Taco Hemingway – Cafe Belga

cafe-belga-w-iext53031737

Czy jest jeszcze ktoś, kto lubi słuchać Taco Hemingwaya? Że jeszcze się nie przejadł? Ostatnie płyty, mimo sporego sukcesu komercyjnego nie były w stanie przekonać krytyków oraz dotychczasowych fanów. Po kooperacji z Quebonafide tym razem próbuje wrócić do solowego grania. Czy „Cafe Belga” jest w stanie przekonać tych, którzy polubili te pierwsze materiały? Hmm. Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale taka łatwa.

Z jednej strony nie brakuje tutaj pomysłowych sampli (niemal „knajpiarski” początek plus co jakiś czas wracające fragmenty wywiadu, poddane zniekształceniu), ale nadal podkłady oparte są na minimalistycznych dźwiękach. Tak jest w utworze tytułowym, gdzie w refrenie dochodzi nawet do… śpiewania oraz odrobinę ciepłych klawiszy. Nie brakuje trapowanych wstawek jak lekko oniryczne „ZTM” z niemal „tykającym” podkładem, co jest pewnym zaskoczeniem, chociaż troszkę przymula. Tak samo oszczędne, choć bardziej bujające jest „Wszystko na niby” oraz o wiele bardziej idące w klimaty Flirtini „Reżyseria: Kubrick” czy wręcz niemal futurystyczne „2031”. Jeszcze bardziej zaskoczył nie podkład w „Fiji” (wstęp na ciepłych klawiszach, rozpędzona perkusja, wielowarstwowe pasaże oraz szybki refren), gdzie Taco – na swoje nieszczęście – próbuje śpiewać, co nie brzmi za dobrze. Także wykorzystująca „orientalną” perkusję „Abonent jest czasowo niedostępnym”, gdzie w połowie dochodzi do przełamania oraz zmiany tempa, zaś fani kooperacji z Quebo odnajdą się w odjechanej, pełnej elektronicznych bajerów „Motorolli”. Jednak na sam koniec Taco zalicza dwa strzały i nie do końca trafne. O ile „Adieu” w retro dyskotekowej estetyce ma swój klimat, o tyle wysamplowana na „Zimnej wojnie” „4 Am in Girona” wydaje się chybiona, tak jak nawijanie po angielsku.

Sam Taco wydaje się wracać do dawnej formy, chociaż zdarzają się pewne proste porównania m.in. z wbijaniem noża w plecy niczym Brutus, choć z drugiej strony czuć mocny powrót i przebłyski. Chyba, że nawija o ZTM, bo robi to za często. Do tego przestaje się skupiać tylko na sobie, rzuca popkulturowymi odniesieniami i potrafi się zabawić swoim flow. Jest zwyżka, ale to jeszcze nie to, z czym Taco wystrzelił na początku swojej drogi.

7/10

Radosław Ostrowski

Tamagochi – Soma 0,5 mg

fab1_1000

Co się stanie, jeśli dwóch popularnych oraz bardzo zdolnych raperów postanowi połączyć siły? Sukces komercyjny na pewno, reklama też zrobi swoje. A jak sama nawijka, flow i chemia? Współpracę podjęli ze sobą Quebonafide – jeden z bardziej postrzelonych raperów oraz Taco Hemingway, czyli ten bardziej snujący, lekko hipsterski, ale z pomysłem i błyskiem (ostatnio mało tego błysku). Tak powstało Taconafide, które wydało “Somę”. Co mogło pójść nie tak?

Już „Intro”, gdzie mamy zapętlone info z telefonu oraz sample z pianina potrafi wciągnąć, tak jak prosta perkusja, tworząc bardzo specyficzny klimat. Jeszcze ciekawiej się dzieje w “Metallica 808”, gdzie panowie za podkład wzięli… “The Unforgiven” kapeli Jamesa Hetfielda, zaś tekst to klasyczne braggadocio z odniesieniami do klasyków muzyki rockowej (m.in. Obywatela G.C. czy Led Zeppelin). Jeśli szukacie jakiegoś bardziej imprezowego numeru, wejdzie wam w głowę “Art-B” z minimalistycznym, ale bardzo “letnim” bitem oraz bardzo chwytliwym refrenem czy bardziej pachnący Zachodnim Wybrzeżem “Ekodiesel”. Szokiem może być “Wiem” I nie tylko dlatego, że ma “orientalny” posmak, lecz z powodu śpiewanego refrenu oraz wręcz zawodzącego (dosłownie) Quebo, sprawiającego wręcz ból. Niebezpiecznie blisko Bedoesa (brzmieniowo) zmierzają “Kryptowaluty”, chociaż bit jest bardziej niepokojący, jednak nawijka Quebo wydaje się wręcz na poziomie nastolatka (kwestie miłosne). Poszukiwacze bardziej staroszkolnych klimatów odnajdą się w mocnym “PIN” oraz delikatniejszych “8 kobietach”, a łowcy chwytliwych hitów na pewno zauważą “Tamagochi”, gdzie technologia jest głównym tematem.

A jak sobie radzą panowie Quebo i Taco? Przejścia między zwrotkami obydwu panów są bardzo płynne, zgrabnie się uzupełniając. Quebo wydaje się bardziej ekspresyjny, wręcz emocjonalny, co parę razy potrafi zirytować, zaś Taco utrzymuje swoje tempo, bawiąc się spowolnieniami oraz przyspieszeniami. Zaś tekstowo dotykają klasycznych tematów: sława, forsa, relacje damsko-męskie, czasami z pojedynczymi banałami (“W życiu chodzi głównie o to, żeby żyć”).

Jednak nie mogę pozbyć się wrażenia niewykorzystania w pełni potencjału, pod koniec wprawiając w stan znużenia. Ale wyszła całkiem przyzwoita płyta z paroma mocnymi strzałami. Tylko, że obydwu stać na wiele więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Rasmentalism – Tango

RASMETNALISM-TANGO-1000x1000-560x560

Duet Ras i Ment mocno wybił się na polskiej scenie hip-hopowej. Rasmentalism szedł swoją drogą, przez co zdobył masę wielbicieli (album „Za młodzi na Heroda”), ale też niektóre zabiegi (eksperymentalny „1985”) doprowadziły do podziałów oraz ostrych dyskusji. Szóste dzieło, czyli „Tango” wydaje się iść w kierunku uproszczenia brzmienia oraz powrotu do chwytliwych dźwięków. Tylko czy panowie nie poszli ze skrajności w skrajność?

Początek, czyli „Niebo” brzmi jak dawne numery duetu, czyli mieszankę zapętlonych wokaliz z funkowym bitem oraz surową perkusją (nawet cykającą w przesterowany sposób), tworzą bardzo bujającą mieszankę. Niczym na „Wyszli coś zjeść”, a nóżka chce tańczyć. Podobnie jest w minimalistycznym „Tranquilo”, któremu bliżej do Flirtini ze swoim śpiewanym refrenem oraz chilloutowym klimatem, a także płynący „Fast Food”, gdzie nieźle śpiewa Rosalie. i całkiem zgrabnie wjeżdża Taco Hemingway. Także utwór tytułowy wpisuje się w nowe, bardziej popowe wcielenie, z płynącymi cudeńkami elektronicznymi w tle. „Moment” też buja, a śpiewany refren Otsochodzi wpada bardzo w ucho. Nawet drobiazgi w rodzaju Hammonda („Kilka dni”) Ale najbardziej zapada w pamięć „Duch”, gdzie Rasa wsparli Sokół z Oskarem, tworząc mocarny kawałek. Troszkę zdziwił mnie „Tryb samolotowy”, gdzie wchodzi Vito brzmiący bardziej jakby z jakiejś ludowej formacji niż rapu, co wybiło mnie z rytmu oraz… uśpiło.

Uderza wręcz popowy sznyt tego albumu, co może wprawić wiele osób w konsternację, jednak coraz bardziej zaskakuje to nowe oblicze duetu. Ment nadal tworzy niesamowite bity, tym razem zanurzone w elektronice, zaś tekstowo dominują tutaj relacje damsko-męskie, ale nie brakuje trafnych strzałów oraz zgrabnych porównań. Nie mniej dla mnie problemem jest to, ze nie zostaje to w głowie na długo, co jest dużym zaskoczeniem in minus. Sam Ras jest w niezłej formie i przyjemnie się słucha tej nawijki, ale „Tango” wydaje się być najsłabszym albumem Rasmentalismu. Jest, jakby to ująć, jednorazowym materiałem – posłuchasz raz, może kiedyś drugi i trzeci, ale w pamięci nie zostanie zbyt wiele. Szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Taco Hemingway – Szprycer

okladka

Ten cholernie zdolny raper był objawieniem ostatnich lat, który swoim EP-kami potrafił załatwić konkurencję trafnymi obserwacjami, ciętymi one-linerami oraz płynnym flow. Jednak pełna płyta “Marmur” rozczarowała I okazała się ogromną porażką. Jednak nasz ziomek nie złamał się i postanowił własnym sumptem nagrać oraz opublikować w Internecie kolejną EP-kę “Szprycer”, gdzie zdecydował się zmienić swoje oblicze. Jak mu wyszło?

Przyjrzyjmy się “Szprycerowi”, który znowu powstał w kooperacji z Rumakiem. I otwierająca całość “Nostalgia” zaczyna się od szybkich, mocnych ciosów perkusji skontrastowanych z ambientową wręcz elektroniką, a sam Taco próbuje śpiewać (całkiem nieźle, gdyby nie to ej), a pod koniec dostajemy ładne smyczki. Kompletnie zmienia się klimat w “Chodź”, gdzie mamy trapowanie w rytm orientalnej elektroniki (fajny, bujający bit) oraz niemal szybko nawijanym refrenem. Kawałek imponuje tempem, a pod koniec jeszcze mamy śpiewany refren nakładany na nawijkę Taco. “Tlen” to klasyczny trap, gdzie tło brzmi jak przerobiony alarm, a niski, głęboki głos Taco idealnie się odnajduje w tym klimacie, by przyspieszyć w niemal tanecznym “Głupim bycie”, pachnącym latami 80. podobnie jak mroczny “Dele” z ponurymi klawiszami i elektroniczną perkusją.

Ale nawet ja nie spodziewałem się takiego niemal dyskotekowego “I.S.W.T.” (choć wpleciony fragment “Chłopców z ferajny” jest mocny), szybko wpadającego w ucho z bardzo fajnym refrenem. Krótki “35” jest  kolei bardziej surowy, co jest zasługą imitacji gitary elektrycznej i rockowej perkusji, a przestrzenna “Karimata (Mute)” pełna jest wyciszonej elektroniki oraz najbardziej epicki w tym zestawieniu “Saldo ‘07”.

Taco nadal ma kilka panczlajnów (“Karimata”, “Dele”) I tym razem nie idzie w stronę banału czy kiczu. Nadal obserwuje swoje przywiązanie fanów do niego, podgląda relacje damsko-męskie, nałogi oraz próbuje zdystansować się wobec swojej sławy. Najbardziej jednak drażniło mnie w jego flow te wstawki typu “ej, ej” I całkiem nieźle śpiewa. Nie wywołuje on bólu, agresji. W takich małych dawkach Taco Hemingway był najlepszy, a “Szprycer” to potwierdza. Raper wraca do formy, choć nie w pełni zmazuje wpadkę jaką był “Marmur”.

7/10

Radosław Ostrowski

Taco Hemingway – Marmur

tacohemingway-marmur

Każdy osobnik, który nawet nie zna się na rapie, to słyszał o Taco Hemingwayu. Do tej pory nagrywał tylko i wyłącznie EP-ki, ale wszystko musiało się zmienić z wydaniem pełnego albumu, wydanego przez Asfalt Records. I tak pojawił się „Marmur”, będący concept-albumem. Tytułowy „Marmur” to hotel w Gdańsku, do którego trafia nasz bohater, gdzie nie można korzystać z technologicznych cacek.

Taco od samego początku wspierany przez producenta Rumaka, robi w zasadzie to, co zawsze. Tytułowy utwór zaczyna się przyjemnym basem oraz żeńska wokalizą, zastąpioną przez pachnącą latami 80. pulsującą elektroniką, do której dochodzą różne zabawy perkusją. A na sam koniec dostajemy nocnego portiera (naprawdę). Potem dostajemy zapis audio wiadomości „Witaj w hotelu Marmur”, by wejść w surowy „Żyrandol” (ta perkusja robi robotę z cykaczami) oraz ciepłymi klawiszami, a także melancholijnej „Krwawej jesieni”.

Rumak ciągle zaskakuje – stosuje różnego rodzaju echa („Mgła I (Siwe włosy)”, „Tsunami Blond”), przełamuje tempo perkusji (dyskotekowy „Świat jest WFem”), wrzuca fortepian („Mgła II (Mówisz, masz)”), dodaje nawet kotły („Świecące prostokąty”) czy gitarę elektryczną („Ślepe sumy”), ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu zmęczenia materiału. Minimalistyczny styl z każdym utworem staje się coraz bardziej męczący, odwracając kompletnie uwagę od nawijki Taco.

Sam Taco wrzuca setki aluzji i odniesień do popkultury, przez co mam poczucie niepotrzebnie megalomański. Niby opowiada o przełamywaniu kryzysu twórczego, ale też pojawia się sen z kobietą w roli głównej („Tsunami blond”), działanie technologii („Świecące prostokąty”), konfrontacja z kibicami („Krwawa jesień”) oraz pojawiający się tajemniczy pasażer („To by było na tyle”). Wymaga to większego zaangażowania, gdyż wiele rzeczy można nie wychwycić za pierwszym razem. Ale nawet i to nie jest w stanie wynagrodzić spędzonego czasu (wyjątkiem jest troszkę inna wersja „Deszczu na betonie” ze zmienioną zwrotką finałową).

I chyba po raz pierwszy mam wrażenie, ze Taco zwyczajnie przekombinował. Koncepcja świetna, ale czegoś tutaj zabrakło, przynudzało. Gdyby wziął się za to Łona, Sokół czy Ostry, byłoby zapewne lepsze. A tak pozostaje zawód.

6/10

Radosław Ostrowski

Taco Hemingway – WOSK

taco-hemingway-wosk_1

Filip Szcześniak znany też bardziej jako Taco Hemingway to jedna z najciekawszych postaci polskiego rapu. W swoim dorobku ma trzy EP-ki, które jednak spotkały się z bardzo ciepłym przyjęciem. W tym roku zaskoczył wszystkich wydając czwartą EP-kę, czyli „WOSK”. Materiał ten zapowiadał nie znajdujący się na tym albumie utwór „Deszcz na betonie”, który można znaleźć na YouTube.

Wspierany przez niezawodnego producenta Rumaka, Taco uważnie się przygląda rzeczywistości, ale jest bardziej mroczny i niepokojący. Tak się dzieje w tytułowym utworze, gdzie jest pełno pulsującej elektroniki, a w tle jedzie samochód. Drugą niespodzianką jest francuski żeński głos w tłustym, niemal soulowym „BXL”, gdzie poza perkusją wpada w ucho delikatna solówka skrzypiec. Nawet wyciszone, niemal oniryczne „Szczerze” z ejtisowskim tłem, łączą się z całą resztą (na początku szybki kurs języka angielskiego). Najbardziej mnie zaskoczył pozornie skoczny, chociaż minimalistyczny „Wiatr” z metalicznym basem. Chwytliwy numer z bardzo refleksyjnym tekstem. „515” zaczyna się krótkim, pianistycznym fragmentem, zapętlonym jak diabli oraz metaliczną perkusją. A na koniec dostajemy „Koła”, gdzie gościnnie pojawia się Dawid Podsiadło – mówiący a nie śpiewający.

Muzycznie jest to płyta bardziej minimalistyczna, pełniejsza elektroniki niż wszystko do tej pory, ale jednocześnie słychać czyje to dzieło. I chce się do tego wracać, by znajdować więcej. Sam Taco ma porządne flow, a kilka razy nawet przyspiesza („Szczerze”), dodatkowo uważnie pisze zarówno o swoich lękach, wahaniach związanych z tym, kim chce być – jak być sobą i przetrwać nie tylko w szołbiznesie. Rozmyśla też nad związkiem (pokłosie „Deszczu na betonie” w „Wietrze”), rozwojem i jego kierunkiem, kobietami („515”). A wszystko bez prostactwa i z głową, za co zyskał wielu fanów.

A ja słuchając „WOSK-u” zastanawiam się, czy uda się plan Taco, żeby „być drugą Nosowską niż drugim 2Paciem”. I czekam w końcu na longplaya, którym pozamiata, potwierdzając, ze to zainteresowanie nim nie jest przypadkiem. Wszystko idzie w dobrym kierunku – z tych EP-ek, ta mi się najbardziej podoba.

8/10

Radosław Ostrowski

Taco Hemingway – Umowa o dzieło

Umowa_o_dzielo

Po bardzo dobrze przyjętym debiucie młody chłopak o bardzo fajnej ksywie wydał swoją drugą EP-kę, tym razem pod szyldem Asfalt Records. Nadal w spółce z producentem Rumakiem serwuje swoją „Umowę o dzieło”. Utworów jest niewiele, ale znowu ilość idzie w jakość.

W porównaniu z debiutem, nie jest to concept album o trójce ludzi, ale nadal opowiada o Warszawie. Dźwiękowo nadal mamy zbitki fragmentów filmów czy kronik wplecione w proste, jednak interesujące podkłady. Zaczyna się od łagodnych dźwięków perkusyjno-klawiszowych z lat 70. („Od zera”) i na nich się skończy („100 km/h”), a w openerze powoli poznajemy o czym opowiadać będzie. Dalej będzie różnorodnie: od surowych uderzeń perkusji, okraszonych mandoliną („A mówiłem ci”), by gwałtownie zwolnić, dziwacznie przerobionymi głosami w tle (klaskana „Następna stacja”), przerobionymi prawie jak skrzypce zapętleniem („6 zer”), delikatnymi klawiszami („+4822”), skrętem w Orient („Avizo”) i pokręconym „skocznym” bitem („Białkozercy”).

Jeśli chodzi o nawijkę i flow, to jest ono bardzo dobre, chociaż Taco rezygnuje z hasztagów, rzadko używa przyspieszeń, tylko stara się podpatrzeć życie w Warszawie, gdzie nie brakuje miejsca na bójki, wielkie ambicje zderzone z rzeczywistością, pędem oraz bardzo barwnymi metaforami oraz frazami („Ale zapamiętaj: życie to nie „Ale Kino”/Smak naszego życia to wygazowane piwo” i „Wyrastają guzy niby Karkonosze” czy refren „Białkożerców” zaczynający się wersem: ” Ile w kokainie błonnika? Uhm… Zero gram”), ale jest tego znacznie, znacznie więcej.

Drugi album rzeczywiście jest lepszy od debiutu i pokazuje, że EP-ka potrafi być lepsza od longplaya. I nie mam poczucia niedosytu, a co najważniejsze – ziomal nie zgubił swojego talentu. Warto uważnie obserwować tego chłopaka.

8/10

Radosław Ostrowski

Taco Hemingway – Trójkąt warszawski

Trojkat_warszawski

Kolejny młody i zdolny raper, który chce się przebić do pierwszej ligi. Zanim jednak opowiem o jego nowy dziele, cofnijmy się rok wstecz. Wtedy to Filip Szcześniak, próbował nawijać po angielsku, ale zrozumiał, iż w Polsce dobrze to wychodzi po polsku. Tak narodził się Taco Hemingway, którego wsparł producent Maciej „Rumak” Ruszecki i wtedy wydał swoją pierwszą EP-kę.

„Trójkat warszawski” to concept-album opowiadający o trójce młodych ludzi oraz ich życiu w Warszawie. Początek to wysamplowana mieszanka jazzu oraz wypowiedzi archiwalnych, które przechodzą w prosty, niemal „katarynkowy” bit oraz nieprzyjemny bas. A dalej jest ciekawiej. Niby przebojowy „Marsz, marsz” z przestrzennymi dźwiękami elektronicznymi (pachnącym grami komputerowymi z lat 80.) oraz dziwacznej wokalizie i „strzałami”. Bardziej surowy jest „Wszystko jedno”, gdzie w refrenie szaleje perkusja.

Mroczniej robi się w „Trójkącie”, gdzie znów elektronika i minimalistyczna perkusja tworzą kosmiczny klimat. Odskocznią jest pachnący jazzem „(przerywnik)” z ładnymi klawiszami. Mocniejsze uderzenie „Mięsa” (perkusja) to powrót do mrocznego klimatu (flety) i dostajemy nieznośne dźwięki saksofonu i w podobnym tonie kończy całość „900729”.

W tekstach Taco opowiada o Warszawie – zapędzonej, pełnej hedonizmu, obrywa się też PZPN. Sama technika nawijki może wydawać się lekko monotonna, a teksty mniej błyskotliwe niż Quebonafide’a czy Rasmentalismu, ale nie brakuje trafnej obserwacji. I dlatego ta EP-ka prezentuje dobry poziom.

7/10

Radosław Ostrowski