyczeć po znalezieniu kolejnych zwłok – troszkę słabo).

Ciężko mi ocenić „Velvet Buzzsaw”, bo Gilroy chce oczarować jak dzieła sztuki nowoczesnej i zachwycić formą, tylko że wszystko wydaje się tak banalne, nudne, nieciekawe. Owszem, momenty budujące poczucie zagrożenia są pokazane bezbłędnie, lecz cała reszta zwyczajnie niezbyt angażuje. A był potencjał na coś więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Cicha noc

Im bliżej grudnia, czym częściej ma się ochotę na filmy bożonarodzeniowe. Swoją świąteczną opowieść trzy lata temu zaprezentował Jonathan Levine, lecz do polskich kin „Cicha noc” nie trafiła. Ale sama historia nie jest skomplikowana: mamy paczkę trzech kumpli, z czego jeden z nich stracił rodziców w Święta. Ethan (niespełniony muzyk), Isaac (prawnik, mąż i ojciec) oraz Chris (popularny sportowiec) przez 13 lat spędzają wspólnie ten okres, ale te Święta mają być tymi ostatnim spędzonymi razem. a celem ma być legendarny Bal u Dziadka do Orzechów.

cicha_noc_20151

Z założenia film jest dość lekką, miejscami głupawą komedią, gdzie humor miejscami jest naprawdę po bandzie, przypominając inne komedie dla dorosłych. Bo nasi herosi chcą ostatni raz zaszaleć, zajarać dragi i może jeszcze zaliczyć jakąś laskę. Każdy z panów jest innego wyznania, co potrafi wywołać ostre żarty (scena w kościele), ale ma pewne swoje lęki i demony do pokonania: obawy przed odpowiedzialnością, utrata najbliższych, wielka sława oraz akceptacja nowych znajomych. Oraz jedna kwestia – jak powinna funkcjonować przyjaźń. Czy w ogóle jest możliwe jej utrzymanie, mimo obowiązków, znajomych i rodziny. I to pytanie pada między kolejnymi (grubymi) żartami oraz wydarzeniami. Czy to jest komedia a’la „Kac Vegas”? Nie jest aż tak szalona, choć jest kilka rozbrajających scen (wspólne śpiewanie „Christmas in Hollies”, prosty gag z zamianą telefonów czy początek czytany przez…. Tego wam nie powiem, w finale się wyjaśnia).

cicha_noc_20152

Levine zgrabnie balansuje między wątkami oraz postaciami, mimo że w pewnym momencie postacie się odłączają. Są pewne odniesienia do „Opowieści wigilijnej” (dragi przywołujące wspomnienia albo pokazujące przyszłość), niemal beztroska zabawa oraz miejscami mocno oniryczne sceny w postaci wejścia na imprezę czy finału. No i jeszcze lekkie narkotyczne schizy Isaaca, który samą obecnością potrafi rozbroić, stanowiące spore źródło humoru.

cicha_noc_20153

Udaje się też zebrać naprawdę świetną obsadę. Jest świetna chemia między triem naszych protagonistów: troszkę poważniejszy Joseph Gordon-Levitt (Ethan), ciągle zabawny Seth Roger (Isaac) oraz Anthony Mackie (Chris). Cała ta trójka świetnie wygrywa swoje postacie oraz pewne problemy z jakimi muszą się zmierzyć. Wszystko jest jasno wyklarowane, więzi są silnie zarysowane i wiarygodne. Ale drugi plan kradnie tutaj Michael Shannon jako tajemniczy pan Green – niby zwykły diler, ale okazuje się kimś więcej, pełnym mądrości gościem. A jednocześnie jest bardzo powściągliwie zagrana postać. Są też niezłe panie (najbardziej wybija się Lizzy Caplan oraz Mandy Keating), będące pewną wisienkę na torcie.

„Cicha noc” to dla mnie ostatni udany film Levine’a, potrafiący rozbawić i zmusić do refleksji. Miejscami balansuje na granicy smaku (zdjęcia z penisami), przez co bywa wręcz wywrotowy, jednak to wszystko nie przekracza poczucia dobrego smaku. Czysta, miejscami szalona akcja.

7/10

Radosław Ostrowski

Ciche miejsce

Wyobraźcie sobie świat, w którym ludzkość rozpadła się, a świat opanowały paskudne i nieprzyjemne monstra. Są nie do zabicia, wojsko nie daje radę, jednak to wszystko poznajemy z perspektywy pewnej rodziny i to od 89 dnia po całym tym zamieszaniu. Rodzina (w tym głuchoniema córka) obecnie przebywa w opuszczonym domostwie gdzieś na wsi. Tylko, że wkrótce do tej ma dołączyć kolejny członek, co podkręca niepokój.

ciche_miejsce1

Kolejny przykład kina zrobionego przez aktora, jednak tutaj mamy do czynienia z kinem gatunkowym. Niejaki John Krasinski, którego można kojarzyć z serialu „The Office” tym razem idzie w stronę horror und groza. Ale jak wszyscy wiemy, strach i napięcie można robić na kilka różnych sposobów: od jump scare’ów po bardziej podskórne poczucie zagrożenia, bez pokazywania wszystkiego wprost. Reżyser idzie tutaj gdzieś po środku, bo z jednej strony wszystko jest budowane za pomocą dźwięków. Albowiem bestie są wyczulone na wysokie dźwięki, przez co bohaterowie porozumiewali się za pomocą języka migowego. I to jest jedno z ciekawszych doświadczeń, jakie zdarzają się zbyt rzadko w kinie. Klimatem najbliżej „Cichemu miejscu” do „To przychodzi po zmierzchu”, gdzie jest wiele niedopowiedzeń, które dla wielu mogą być dość problematyczne. Skąd się wzięły te monstra (przypominające zmutowanego Demigorgona), dlaczego bohaterowie mają wodę oraz prąd (chociaż ludzkości praktycznie nie ma), a także kto wpadł na pomysł, że urodzenie dziecka w czasach opanowanych przez szybkie monstra jest dobre. Sama wizja świata, gdzie trzeba stłumić jakiekolwiek emocje i dźwięki (scena gry, gdzie pionki nie wydają dźwięków czy przechodzenie boso na piasku), potrafi dodać wiarygodności.

ciche_miejsce2

„Ciche miejsce” ma konstrukcję klasycznego horroru, gdzie trzeba się ukrywać przed bestiami i powoli poznajemy metody działania naszych bohaterów. Jest parę momentów, gdzie (w szczególności dzieci) nasi bohaterowie nie zachowują się racjonalnie jak choćby na samym początku, lecz reżyser parę razy potrafi przyspieszyć tempo (sam poród, scena w silosie), dając wiele satysfakcji. Wszystko psuje jednak zakończenie, które jest wręcz idiotyczne.

ciche_miejsce3

Krasinski częściowo sytuację ratuje aktorstwem, które – z racji wizji świata – jest bardziej wyciszone, powściągliwe i skupione na mowie ciała. Rodziców zagrali sam reżyser oraz Emily Blunt, między którymi czuć silną chemię, mimo dość rzadkich scen wspólnych. Ale dla mnie całość skradli dzieci – ze szczególnym wskazaniem na Milicent Simmons (dziewczynka naprawdę jest niesłysząca), kradnąca ekran swoją obecnością.

Koncepcja może wydawać się bardzo ciekawa i sam początek daje kopa. Ale im dalej w las, reżyser coraz bardziej zaczyna się potykać, przez co napięcie miejscami potrafi opaść. Przez co nie do końca sprawdza się jako straszak. Na pewno trudno nie odmówić ambicji, lecz czegoś zabrakło.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pierwszy śnieg

Kim jest Harry Hole? (wymowa: Hule). To obok Kurta Wallandera najpopularniejszy bohater skandynawskich kryminałów, które stały się światowymi bestsellerami. W końcu jego śledztwami zainteresowali się hollywoodzcy bossowie i wzięli się za… siódmą część serii, bo była najlepsza. Kiedy poznajemy naszego bohatera, śpi w jakieś barce w parku z dziećmi. W ręku butelka, kac morderca terroryzuje umysł Harry’ego, jego mieszkanie jest pełne grzybów oraz toksycznego ścierwa, a związek z Rakel rozleciał się niczym domek z kart. Hole potrzebuje sprawy, bo inaczej się rozpadnie i… dostaje ją oraz przeniesioną z Wygwizdowa partnerkę. A wszystko zaczyna się od pewnego listu od „wielbiciela” oraz zaginięcia pewnej kobiety.

pierwszy_snieg1

Reżyser Tomas Alfredson mierzy się z bardzo bogatym materiałem, który daje spore pole do popisu. Wspiera go aż trzech scenarzystów, którzy pracowali m.in. w „Szpiegu” i „Drive”, a co z tego wyszło? Trudno odmówić „Pierwszemu śniegowi” bardzo mrocznego klimatu, potęgowanego przez śnieżne krajobrazy – zima pełną gębą, wręcz biała pustynia, z której nie można uciec. Te lasy tylko potęgują to wrażenie obcości. A jednocześnie poznajemy kolejne tajemnice: wychowywanie cudzych dzieci, aborcje, prostytucja. Czyli standard w kryminale, utrzymujący niezłe tempo, powoli budujące suspens oraz rozwiązywanie tajemnicy. Jednocześnie Harry chce poukładać ten cały burdel, koleżanka z pracy ukrywa jakąś niejasną przeszłość, z pewną traumą w tle. I to wszystko nawet daje wiele satysfakcji, łącznie z rozwiązaniem intrygi.

pierwszy_snieg2

Ale ten film ma jeden poważny problem – panuje pod względem wątków tak wielki burdel, że trudno to wszystko poskładać. Wrzucone tu i ówdzie retrospekcje z jednej strony są dość istotne dla rozwoju fabuły, z drugiej sprawiają, że ja wiedziałem od Hole’a o wiele więcej. Dodatkowo jeszcze parę razy przyjmujemy perspektywę mordercy (ale spokojnie, nie widzimy jego twarzy), co na szczęście nie psuje tego dobrego wrażenia. Z drugiej pewne wątki (organizacja Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Oslo, postać Arne Stropa i jego interesów) są zepchnięte na trzeci plan i niby stanowią tło, ale tak naprawdę można było z tego wycisnąć dużo więcej. Nie mogłem też się pozbyć wrażenie, że montażysta dużo rzeczy wyrzucił przy materializowaniu tej wizji. A zakończenie na tym polu wygląda po prostu słabiutko.

pierwszy_snieg3

A jak w sobie asa policji poradził sobie przeżywający kryzys formy i dobierający ostatnio ch***we scenariusze Michael Fassbender? To najmocniejszy punkt tego filmu, a aktor ma jeszcze masę charyzmy, by zbudować typ zmęczonego detektywa, zmierzającego ku destrukcji. W scenach przesłuchań jest bardzo wyciszony i skupiony, a jednocześnie widać, że coś w tej głowie się dzieje. Troszkę Hole w jego interpretacji przypominał… K. z nowego „Blade Runnera” i szkoda, ze Fazi nie dostał tej roli. Na drugim planie wybija się… Val Kilmer (detektyw Rafto), przypominający starszą wersję Hole’a. tylko, że zaskakująco dobre wrażenie psuje dubbingowanie tej roli. Wiem, z czego to wynika (aktor ma raka krtani), ale dysonans między głosem a twarzą Kilmera jest duży. Kompletnie niewykorzystani zostają J.K. Simmons (Arno Stop) i Toby Jones (prokurator Svensson), zepchnięci na trzeci plan.

pierwszy_snieg4

Dobrego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o Rebecce Ferguson, czyli partnerce Hole’a – Katrine. Nie zrozumcie mnie źle. Ta postać policjantki z tajemnicą nie jest zła, ale jej zachowanie i kilka decyzji (w skrócie ma własne rachunki do wyrównania, każą wątpić w jej inteligencję. I może zabrzmi to chamsko, ale nie było mi jej żal wobec tego, jak się jej los zakończył. Troszkę lepsza jest Charlotte Gainsbourgh (Rakel), choć też nie ma zbyt wiele do zaprezentowania.

„Pierwszy śnieg” pokazuje duży potencjał w tej serii i mimo wad, byłem w stanie wejść w ten mroźny klimat. Niezłe aktorstwo, zgrabnie budowanie napięcie oraz dość makabryczne sceny przemocy działają na korzyść, chociaż scenariuszowo-montażowy bajzel niepotrzebnie miesza. I mimo tych wad oraz poczucia rozczarowania, chciałbym poznać kolejne śledztwa Hole’a.

6/10

Radosław Ostrowski

Logan: Wolverine

Logan bardziej znany jako Wolverine to najpopularniejszy i najbardziej lubiany ze wszystkich mutantów ze świata X-Men. Ale jednak filmy z serii, w których to on grał główną rolę, były wielkim rozczarowaniem. Dlatego byłem dość sceptycznie nastawiony do „Logana”, tym bardziej, że reżyser James Mangold zaserwował poprzedni film o tym bohaterze „Wolverine”. I jak tym razem wyszło?

logan1

Jest rok 2029. Od dwudziestu lat nie pojawił się na świecie żaden mutant, a ci żyjący ukrywają się przed światem. Logan aka Wolverine pracuje jako szofer limuzyny i opiekuje się cierpiącym na demencję Xavierem, gdzieś na obrzeżach miasta. Jest już zmęczony, stary, siwy i nie regeneruje się tak dobrze jak kiedyś. Ale wbrew sobie zostaje wplątany w kolejną sprawę. Wszystko to z powodu pewnej dziewczynki o imieniu Laura, która jest… mutantem posiadającym moce Logana. Dziewczynkę i jej opiekunkę tropią wojacy z Akila, pod wodzą Pierce’a.

logan2

Już sama treść budzi skojarzenia z „Ludzkimi dziećmi”, ale to zbieg okoliczności. Reżyser postanowił zaryzykować i stworzył nietypową mieszankę post-apokalipsy, westernu, kina drogi i bardzo krwistego kina akcji. Sam początek, gdzie staje do walki z meksykańskimi oprychami, daje prawdziwego kopa. Jest krew, wyrywane kończyny, bluzgi i jest bardziej mrocznie. Mangold z jednej strony nie idzie na kompromisy w pokazywaniu bardzo brutalnych scen akcji (nareszcie, te szpony z adamantium po to były, by posoka leciała intensywnie!!!), z drugiej wiele razy pozwala na wyciszenie i pogłębia psychologię postaci. Ta rotacja nastroju działa tylko na plus, a realizacja jest po prostu przednia. Nieważna, czy mówimy o ucieczce bohaterów z kryjówki (troszkę przypominającej ostatniego „Mad Maxa”), czy scenach utraty kontroli przez Xaviera, gdy kamera dosłownie dostaje padaczki.

logan3

Najważniejsza jest tutaj powoli tworząca się (ze sporymi oporami) relacja cynicznego i zgorzkniałego Logana z Laurą, którą można śmiało nazwać następczynią. Czuć, że iskrzy, chociaż mężczyzna ukrywa to bardzo mocno – woli być samotnikiem prześladowanym przez swoje demony i zmęczony życiem. I to Hugh Jackman wygrywa znakomicie, dając bohaterowi ostatnią szansę na zrobienie czegoś dobrego. Nawet jeśli jest to wbrew sobie. Aktor ma też dwójkę wspaniałych partnerów. Patrick Stewart jako zniedołężniały Xavier budzi z jednej strony żal, z drugiej ciągle to profesor wierzący w dobro, nadal potrafiący korzystać ze swoich mocy (uspokojenie koni na autostradzie), ale prawdziwym odkryciem jest Dafne Keen jako Laura, będąca mieszanką dzikiego zwierza i delikatnej, zagubionej istoty. Kiedy ona wchodzi do akcji, to nie ma przebacz. Także wcielający się w tych złych Boyd Holbrook (wyluzowany Pierce) oraz Richard E. Grant (poważny dr Rice) spełniają swoje zadanie.

„Logan” jest pożegnaniem starej gwardii mutantów ze światem, który zmienił się na gorsze. Mutanty wydają się nikomu niepotrzebne, mające podlegać kontroli ludzi i rodzi się pytanie, co dalej z Laurą oraz jej młodymi kumplami, co muszą przejąć pałeczkę. Jest intensywnie od emocji, ostro i bardzo kameralnie jak na superbohaterski film. Szkoda, że trzeba było czekać 17 lat na film godny tego świetnego mutanta.

8/10

Radosław Ostrowski

Mutant

Nowy Jork był atakowany przez tajemnicza epidemię, która doprowadzała do zarażenia oraz zgonów dzieci. O pomoc w rozwiązaniu problemu poproszono etymolog dr Susan Tyler oraz Petera Manna z Centrum Kontroli Epidemii. Wskutek eksperymentów genetycznych tworzą Judasza – zmutowanego owada, który ma wykończyć źródło epidemii, czyli karaluchy. Operacja kończy się sukcesem, ale trzy lata później zostają przypadkowo odkryte zmutowane wersje Judaszy w kanałach pod metrem.

mutant1

Guillermo del Toro kojarzy się przede wszystkim z mrocznym kinem grozy, co widać choćby w największym jego dziele – „Labiryncie Fauna”. Jego pierwszy film nakręcony w USA idzie w stronę rasowego horroru, a pomysł wydaje się dość oczywisty. Wszystko idzie dość oczywistymi tropami – wymykający się spod kontroli eksperyment i grupka ludzi w starciu ze zmutowanymi owadami, które zaczęły imitować ludzi (dwoje jajogłowych, strażnik metra, policjant, pucybut i jego autystyczny syn). Z góry wiadomo kto przeżyje i ta przewidywalność fabuły jest najsłabszym ogniwem. Sposób straszenia też jest staroświeckim sposobem – dźwiękiem, pojawieniem się stwora za plecami, brakiem światła. Mroczne zdjęcia i szybki montaż w scenach eksterminacji to za mało, bo film zwyczajnie nie straszy.

mutant2

W dodatku całość jest tak poważna, że aż irytuje. Wiadomo, że stawka jest tutaj duża, ale gra aktorska jest jak dla mnie sztuczna i przerysowana – najbardziej wkurzał Charles S. Dutton jako krzyczący, narwany strażnik Leonard, z kolei jajogłowi (Mira Sorvino i Jeremy Northam) są mdli i mało interesujący. Pewną lekkość wnosił tutaj Josh Brolin jako policjant Josh, ale szybko nas opuszcza.

mutant3

Powiem krótko, del Toro miał lepsze filmy, a „Mutant” zapewnił mu sukces kasowy. Zobaczyć można, ale są lepsze horrory.

5/10

Radosław Ostrowski