
Obok Raya Wilsona to najbardziej znany zagraniczny muzyk mieszkający w Polsce od lat. Gitarzysta, wokalista, autor tekstów, współtwórca Maanamu – to tylko nieliczne dokonania Johna Portera. Dwa lata temu Walijczyk wydał swój ostatni, studyjny album „Honey Trap”, którą współprodukował z Philem Brownem (współpraca m.in. z Talk Talk, Robertem Plantem czy Bobem Marleyem). Co z tego wyszło?
Mieszanka rocka, bluesa z folkiem. Czuć ducha dawnych lat, co czuć w garażowym „My Dark Places” z falującymi riffami na początku, wprowadzając w mroczny nastrój. Podobnie jest w surowym „In The Blue Room”, które nadawałoby się idealnie do filmu Davida Lyncha (pulsujący bas, ścinająca gitara), by następnie zagalopować w tytułowym utworze, nadając odpowiednie tempo, nie zmieniając klimatu. I wtedy następuje niespodziewane wyciszenie w postaci „Light on a Darkened Road” z poruszającymi smyczkami oraz lirycznym fortepianem, kontynuowane przez rock’n’rollowy „Night Smoke”.
Jednak spokój nie trwa długo, co sygnalizują mroczne klawisze oraz powolny bas wsparty przez zadziorną gitarę w „Where The Sun Never Shines” oraz smęcący (ale za to jak!) „Black with the Blues” z plumkającymi smyczkami i ostrym riffem pod koniec, dając na finał… odjeżdżający pociąg. Bluesowe „Love Don’t Save You” z nieprzyjemnymi organami od połowy potrafi zmrozić krew w żyłach, a oniryczne „Dreaming of Drowning” ma w sobie coś z klimatu Nicka Cave’a. I tak mroczno-lirycznie zostanie do końca (bluesowe „Something New”).
Sam Porter z lekko zmęczonym, „cave’owym” głosem robi niesamowite wrażenie, tak samo jak refleksyjne (i pozbawione banalności) teksty. Ta pułpka na miód okazała się zabójczo skuteczna i trudno będzie ją wymazać z głowy.
8/10
Radosław Ostrowski
