
Dla fanów rocka progresywnego nazwisko Dave Kerzner nierozerwalnie łączy się z debiutancką kapelą Sound of Contact, która trzy lata temu wydała swój pierwszy album, a frontmanem był wokalista i perkusista Simon Collins. Kerzner był tam klawiszowcem oraz autorem utworów. Jednak po wydaniu debiutu doszło do spięć w grupie i Kerzner odszedł (na szczęście wrócił i już pracuje z resztą nad nowym materiałem). Jednak w tym czasie (czyli w 2014) wydał solowy album, a ocenione tutaj wydanie zawiera dwie płyty i trwa ponad dwie godziny.
Zaczynamy od mocnego uderzenia, czyli 4-częściowego „Stranted”. Najpierw słyszymy jakiś szum i sygnał z komputera, potem „Hello” niczym echo – tykanie zegara, kroki, plumkanie w tle, walenie młotem i wtedy wchodzi fortepian do tego futurystycznego tła, wspierana przez gitarę Steve’a Hacketta (dawnego członka Genesis) i czujemy się jakbyśmy słuchali zaginionego prog-rockowego klasyka z lat 70. Perkusja ciosa niczym za Pink Floyd (nawet Kerzner ma głos troszkę podobny do Gilmoura). Jeszcze pojawiają się chórki, mocne, kosmiczne wręcz uderzenia perkusji (wręcz marszowo-militarne), klawisze grają delikatnie, ale pod koniec wchodzi kosmiczna elektronika oraz wyciszający całość fortepian. I przechodzimy do lżejszego „Into the Sun” z prześlicznym żeńskim chórkiem w środku. Bardziej przebojowy jest „The Lie”, który troszkę przypomina… RPWL i jest szybszy na tej części płyty. Wtedy pojawia się podniosły, instrumentalny „The Traveller” ze smyczkami oraz mechaniczno-kosmiczną elektroniką. To tylko dwuminutowa przerwa dla odrobinę onirycznego „Secret”, po krótkim jest krótki przerywnik pianistyczny „Reflection”, zakończonego tykaniem zegara. Ten dźwięk rozpoczyna akustyczne „Under Control”, które w refrenie brzmi po prostu mrocznie i niepokojąco, by pod koniec jeszcze wskoczyć chwytliwym fortepianem.
A po tym kolejny rozbudowany kolos, czyli „Redemption Suite”. Zaczyna się podniośle ze smyczkami, werblami oraz fortepianem, by potem wskoczyła szybsza gra gitary Francisa Dunnery’ego (It Bites) oraz nieprawdopodobna solówka perkusji.Wtedy w połowie następuje wyciszenie, pojawia się „komputerowy” głos żeński, smyczki niemal chóralne, by potem wszedł bas i powrócić do mocnego uderzenia, wyciszonego na sam koniec przez flety oraz fortepian. „In the Garden” zaczyna się magicznie od akustycznej gitary, wolnej perkusji, by wzbogacić całość elektryczną gitarą, zachowując niemal baśniową aurę. Podobnie spokojniejszy jest „No Way Out” z łkającą gitarą w środku, by na finał dostać „Recurring Dream” – też gitara płacze, a nawet wyje. Ale to dopiero pierwsza płyta.
Na początek drugiej dostajemy recytowane „Biodome” z kosmicznymi wstawkami oraz odgłosami latających pojazdów, dzieci. Wtedy pojawiają się śliczne klawisze w „Crossing of Fates” (gościnnie gra Keith Emerson z Emerson, Lake & Palmer), by zrobić miejsce dla podniosłych smyczków oraz żwawej gitary. Skrętem w stronę bardziej orientalną jest eteryczna „Theta” ze świętnymi bębenkami, kontynuowaną przez „My Old Friend” (tutaj więcej do powiedzenia ma gitara oraz klawisze), a w refrenie jest dynamiczniej. Równie mocny jest „Ocean of Stars” czy szybki, pianistyczny „Sollitude” z poruszającą wokalizą, a nawet przypominający ELO „Nothing” (prawdziwa petarda i jedyny przebojowy numer). Ale najlepsze dostajemy na sam koniec – 20-minutową suitę „Redemption”, która ma taką samą moc jak otwierający „Stranted”.
Sam Kerzner ma głos przypominający późnego Davida Gilmoura, ale to nie jest w żadnym wypadku wada. Samo wydawnictwo, poza masą piosenek oraz rozmachem, imponuje realizacją – produkcja jest pierwszorzędna, z muzyk garściami czerpie z tradycji gatunku prog rocka. I robi to niesamowite wrażenie, a „New World” chce się odpalić jeszcze raz i jeszcze raz. Tak bogato jest tutaj.
9/10 + znak jakości
Radosław Ostrowski
