Rok 1944. W Danii od dłuższego czasu działa ruch oporu, kierowany przez weteranów wojny zimowej. Członkami tej grupy są dwaj egzekutorzy: Bent Faurschou-Hviid ps. Płomień oraz Jorgen Haagen Schmith ps. Cytryna, którzy zabijają duńskich kolaborantów. Swoje zadania otrzymują od swojego szefa – rady prawnego Winthera, wykonując je bez cienia wątpliwości. Do czasu, kiedy następnym celem ma być kochanka Płomienia, podejrzewana o zdradę.

Najbardziej znane ruchy oporu walczące podczas II wojny światowej z nazistami to polski i francuski. Ale Ole Christian Madsen postanowił opowiedzieć o mało znanym epizodzie ze swojego kraju. Płomień i Cytryna to postacie autentyczne, tak samo jak wydarzenia z ekranu (z pewnym ubarwieniem). Reżyser bawi się konwencjami gatunkowymi – od rasowego kina wojennego, po psychologiczny dramat i film szpiegowski i stawiając wydawałoby się ograne do bólu motywy. Miłość, zdrada, moralne dylematy dotyczące odpowiedzialności za swoje czyny – znamy to od dawna. Madsen jednak decyduje się na zmianę tonacji – zamiast sepijnych zdjęć, wybrana jest estetyka czarnego kryminału. Ciemne miejsca, gra światłocieniem, dymy z papierosa, elegancko ubrani kilerzy (obowiązkowy garnitur i/lub kapelusz do zestawu) bardziej przypominający gangsterów, ale to pewnie kwestia skojarzeń. Nie mogło zabraknąć też klasycznej femme fatale. Innymi słowy, wszystko jest na swoim miejscu i ogląda się to naprawdę dobrze.

Można zarzucić, że w scenach akcji czasami kamera przypomina współczesne kino akcji spod znaku Bourne’a (chaotyczne ujęcia i zmiana perspektywy), jednak daje się to obejrzeć. Dodatkowo można narzekać na długą ekspozycję oraz wątki obyczajowe z życia Cytryny (troszkę schematyczne), ale całość daje wiele do myślenia, strzelaniny są zrobione z pomysłem i finezją, zmuszając szare komórki do wysilenia się nad intrygą.

Za to wszystko jest wygrywane przez bardzo dobrze prowadzonych aktorów. Błyszczy zarówno Thure Linhardt jak i Mads Mikkelsen. Ten pierwszy przekonująco wypada w roli młodego, fanatycznego wojaka, drugi jest opanowanym i spokojnym facetem ze złamanym życiem osobistym. Obydwaj niejako są zmuszeni zweryfikować swoje motywacje oraz stosunek do swoich przełożonych i pokazują to bardzo przekonująco. Podobnie jest ze Stine Stenegade wcielająca się w femme fatale Kitty.

Niby klasyczne kino moralnego niepokoju wojennego, ale będące ciekawą i świeżą odskocznią wobec ogranych schematów. Takie rzeczy to tylko w Skandynawii.
7,5/10
Radosław Ostrowski
