Wesele (2021)

Kolejne „Wesele” od Smarzowskiego – mniej więcej wiadomo, czego należy oczekiwać. Walenia prosto w oczy nieprzyjemnej prawdy na nasz temat. Że jesteśmy pełni nienawiści wobec siebie i innych, działamy na skróty, a najważniejsze są pozory, kłamstwa oraz dawno zakopane trupy. Czyli wszystko po staremu.

Tym razem jesteśmy na weselu organizowanym przez Ryszarda Wilka (Robert Więckiewicz) – właściciela masarni, szykującego się do dużego interesu z Niemcami. Państwo młodzi to córka Kasia (Michalina Łabacz) – ciężarna, planująca wyjechać do Irlandii, gdzie planuje prowadzić pub. Wybranek jej serca to Janek (Przemysław Przestrzelski) – piłkarz oraz nacjonalista. Wydaje się, że będzie wszystko dobrze, lecz dla Wilka pojawiają się kolejne komplikacje. Interes życia stoi pod znakiem zapytania, a jeszcze pojawia się przedstawiciel ambasady Izraela z nagrodą Sprawiedliwego wśród Narodów Świata dla dziadka rodu, Antoniego Wilka (Ryszard Ronczewski w ostatniej roli). A czy wspominałem, że to wesele jest w Jedwabnem?

Smarzowski kolejny raz pokazuje naszą mentalność w bardzo krzywym zwierciadle. Czyli kolejny przykład naszych wad przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Bez możliwości jakiejkolwiek szansy wyrwania się z tego przeklętego kręgu. Ale chyba po raz pierwszy miałem poczucie pewnego przeładowania sytuacji, postaci i wątków. Do tego bohaterowie kompletnie mnie nie obchodzili, jakby byli ledwie szkicami postaci. Wyjątkiem od tej reguły jest Antoni Wilk, dla którego obecne wesele staje się zapalnikiem, budzącym wydarzenia z przeszłości. A dokładniej z jego młodości (tą inkarnację gra Mateusz Więcławek) podczas II wojny światowej, gdzie przeżył miłość do żydowskiej dziewczyny.

Pogłębiająca się demencja powodują, że przeszłość i teraźniejszość zaczynają się przeplatać. Nie tylko za pomocą retrospekcji, ale też faktu, iż postacie z przeszłości pojawiają się teraz. Wszystko zaczyna się mieszać ze sobą, co wywołuje z jednej strony konsternację (montaż jest wręcz intensywny), ale pokazuje jedną (może zbyt oczywistą) prawdę: by móc wyciągnąć wnioski z historii, trzeba znać jej pełną wersję. Jednak czy chcemy ją znać? I czy może stanowić początek nowego etapu? Tutaj odpowiedź pozostaje w zawieszeniu, a im bliżej końca, tym mocniej uderzają kolejne wydarzenia.

Wtedy jednak dla mnie było już za późno, bo wątek przeszłości to za mało, by w pełni zaangażować. Bo wątek współczesny jest bardzo chaotyczny, bałaganiarski, gdzie nie wiadomo, na kim ma mi zależeć. Jeszcze te męczące momenty, gdy postacie zwracają się bezpośrednio do kamery (życzenia dla państwa młodych i nie tylko). Brakuje też zarysowanych relacji między członkami rodziny, przez co pozostają oni mało wyraziści, pozbawieni charakteru, mimo wielu znanych twarzy na ekranie. To bardzo boli i sprawiało, że gówno mnie to wszystko obchodziło.

Już w „Klerze” zacząłem czuć troszkę odczuwać zmęczenie formą i stylem Smarzowskiego, ale tam było trzech świetnie napisanych oraz zagranych postaci. „Wesele” to już przerost formy nad treścią, gdzie reżyser coraz bardziej zaczyna się zbliżać do… Patryka Vegi. Tylko, że idącym w przeciwną stronę. Czuję się przejedzony i mam na razie Smarzola dość.

5/10

Radosław Ostrowski

Żeby nie było śladów

Są takie filmy, po obejrzeniu których czuje się wściekłość, gniew oraz poczucie bezsilności. Myśli cały czas się kołatały i krążyły niczym planety po orbicie, próbując poskładać to w jakąś sensowną całość. Takie miałem odczucia po seansie filmu „Żeby nie było śladów”.

Film Jana Matuszyńskiego jest opartą na reportażu Cezarego Łazarewicza zapisem wydarzeń, które zaczęły się późną wiosną 1983 roku. Wtedy w Warszawie został zatrzymany Grzegorz Przemyk – młody chłopak, świeżo po zdaniu pisemnych egzaminów maturalnych. Dlaczego? Bo nie chciał pokazać dokumentów, a razem z nim zabrano kolegę, Jerzego Popiela. Trwa jeszcze stan wojenny (choć oficjalnie jest zawieszony), więc obaj zostają szybko zabrani na posterunek. Oraz obaj dostają łomot od milicjantów za pomocą pałek, pięści oraz butów. Ciężko sprany młodzian trafia do szpitala, gdzie umiera od zadanych ran. W zasadzie wydaje się, że sprawa zostanie załatwiona przez władze w prosty sposób: weźmie się paru brutalnych milicjantów oraz posiedzą na parę lat, zaś wszystko ucichnie.

zeby nie bylo sladow1

Co może pójść nie tak? Strach i poczucie zagrożenia mogą stanowić niebezpieczną mieszankę, a wszystko przez mszę prowadzoną przez księdza Popiełuszkę. Zebrany tam tłum wywołał przerażenie u generała Kiszczaka, czyli szefa MSW. Razem z całą ówczesną władzą decyduje się „sterować” śledztwem i podrzucać dowody oczyszczające milicjantów. Do czego się posuną? W końcu to oni są panami życia i śmierci, mają pełną kontrolę nad aparatem porządkowym, wymiarem sprawiedliwości oraz mediami. I w tym momencie zaczyna się jazda.

zeby nie bylo sladow3

Reżyser prowadzi narrację na kilku torach i różnych wątkach, przez co może się czasami wydawać chaotyczny oraz pozbawiony tempa. Nie będę się skupiał się faktografii, bo prawda już dawno się zatarła, została zmanipulowana i szansa na dotarcie do niej jest praktycznie niemożliwa. Sam początek to spokojna sielanka, brutalnie przerwana przez przypadek, agresję i głupotę. Scena bicia na komisariacie, choć nie pokazuje samego aktu, trzyma za gardło niczym ręka podczas duszenia. Potem sprawa coraz bardziej zaczyna się nawarstwiać, a do gry wchodzi aparat władzy i (nie)sprawiedliwości. Cel jest jeden: zwalić winę na sanitariuszy pogotowania, milicja ma pozostać czysta, a na wszelki wypadek zdyskredytować jedynego świadka.

zeby nie bylo sladow2

Jak? Szukaniem jakiekolwiek haka na niego samego oraz jego najbliższych, zastraszać, szantażować i złamać. Za wszelką cenę. Dlatego esbecja sięga po wszystkie dostępne metody: inwigilacja, obserwacja, rewizja, szukanie brudów, propaganda. Jak bardzo łatwo można było złamać każdego, bo każdy miał tu coś (lub kogoś) do stracenia. To ostatnie najmocniej wybrzmiewa w przypadku sanitariuszy pogotowania, którzy byli „uczeni” przez SB jak mieli bić Przemyka. To może wydawać się groteskowe, że nikt nie da się na to nabrać. Chyba, że sprawę będą prowadzić osoby wypełniające polecenia partyjnej jak prokurator Wiesława Bardon (Aleksandra Konieczna na granicy przerysowania). W wielu krajach takie praktyki są na porządku dziennym i ten film bardzo brutalnie o tym przypomina.

zeby nie bylo sladow4

Realizacyjnie film Matuszyńskiego wygląda wręcz monumentalnie. W końca trwa on nieco ponad dwie i pół godziny, z niesamowitym skupieniem się na detalach, scenografii oraz rekwizytach. Świetne są zdjęcia Kacpra Fertacza, nakręcone na 16 mm taśmie, przez co wizualnie przypomina filmy z lat 70., zaś bardzo gorzki finał trafia na podatny grunt. A wszystko rewelacyjnie zagrane, z masą cudownych epizodów. Niemniej jest jeden mocny zgrzyt dla mnie, czyli Sandra Korzeniak w roli Barbary Sadowskiej. Aktorka ma bardzo specyficzny sposób mówienia, który zawsze mnie irytuje i sprawia wrażenie wypranego z emocji. Z tego powodu nigdy nie byłem w stanie wejść oraz zrozumieć tej postaci (oraz poprzednich ról Korzeniak). Sama epizodyczna struktura też może wydawać się problematyczna z powodu różnego tempa orz natłoku postaci.

Dla mnie jednak „Żeby nie było śladów” to potwierdzenie wielkiego talentu Matuszyńskiego jako reżysera, który z uwagą oraz dokładnością odtwarza działanie brutalnych mechanizmów sterowania, manipulowania oraz kontrolowania ludzi. Bezwzględnie, potrafiące uderzyć z całą mocą kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Obietnica

Na hasło współczesny polski film o nastolatkach czuję pewien rodzaj dreszczy na granicy z obrzydzeniem. Bo zazwyczaj takie próby kończyły się niewypałem lub rozczarowaniem (może z wyjątkiem „Sali samobójców”): sztuczne dialogi, bardzo drewniane aktorstwo, niewiarygodne postacie i/lub pewne oderwanie od rzeczywistości. Dlatego z pewnymi obawami podchodziłem do „Obietnicy” z 2014 roku, choć pewną nadzieję dawał Magnus von Horn jako współscenarzysta. Ale jak śpiewał Kazik: „nadzieja jest matką głupich i swoich dzieci nie lubi”.

obietnica1

Cała historia pokazana jest z perspektywy Lili (debiutująca Eliza Rycembel) – dziewczyny, którą wychowuje matka i jej chłopak, bo ojciec mieszka w Danii z nową rodziną. Kiedy ją poznajemy, rozmawia ze swoim chłopakiem (także debiutant Mateusz Więcławek), gdzie zarzuca mu niewierność. Dochodzi do kłótni, gdzie podczas wymiany zdań (w formie tekstowej) dziewczyna rzuca: Jeśli mnie kochasz, masz 24 godziny, żeby się jej pozbyć. Jeśli czujecie, że coś wisi w powietrzu, dochodzi do wybuchu.

obietnica2

Sam pomysł jest interesujący, dając szansę na poznanie umysłu tej dziewczyny. Z jednej strony wydaje się być zagubiona i niestablina, z drugiej bardzo silna manipulantka, świadoma swojej siły wobec swojego chłopaka. Tylko dlaczego nie mogę pozbyć się wrażenia, że te dwie osobowości nie są w stanie połączyć się w jedną osobę, co widać w wielu przeszarżowanych scenach (przesłuchanie na posterunku). Ale to nie jest jedyny problem, bo po intrygującym początku „Obietnica” rozdrabnia się, zaś sama tragedia wywołuje jedynie obojętność. Jakby wiem, że chodziło o pokazanie jaki wpływ może mieć słowo rzucone w sieci, że brak silnego autorytetu może doprowadzić do zezwierzęcenia. Że młodzi ludzie trzymają swoich rodziców w niewiedzy na temat swojego życia to wręcz oczywisty fakt. Tylko, że te wnioski wykładane przez reżyserkę są zwyczajnie banalne i brakuje mocniejszego uderzenia jak w „Sali samobójców”. Skupienie się na Lili troszkę przypomina kino skandynawskie z kamerą miejscami wręcz przyklejoną do jej twarzy, co jest pewną zaletą.

obietnica3

Ale jest to broń obosieczna – przez to „Obietnica” jest filmem chłodnym, pozbawionym emocji i zaangażowania. Jestem pewien, że był to celowy zabieg, jednak poszło to o krok za daleko. Historia nie angażuje, zaś postacie – w tym nasza bohaterka – są ledwo zarysowane, nie mając zbyt wiele do pokazania czy zaoferowania (dotyczy to głównie rodziców chłopaka). Wyjątkiem od tej reguły są: pojawiający się z Danii ojciec (mocny Andrzej Chyra) oraz chłopak matki (solidny Dawid Ogrodnik), postawienie w kontraście do siebie. Pierwszy, nieobecny i wycofany, drugi bardziej otwarty, wyluzowany oraz odpowiedzialny. Ale nawet oni nie są w stanie podnieść tego filmu na wyższy poziom.

„Obietnica” daje intrygujący początek, by dalej zakończyć się tylko niespełnieniem. Ciekawy pomysł oraz skandynawski chłód zderzone zostały z nijakością scenariusza oraz nierównym aktorstwem. Kolejna próba pójścia w trendy opowieści o młodzieży.

5/10

Radosław Ostrowski

Śniegu już nigdy nie będzie

Sam początek tego filmu jest bardzo zagadkowy. Widzimy jakiegoś mężczyznę wychodzącego z lasu, bardzo ciemnego, liściastego, ale sylwetka jest niewyraźna. Nie wiemy kim jest, skąd pochodzi i dokąd zmierza. W następnym ujęciu widzimy już mężczyznę jadącego czymś w rodzaju windą na pomost, a potem trafia do takiego osiedla gdzieś poza miastem, gdzie przebywa raczej grono dzianych ludzi. Więc nasz bohater o imieniu Żenia podejmuje się tutaj pracy jako masażysta. Z czasem jednak poza masowaniem robi rzeczy w rodzaju hipnozy, co pozwala lepiej poznać swoich klientów.

Moja relacja z Małgorzatą Szumowską jest raczej na zasadzie chłodnego dystansu. Większość jej filmów nie trafiała do mnie, oprócz „33 scen z życia”. Jej nowy film zrobiony wspólnie z operatorem Michałem Englertem został wystawiony jako kandydat do Oscara za film nieanglojęzyczny. W zasadzie „Śniegu już…” idzie tą sama ścieżką co „Body/Ciało”, czyli miesza komedię z dramatem, polewając sosem metafizycznym. Cała historia skupia się albo na interakcjach Ukraińca ze swoimi klientami albo na chwilach, gdy jesteśmy z nim sami w jakimś obskurnym lokum na osiedlu. A km tak naprawdę jest ten masażysta z okolic Prypeci? Bo poza masażem hipnotyzuje klientów, słucha ich, obserwuje, lecz wydaje się mocno nie ingerować w ich życie. Ale kto to jest? Hipnotyzer? Nowy Kaszpirowski? Naznaczony promieniowaniem facet z mocami? Oszust? A może kimś zupełnie innym?

Reżyserka nie daje jednoznacznych odpowiedzi, podrzucając tylko drobne okruszki. Jakieś drobne wspomnienia z matką, momenty użycia hipnozy, ale tak naprawdę niczego pewnego o nim nie wiemy. Nie możemy być pewni czy Żenia (intrygujący Alec Utgoff) w ogóle istnieje, co daje szerokie pole do interpretacji. Troszkę więcej wiemy o jego klientach, którzy są nieszczęśliwy, choć ich status materialny mówi coś zupełnie innego. Naznaczony wojną żołnierz (wyciszony Andrzej Chyra), sfrustrowana żona i matka (rewelacyjna Maja Ostaszewska), walczący z rakiem metodami konwencjonalnymi mężczyzna (wyrazisty Łukasz Simlat) czy skrajnie racjonalistyczna wdowa (cudowna Agata Kulesza). Nie wszyscy z nich mają równo tyle samo czasu, lecz Szumowska pozwala ich poznać bez dużej ilości dialogów.

Dodatkowo całość spotyka się z humorem, ale tym razem nie wywołuje tu dużego zgrzytu jak się wcześniej zdarzało (scena tańca baletowego czy magiczna sztuczka zrealizowana mastershotem). Także wizualnie „Śnieg…” prezentuje się najlepiej ze wszystkich filmów reżyserki. Świetnie wygrywany jest kontrast miedzy mieszkaniem Żeni a sterylnymi domostwami swoich klientów oraz czuć rozmiar osiedla.

Powiem szczerze, że nie miałem zbyt wielkich oczekiwań, szczególnie po obejrzeniu ostatniego filmu Szumowskiej. A tutaj reżyserka realizuje swój najlepszy film w karierze, z wieloma niezapomnianymi scenami oraz fantastycznym aktorstwem. Tajemniczy, intrygujący, wciągający oraz prowokujący do refleksji z enigmatycznym protagonistą. Aż boję się pomyśleć, co nowego zrobi Szumowska.

8/10

Radosław Ostrowski

Magnezja

Pogranicze polsko-sowieckie w okresie przedwojennym do bezpiecznych nie należało. Bardzo duża przestrzeń pozwala na przemyt i dawało tło niemal godne Dzikiego Zachodu. Do tego wniosku doszedł reżyser „Disco Polo” i postanowił zrobić pierwszy od dawna western. Obecny w sieci teaser obiecywał czysto rozrywkowe kino. Czy to się udało?

Jak wspomniałem, akcja toczy się na pograniczu polsko-sowieckim. To tutaj działa ród Lewenfiszów, który zajmuje się przemytem dla Sowietów do spółki z Lwem Alińczukiem. Po śmierci ojca rodziny, interes przejmuje najstarsza siostra, Róża. Kobieta decyduje się wejść w bardziej opłacalny interes pod postacią przemytu narkotyków. W tym samym czasie w małym miasteczku pracują bracia syjamscy Hudini (Albert i Albin), prowadzący salon fotograficzny. Jeden z nich podkochuje się w córce właściciela banku, który robi interesy z Lewenfiszami. Panowie decydują się zrobić podkop i napaść na bank. Niestety, nie wszystko idzie zgodnie z planem, a wszystko przez jedną z sióstr Lewenfiszów, Zbroję. Kobieta przypadkowo odkrywa plan braci i zostaje zabita. Sprawa się komplikuje, sytuacja staje się napięta, a do tego pojawia się inspektor Kochaj.

Czego się można spodziewać po opisie, film jest hybrydą kryminału, kina gangsterskiego oraz westernu. Od nadmiaru postaci można dostać zawrotu głowy. Są tu tajemnice rodu, wiszące w powietrzu spięcie między rodem a Sowietami czy policjantka z przeszłością. No i bracia Hudini traktowani przez otoczenie z wrogością, pragnący kasy na operację rozdzielenia. Przeskakiwanie z wątku na wątek może wydawać się chaotyczna, jednak to tylko pozory. Bochniak pewnie pokazuje skomplikowane relacje (głównie między siostrami Lewenfisz), dając każdemu szansę na poznanie charakteru i motywacji. Sama historia ma pewne momenty przestoju, ale też i parę zaskoczeń, więc o jakiejkolwiek nudzie nie ma mowy. Zaś samo zakończenie jest wręcz wystrzałowe.

Realizacyjnie „Magnezja” wygląda naprawdę bardzo dobrze. Westernowy klimat buduje muzyka Jana A.P. Kaczmarka z klasycznym dla tego gatunku instrumentarium (gitara elektryczna, harmonijka ustna, smyczki). Swoje też robi bogata scenografia oraz pasujące do epoki kostiumy, uzupełnione przez piękne zdjęcia. Plus absolutnie topowa obsada z kilkoma mocnymi kreacjami. Kolejny raz mnie zaskakuje Maja Ostaszewska, tutaj jako twarda Róża, bezwzględnie walcząca o kontrolę nad interesem i nie patyczkująca się z nikim. To ona tak naprawdę rządzi na ekranie. Cudownie się sprawdza duet Ogrodnik/Kościukiewicz jako bracia Hudini, którzy charakterologicznie są tak różni jak tylko się da. Swoje też robi Andrzej Chyra ze swoim akcentem jak szef sowieckiej bandy, charakterna Agata Kulesza jako inspektor Kochaj oraz mało mówiąca Małgorzata Gorol.

„Magnezja” potwierdza jedno: Maciej Bochniak to reżyser mający oko do kręcenia filmów i będzie zawsze wyróżniał się z tłumu. Mimo pewnych momentów spowolnienia zabawa jest przednia, intryga sprawnie poprowadzona, a zakończenie może sugerować ciąg dalszy. Czy taki powstanie? Czas pokaże, a ja chętnie bym obejrzał.

7/10

Radosław Ostrowski

Wszystko, co kocham

Czy w kraju naznaczonym tragediami oraz martyrologią tak wielką, że wszelkie słowa wydają się zbyteczne można nakręcić film o dawnych czasach bez popadania w przeszłość, bez wielkich słów czy tragedii? Co jakiś czas pojawiają się delikwenci podejmujący się tego wyzwania, jednak to bardzo rzadkie przypadki. Tak też było z pewnym niepozornym filmem z 2009 roku o młodych, wchodzących w życie dorosłe chłopakach.

Jest rok 1981, gdzieś koło Trójmiasta. Tam mieszka Janek, który z bratem oraz dwoma kumplami grają punk rocka. Kapela się zwie WCK (Wszystko, co kocham) i zdaje się, że chcą iść w tą stronę. Ojciec chłopaka służy w wojsku, a dokładnie w Marynarce Wojennej, co paru osobom może się nie podobać. Ale wkrótce życie chłopaka wywrócą dwie rzeczy. Pierwszą jest poznania dziewczyna Basia, której ojciec jest opozycjonistą. I co może coś z tego będzie. Ale kończy się lato, zaczyna zima, a wraz z nią przychodzi stan wojenny.

Jak widać, jest tutaj wszystko, co powinno się znaleźć w kinie inicjacyjnym czy opowieści o dojrzewaniu. Nawet o dojrzewaniu w czasach, kiedy Historia bez zgody, bez pytania i pozwolenia wchodzi z butami, destabilizując spokojne życie. Ale jeśli spodziewacie się widoku pałujących milicjantów, rzucających bluzgami na prawo i lewo czy ordynarnych wojskowych, działających za pomocą terroru oraz zastraszania, lepiej sobie ten film odpuśćcie. Borcuch Historię osadza gdzieś w tle, na pierwszy plan wpuszczając postacie oraz zwykłe, codzienne życie. Z bardzo przyziemnymi problemami i zdarzeniami. Pierwsza miłość, bunt oraz niezrozumienie tego pojebanego świata, odcinającego skrzydła. Tak nagle, niespodziewanie. Jak w tym wszystkim żyć, marzyć, zakochiwać się? To jest trudne, a każda decyzja (jak koncert w szkole na maturze) może mieć konsekwencje tak poważne, że nie da się tego przewidzieć. Choć cały ten świat może wydawać się sielankowy czy wręcz w pastelowych barwach (przepiękne zdjęcia), a nawet czuć pewien nostalgiczny klimat potęgowany przez muzykę,  to gdzieś między słowami czuć pewne zagrożenie, niepokój. Przeplatane to jest drobiazgami jak wspólne palenie, podglądanie sąsiadki, wspólne próby czy wizyta u dziadków. Dla innych może być to dziwne, bo o takich wydarzeniach powinno się mówić tylko z wysokiego C.

I jest to rewelacyjnie zagrane, co dodaje tej młodzieńczej energii oraz świeżości. Odkryciem byli rewelacyjni jako kumple Mateusz Kościukiewicz (Janek) oraz Jakub Gierszał (Kazik), a chemia między nimi wydaje się naturalna jak powietrze, którym się oddycha. Do spółki z nimi jeszcze wchodzi cudowna Olga Frycz (Basia), której nie da się zapomnieć. I nie mówię tu tylko o scenie na plaży. Stara gwardia też robi radzi świetnie, ze szczególnym wskazaniem na Andrzeja Chyrę jako ojca. I to ta relacja nabiera silnej dynamiki, zmieniając się diametralnie oraz dodając wiele ciężaru.

Wracając po latach, zaczynam bardziej doceniać szczerość i bezpretensjonalność dzieła Borcucha. Owszem, jak niemal każde wspomnienie po latach, bywa troszkę ugrzecznione, ale nie unika tła historycznego. Tylko, ze pozostaje ono tłem dodającym smaczku dla tej poruszającej historii, dotykającej uniwersalnych tematów i robiąc to bez napinania się. A to już jest coś.

8/10

Radosław Ostrowski

1983

Pierwszy polski serial Netflixa – pamiętam jakie było poruszenie na dźwięk tych słów. Dodatkowo na wyobraźnię podziałał fakt, że był to thriller SF osadzony w alternatywnej historii naszego kraju. No i jeszcze nie byle jakie reżyserki: Agnieszka Holland, Kasia Adamik, Olga Chajdas i Agnieszka Smoczyńska. Co mogło pójść nie tak? Wiele rzeczy. Zwłaszcza kiedy scenariusz pisze Amerykanin w swoim języku, a potem jest to mechanicznie tłumaczone na polski. To jednak tylko drobiazg, ale po kolei.

Akcja toczy się w 2003 roku, kiedy Polska nadal jest w bloku komunistycznym, choć siła Związku Radzieckiego nie jest tak mocno obecna. Technologia jest bardzo rozwinięta, mimo braku social mediów. W tym świecie żyje Kajetan Skowron – młody student prawa, którego rodzice zginęli w zamachach terrorystycznych w 1983 roku. Mieszka z babcią, ma piękną dziewczynę (córkę ministra gospodarki) i jest idealistycznie zapatrzony w nowy, wspaniały świat. Wszystko się zmienia kiedy w niejasnych okolicznościach ginie jego mentor – sędzia Żurawski. Przed śmiercią wręcza mu akta sprawy sprzed 5 lat, kiedy doszło do morderstwa całej rodziny. Prowadzący śledztwo milicjant miał wątpliwości, co do winnego, ale został zdegradowany. Teraz inspektor Anatol Janów prowadzi sprawę samobójstwa młodego chłopaka. Pracował on jako drukarz zarówno dla rządu, jak i dla komórki terrorystycznej zwanej Lekką Brygadą. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem by stwierdzić, że drogi obu panów się przetną.

Na papierze ta historia ma wszystko, by przykuć uwagę. Intryga kryminalna przeplata się z polityczno-szpiegowskimi rozgrywkami na szczytach władzy. Zderzenie młodego idealisty z cynicznym twardzielem znającym swoje możliwości i ograniczenia też obiecywało wiele, tak jak cała otoczka tajemnicy. I co z tego dostajemy? Może nie nic, ale bardzo niewiele i sama konstrukcja tego świata wydaje się nieprzekonująca oraz pełna luk. Jak w ogóle doszło do tego gospodarczego cudu? Gdzie zniknęli działacze opozycji, o których się tu praktycznie nie wspomina (słowo Solidarność nie pada)? I kto tak naprawdę steruje tym krajem? Minister gospodarki, dowódca armii czy szef tajnych służb? A może jest ktoś jeszcze silniejszy?

Jedyną najciekawszą rzeczą tutaj jest obecność Wietnamczyków, będących z jednej strony siłą roboczą i imigrantami. Ale są też tacy bardziej obrotni jak Wujek – biznesmen, niby będący neutralny, ale tak naprawdę działający dla każdego, kto jest w stanie zapłacić. Mało tego, jest nawet specjalna dzielnica w Warszawie zwana Małym Sajgonem. I to miejsce budzi skojarzenia z „Blade Runnerem”. Realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, bo udaje się zbudować klimat dystopijnego państwa policyjnego. Lekko neonowe, nocne zdjęcia, stonowana kolorystyka, równoległy montaż oraz scenografia mieszająca stare z nowym – to wygląda i ogląda się świetnie.

O ile jeszcze ta zamotana intryga jeszcze potrafi wkręcić, to jednak są tutaj dwa bardzo ważne problemy. Po pierwsze, bardzo nienaturalne dialogi. Z jednej strony są przeładowane ekspozycjami i parę zdań jest powtarzana istotna kwestia dla fabuły. Czyli jest zbyt łopatologicznie. Druga sprawa to jest tłumaczenie, gdzie postacie często używają w zdaniu słowa „ja”. Albo kiedy imiona i nazwiska nie są deklinowane, co jeszcze bardziej wywołuje poczucie obcości. No i jeszcze tempo strasznie nierówne: od przyspieszenia aż po chwile przestoju ze zbędnymi wątkami pobocznymi. Zupełnie jakby chciano upchnąć wszystko do tych 8 odcinków, by zbudować podwaliny pod 2. Sezon (który nie powstanie).

No i aktorsko jest tutaj jak na poziomie scenariusza, czyli nierówno. Albo w najgorszym wypadku te postacie są niewykorzystane i pojawiają się na bardzo krótko (jak w przypadku Andrzeja Konopki czy Łukasza Simlata) lub ich wątki nie prowadzą donikąd (tutaj to dotyczy niestety Edyty Olszówki oraz Zofii Wichłacz). Z głównych ról najlepiej sprawdza się zawsze trzymający poziom Robert Więckiewicz. Niby takich bohaterów już widzieliśmy wcześniej (cyniczny, złamany przez życie twardy glina), ale nadal to działa i daje się mu oblicze kogoś innego niż ostatniego sprawiedliwego. Niestety, najsłabszym ogniwem jest Maciej Musiał, będący tutaj absolutnie drewniany. Rozumiem, że to miał być młody idealista zderzony z prawdziwym obliczem systemu, jednak absolutnie tej postaci nie uwierzyłem. Głos jest kompletnie wyprany z emocji, zaś wszelkie próby ekspresji kompletnie nie działają. Znacznie lepsza jest Michalina Olszańska jako szefowa Lekkiej Brygady, Ofelia. Niby twarda, gotowa na siłową konfrontację, ale skrywa w sobie bardziej delikatne oblicze. A nawet uwodzicielskie, spróbujcie oderwać wzrok od niej, bo ja nie dałem rady. Drugi plan jest aż przebogaty w znane twarze (od Tomka Włosoka przez Bartka Bielenię), ale najbardziej zapada w pamięć Mirosław Zbrojewicz (generał Świętobór) oraz Vu Le Hong („Wujek” Bao Cho).

Czy ten serial zasługiwał na aż tak chłodny odbiór w dniu premiery? Troszkę tak, bo miał całkiem ciekawy pomysł, ale nie wiedział kompletnie co chce opowiedzieć. Rzuca wątkami na prawo i lewo, przez co ma się poczucie niedosytu. Czegoś tutaj brakuje, przez co czasami się nudziłem i ciężko mi było w to wejść.

6/10

Radosław Ostrowski

Mowa ptaków

Czy my lubimy reżyserów-wariatów? Takich, co grają wszystkim na nosie – krytykom, widzom, kolegom z branży. A po obejrzeniu ich dzieł ma się taki mętlik, że nie wiadomo, co z tym fantem zrobić? Możecie próbować to rozgryźć, tylko że to może być droga donikąd, bo nie wszystkie sensy są jasne i czytelne. Albo wskoczyć do tego rozpędzonego pociągu z nadzieją, że wrócicie w jednym kawałku. Już na samym plakacie jest ostrzeżenie: To nie jest film dla Ciebie. Prowokacja, prawda czy wyzwanie? Zostaliście ostrzeżeni.

mowa ptakow1

O fabule nie chce mówić, bo w zasadzie trudno ją opisać, a całość skupia się na czterech bohaterach. Marian jest nauczycielem języka polskiego i etyki, który zostaje zwolniony z pracy. Wszystko dlatego, że stanął w obronie kolegi Ludwika – historyka. Ten przez swoich uczniów, co wchodzą mu na głowę, dołącza do grupy kibolów. Jest jeszcze kompozytor Józef ze swoją dziewczyną, Anią. Ona sprząta u nowobogackiego prezesa banku, on chce napisać przebój i choruje na trąd. Jest jeszcze ktoś piąty: „szpiegówa” Ala, co filmuje wszystko na swoim telefonie i kocha kino. Wszystko się skupia na zderzeniach tych postaci z naszą rzeczywistością, a konstrukcją podzielone jest na segmenty.

mowa ptakow4

„Mowa ptaków” to takie problematyczne kino, które bardzo trudno jest opowiedzieć. To inna bajka, gdzie nie do końca wiadomo czego się spodziewać. Właściwie ciężko też rozgryźć (na początku) o co tu w ogóle chodzi. Bo tematów dotykanych przez reżysera jest multum. Bardzo krzywe spojrzenie na rzeczywistość, pełną bełkotu oraz pustej gadaniny, świadomych (lub nie) odniesień do (pop)kultury, estetyczne kolaże, dziwaczne jazdy kamery, tzw. inteligencja (choć nie wiem, czy pasuje do definicji) posługująca się swoim własnym, niezrozumiałym językiem, hołd skierowany ku Żuławskiemu oraz próba rozliczenia z nim, relacja ojciec-syn. To ja wyłapałem, ale na pewno jest tego o wiele więcej. I wiem jedno: jeden seans nie wystarczy, by posklejać to wszystko do kupy.

mowa ptakow2

Jak ogarnąć ten cały pierdolnik? Chaotyczne, wariackie, pokręcone, bełkotliwe, a może genialne? Ja wam tej odpowiedzi nie dam. A jeśli myślicie, że reżyser też jej udzieli. Najwyżej może pokazać wam środkowy palec i walnąć takimi słowami, iż nie będziecie wiedzieli co odpowiedzieć. Granie na nosie widać tu wielokrotnie: od konstrukcji narracji przez lekko surrealistyczną muzykę i gwałtowne cięcia montażowe aż po ostatnią scenę. A ona rozrywa głowę na strzępy, nie zostawiając nic. Czegoś takiego nie widziałem od dawna.

mowa ptakow3

Wszystko jest też świetnie zagrane. Po prostu. Zarówno młodzi z Erykiem Kulmem i Jaśminą Polak, jak i bardziej doświadczeni pokroju Andrzeja Chyry oraz Daniela Olbrychskiego. Jednak jest jeden aktor, który zawłaszcza ekran dla siebie i jest to… Sebastian Fabijański. Jego Marian to dziwaczna postać: niespełniony pisarz, inteligent pełnokrwisty, ale dialogi wypowiada jakby był dresiarzem. Magnetyzuje swoją obecnością, z czasem stając się kimś w rodzaju demiurga, zmieniającego rzeczywistość według własnych reguł. Ja chcę tego aktora oglądać częściej w takich rolach.

Nie jestem w stanie ogarnąć tej kosmicznej przestrzeni zwanej „Mową ptaków”. Bełkot, grafomania czy geniusz? Na pewno jest to unikatowe, niesamowite doświadczenie, mocno odbijające się od poziomu polskiego kina. Ale ostrzegam, to nie będzie łatwa przeprawa, lecz warta spróbowania.

7,5/10, może nawet 8/10

Radosław Ostrowski

Juliusz

Z polskimi komediami jest jak z polskim boksem. Obydwie dyscypliny mają bardzo bogate tradycje, wielkich mistrzów, ale ostatnio nie odnosi zbyt wielu sukcesów, a wielcy mistrzowie ostatnio gubią się w tym świecie. Na hasło polska komedia większość osób (w tym i ja) reaguje, jeśli nie z przerażeniem, co z bardzo dużymi wątpliwościami. Że będzie przesłodzona bajeczka, będąca marną imitacją wzorców z Wielkiej Brytanii lub USA, gdzie zamiast dowcipu będzie nachalny product placement, antypatyczni bohaterowie i kompletne oderwanie od rzeczywistości. Ewentualnie jeszcze sporo dowcipów poniżej pasa jak u Patryka Vegi. Nie oznacza to jednak, że nie próbowano podjąć prób przełamania tego schematu, w czym przodują debiutanci. Po Pawle Maślonie („Atak paniki”) dołącza do tego grona Aleksander Pietrzak swoim pełnometrażowym debiutem „Juliusz”.

juliusz1

Kim jest tytułowy bohater? Nie jest ani Juliuszem Cezarem, ani Juliuszem Słowackim, ani nawet nie jest Machulskim. To mieszkający w jakimś małym mieście nauczyciel plastyki, czyli przedmiotu, na którym tak naprawdę nikomu nie zależy. Ani dyrektorowi, ani uczniom, ani nawet samemu Julkowi. Mieszka razem z ojcem, który troszkę za mocno bierze z życia (głównie alkohol i kobiety) i ma dość cwanego przyjaciela Rafała. No i potrafi ładnie rysować, choć nikomu swoich rysunków nie pokazał. Ale spokój nie jest utrzymywany na długo – ojciec jest po drugim zawale i pojawia się przypadkowo poznana kobieta o wdzięcznym imieniu Dorota.

Początek „Juliusza” to przede wszystkim zbiór gagów, gdzie Juliusz zostaje zderzony z dość absurdalnymi sytuacjami: a to inwalida na wózku go okrada (i to Julek dostaje paralizatorem), a to zostaje mu do auta wbita gałąź ze ściętego drzewa, a to Julek pracuje jako… żywa taca z jedzeniem (nie wiem, jak to inaczej nazwać). Pozornie nie wątki wydają się być mocno oderwane, ale gdzieś w połowie drogi nagle wszystko zaczyna spinać się w jedną całość i staje się to bardziej poważne niż się wydawało. Scenariusz pisało pięciu gości (w tym dwóch stand-uperów i jeden krytyk filmowy), przez co widać pewne nierówne tempo w serwowaniu humoru. Czasem pojawi się ironia ze slapstickiem, jest parę skeczy poniżej pasa (akcja ze strażą miejską oraz sprawa z pęcherzem), lecz nie jest tego aż tak dużo, przez co udaje się uniknąć poczucia żenady.

juliusz2

Pozornie sklejka trudnej relacji ojca-hedonisty z bardzo wycofanym, lekko neurotycznym synem (taki Adaś Miauczyński, tylko light), wątku sensacyjnego (Dorota musi spłacić gangsterom dług) oraz komedii romantycznej (powiedzmy) tworzy dość zaskakujący oraz bardzo sympatyczny koktajl. Jest zabawnie, wzruszająco i poważnie (czasem naraz) i nie wywołuje to aż tak dużego zgrzytu, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Do tego mamy naprawdę porządną realizację (tutaj wybijają się animowane wstawki – szkoda, że ich tak mało), wiele dowcipnych scen i tekstów oraz niemal rozbrajający finał, doprowadzający do rozpuku.

juliusz3

To wszystko by nie wypaliło, gdyby nie wyczucie reżysera oraz aktorów. Bardzo dawno nie widziałem tak świetnego Wojciecha Mecwaldowskiego. Tutaj aktor bardzo dobrze odnajduje się jako neurotyk, który znajduje się w dość niewygodnej sytuacji i zwyczajnie boi się zaryzykować, wyrwać się ze swojej strefy bezpieczeństwa. Powoli jednak tak postać zaczyna dojrzewać, a jej ewolucja jest pokazana bardzo przekonująco i nienachalnie. Aktorowi partneruje cudowny Jan Peszek w roli ojca, mocno czerpiącego z życia (jakkolwiek to brzmi), ale jednocześnie naznaczonego pewną nieprzyjemną przeszłością. Na drugim planie szaleje wracający do dobrej formy Rafał Rutkowski (Rafał) oraz będąca mieszanką ciepła i twardego charakteru Annę Smołowik (Dorota), zaś w tle jeszcze przewija się masa drobnych epizodów, dodających sporo frajdy (więcej nie powiem, sami musicie to zobaczyć).

Ten komediodramat (bo to nie jest stricte komedia) jest kolejnym światełkiem w tunelu dla twórców, których celem jest rozśmieszenie, rozbawienie ludzi. „Juliusz” jest bardzo intrygującą mieszanką w stylu „Debiutantów” Mike’a Millsa, czyli słodko-gorzka opowieść z dojrzewaniem do odpowiedzialności w tle oraz życiu po swojemu. Dobre i to na początek.

7/10

Radosław Ostrowski

Pomiędzy słowami

Może się wydawać, że kwestie dotyczące imigrantów są już tak ograne, iż nie ma szansy opowiedzenia czegoś nowego i ciekawego w tej materii. A już zwłaszcza, gdy bohaterem tej opowieści jest Polak. Michał (a właściwie Michael) jest pracownikiem kancelarii adwokackiej, utrzymującej bardzo duże dochody. Tylko, że nasz bohater czuje się bardziej Niemcem, próbuje się zasymilować z nowym otoczeniem, wypierając się swoich korzeni. Ale w ten weekend przyjeżdża do niego ojciec, który był uważany za zmarłego.

pomiedzy_slowami1

Urszula Antoniak jest polską reżyserką, która od lat mieszka i tworzy w Holandii, zaś „Pomiędzy słowami” to już trzecia fabuła. I na pierwszy rzut oka wydaje się kinem artystycznym, skupionym na tym, co niewypowiedziane, skryte miedzy słowami, gestami oraz spojrzeniami. Historia toczy się bardzo powoli, a wszystko toczy się wokół dwóch wątków. Pierwszy to próba nawiązania relacji chłopaka z ojcem, o którym nic nie wiedział. Obaj są dla siebie obcymi, dorosłymi ludźmi, nie mającymi ze sobą niemal nic wspólnego, a początkowa nieufność staje się coraz szybciej przełamywanym. Zaczynałem coraz bardziej widać tworzącą się więź, w czym pomagają niegłupie dialogi oraz pewna aura tajemnicy wokół postaci ojca. Z drugiej strony film pokazuje bohatera jako osobą odnoszącą duże sukcesy, lecz odcinającą się od swoich korzeni. Michael „wypiera” się polskości nie tylko za pomocą języka (szef zauważa, że mówiąc po polsku jest innym człowiekiem), ale też sposobem bycia, w swoim niemal pustym mieszkaniu. Więc kim jest Michał, który sprawia wrażenie wycofanego, wręcz chłodnego cyborga pozbawionego uczuć, emocji, ciągle chodzący w garniturze z krawatem?

pomiedzy_slowami2

Reżyserka nie próbuje dawać odpowiedzi, a jej praca polega na przyglądaniu się naszemu bohaterowi niczym laboratoryjnemu szczurowi. W zasadzie mogłoby to wynudzić, ale sam film wygląda wręcz przepięknie. Nie tylko dlatego, że całość jest czarno-biała, ale ta kolorystyka buduje klimat nierzeczywistości, aury tajemnicy, zagadki, wspierany przez piękną muzykę. Dobre wrażenie psuje za to zakończenie, będące zbyt dosadne, wręcz zaprzeczające całej reszcie.

pomiedzy_slowami3

Jednak najmocniejszym punktem pozostają znakomicie grający Jakub Gierszał (Michał) oraz Andrzej Chyra (ojciec). Ten pierwszy jest bardzo wycofany, wyalienowanym człowiekiem, próbującym się scalić ze swoim domem. Ale ten drugi najbardziej przyciąga – człowiek z tajemnicą, poczuciem winy, próbujący odkupić swoje dawne błędy. Ich wspólne rozmowy podkręcają emocje i prowokują do zastanowienia.

„Pomiędzy słowami” pozornie może się wydawać stylowym, eleganckim, ale bardzo nudnym dramatem psychologicznym a’la Kieślowski. Antoniak potrafi skupić uwagę nie tylko formą, lecz bardzo niejednoznacznym bohaterem, stawiając pytania o imigrantów, koegzystencję oraz integrację Europy, bez politycznego komentarza.

7/10

Radosław Ostrowski