
Kolejny młody i zdolny raper, który chce się przebić do pierwszej ligi. Zanim jednak opowiem o jego nowy dziele, cofnijmy się rok wstecz. Wtedy to Filip Szcześniak, próbował nawijać po angielsku, ale zrozumiał, iż w Polsce dobrze to wychodzi po polsku. Tak narodził się Taco Hemingway, którego wsparł producent Maciej „Rumak” Ruszecki i wtedy wydał swoją pierwszą EP-kę.
„Trójkat warszawski” to concept-album opowiadający o trójce młodych ludzi oraz ich życiu w Warszawie. Początek to wysamplowana mieszanka jazzu oraz wypowiedzi archiwalnych, które przechodzą w prosty, niemal „katarynkowy” bit oraz nieprzyjemny bas. A dalej jest ciekawiej. Niby przebojowy „Marsz, marsz” z przestrzennymi dźwiękami elektronicznymi (pachnącym grami komputerowymi z lat 80.) oraz dziwacznej wokalizie i „strzałami”. Bardziej surowy jest „Wszystko jedno”, gdzie w refrenie szaleje perkusja.
Mroczniej robi się w „Trójkącie”, gdzie znów elektronika i minimalistyczna perkusja tworzą kosmiczny klimat. Odskocznią jest pachnący jazzem „(przerywnik)” z ładnymi klawiszami. Mocniejsze uderzenie „Mięsa” (perkusja) to powrót do mrocznego klimatu (flety) i dostajemy nieznośne dźwięki saksofonu i w podobnym tonie kończy całość „900729”.
W tekstach Taco opowiada o Warszawie – zapędzonej, pełnej hedonizmu, obrywa się też PZPN. Sama technika nawijki może wydawać się lekko monotonna, a teksty mniej błyskotliwe niż Quebonafide’a czy Rasmentalismu, ale nie brakuje trafnej obserwacji. I dlatego ta EP-ka prezentuje dobry poziom.
7/10
Radosław Ostrowski
