
Australijska muzyka kojarzy mi się przede wszystkim z Nickiem Cavem oraz jego zespołem the Bad Seeds. Jednak od lat działa tam też zespół King Gizzard & the Lizard Wizard. Nazwa pokręcona i taką też muzykę gra grupa kierowana przez septet z Melbourne pod wodzą wokalisty Ambrose’a Kenny’ego Smitha. Mimo sześciu lat działalności, wydali do tej pory dwie EP-ki oraz siedem longplayów. Pora sprawdzić najnowsze wydawnictwo.
Utwory są długie, czyli ponad pięciominutowe i nad tym wszystkim czuć aurę psychodeliczno-dziwaczną. Już „Robot Stop” daje o sobie znać dziwacznymi pasażami gitary ze zniekształconymi głosami, walącą perkusją, harmonijką ustną i „kosmiczną” elektroniką. Ktoś albo za dużo słuchał Franka Zappy albo – co gorsza – The Flaming Lips. Czyli jest głośno, nawet bardzo ostro, wokal irytuje, a we wszystko wkrada się totalny chaos. Innymi słowy, nie jest to kompletnie moja bajka. Zdarzają się jednak momenty pozwalające na odrobinę spokoju (łagodny – jak na tego typu produkcję – wstęp „People-Vultures” czy pachnący latami 60. „Mr. Beat” ze staroświeckimi Hammondami), jednak wymaga to sporo cierpliwości, gdyż najfajniejsze momenty pojawiają się w drugiej połowie.
„Evil Death Roll” to bardziej podrasowana jazda po bandzie, która budziła moje skojarzenia z… „Weapon of Choice” Fatboy Slina (chyba chodziło o sekcję rytmiczną) na dopalaczach z instrumentalnymi wstawkami gitarowymi oraz delikatniejszymi klawiszami. Lżejsze jest także „Invisible Face” z oniryczną wstawką fletu oraz orientalną perkusją, by przejść do „Wah Wah” z pobrudzonymi na wszelkie możliwe sposoby gitarami (końcówka akustyczna), płynnie przechodząc do finałowego „Road Trip” – gitary są paskudne, perkusja się rozpędza, by potem przejść w szybkiego bluesa.
Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zmierzyć się z „Nomagon Infinity”, ale jedno mogę powiedzieć – to strasznie nierówna płyta, która zyskuje w połowie drogi. Pod warunkiem, że dotrzecie tam, bo muzycy nie ułatwiają nam tego zadania. Dlatego jest to zaledwie niezły materiał.
6/10
Radosław Ostrowski
