Kino polifoniczne ma dość długą tradycje, także w Polsce. Tą formę uznał za najlepszą do realizacji swojej wizji Jerzy Skolimowski w swoim najnowszym dziele. „11 minut” przedstawia tytułowe jedenaście minut z życia kilku mieszkańców Warszawy.

Młoda aktorka, jej zazdrosny mąż, reżyser, drobny złodziejaszek, kurier, sprzedawca hot-dogów, para alpinistów, ekipa pogotowia ratunkowego – to są bohaterowie całej historii, poszatkowanej na kawałki. Niewiele o nich wiemy, a po seansie dowiadujemy się jeszcze mniej. Dla Skolimowskiego ciekawsze są tutaj zderzenia między bohaterami i ich losy. Aurę niesamowitości tworzą dziwne zdarzenia – na niebie widziano czarną dziurę, samolot zaczął niżej latać nad miastem, a z telewizora odzywa się głos mówiący, że nie da się niczego naprawić. Szczątkowa jest dla Skolimowskiego pretekstem do zabawy formą (ujęcia z komórki i laptopa na początku, kadry z perspektywy psa) i oczekiwania. Na co? Zdarzenie, które wywróci wszystko do góry nogami – dokona małej apokalipsy.

Jestem pod wrażeniem, jak wygląda Warszawa. Niczym wielka metropolia, realizacyjnie to miks zarówno poetyckich ujęć (bańka), a także pewnej grozy. To drugie czuć mocno w scenach, gdzie pogotowie trafia do podskórnej kamienicy czy w scenach z kurierem – zwłaszcza w lynchowskim ujęciu w windzie, gdzie atmosfera potęgowana jest podskórnie pulsującą muzyką Pawła Mykietyna. Samo zakończenie wprawi w konsternację, ale wszystko toczy się na granicy prawdopodobieństwa, przypominając troszkę takie filmy jak „Lulu na moście” czy „Po godzinach”. Skolimowski w prostych ujęciach buduje suspens jak w rasowym thrillerze, choć pozornie nic się nie dzieje.

Aktorzy mają tutaj wiele do zagrania, choć mają niewiele czasu i mówią rzadko. Najbardziej w pamięci mi utkwił Wojciech Mecwaldowski jako zazdrosny mąż z taką wściekłością w oku (tym nie podbitym) oraz Andrzej Chyra (sprzedawca hot-dogów), ale reszta postaci też intryguje. I nie ważne czy mówimy o parze alpinistów myjących okna (Agata Buzek i Piotr Głowacki) czy młodym chłopaku próbującym okraść lombard (Łukasz Sikora). Ten element układanki nie zawodzi.

„11 minut” to pozornie film jakich wiele, jednak Skolimowski bardzo zgrabnie układa puzzle przed nami, wracając do swojej wysokiej formy. Zabawa konwencją i jeden z najlepszych wizualnie filmów na naszym podwórku ostatnich lat.
7/10
Radosław Ostrowski
