
Bluesa czują wszyscy bez względu na wiek, pochodzenie i kraj. Nie inaczej jest w przypadku kanadyjskiej grupy No Sinner. Kwartet z Vancouver kierowany przez Collenn Ronninson właśnie wydał swoją drugą płytę pod wielce mówiącym tytulem „Old Habits Die Hard”.
I brzmi to jak klasyczny blues zrobiony z pazurem, czyli gitara z sekcją rytmiczną robi swoje, a zadziorny wokal Ronninson podkręca atmosferę. Tak jest w szybkim „All Woman”, ocierającym się o western (tylko taki na sterydach) „leadfoot” z przesterowaną gitarą oraz agresywną harmonijką w tle. Chwilę oddechu daje spokojniejsze i prostsze „Tryin’”, które brzmi bardzo przyzwoicie. Klasycznego rocka (troszkę spod znaku Guns’n’Roses) czuć w zadziornym „Saturday Night”, a powrót do bluesowych korzeni jest obecny w „Hollow” z delikatnym wsparciem fortepianu, by znowu wrócić i dać czadu. „Get In Up” to takie AC/DC, tylko dwa razy szybsze i bardziej melodyjne, uspokajając się we „Friend of Mine” (pod koniec jednak riff ostrzejszy jest). I wtedy pojawia się dziwna konsternacja, spowodowana przez „Fading Away” z basem oraz perkusją brzmiąca niczym z lat 80., by wejść w mrok dzięki brudnemu „When the Bell Rings”.
Kompozycje są naprawdę solidne (nastrojowe i wyciszone „Lines on the Highway” ze ślicznymi smyczkami), ale największego pazura czuć pod koniec w ponad 5-minutowych numerach. Taki jest imprezowy „One More Time”, gdzie gitarowe riffy rozsadzają wszystko wokół siebie, a środek zwalnia bardziej w rejony psychodelii. Znaczcie cięższy i surowszy jest „Mandy Lyn” z riffami jadącymi niczym walec drogowy, a wrzask pod koniec wywołuje ciarki.
Collenn trzyma to wszystko w ryzach, muzyka sprawia wielką przyjemność i chociaż nie ma tutaj niczego nowego, to jest tutaj impreza. Dla fanów jest jeszcze wersja deluxe, zawierająca trzy dodatkowe utwory: rock’n’rollowy „Wait”, wolniejszy „I Know It’s a Sin” oraz ocierający się o country „Slippin’”. Dla fanów blues rocka to pozycja obowiązkowa i interesująca.
7,5/10
Radosław Ostrowski
