
O tej wokalistce nie miałem kompletnie pojęcia. Jak podaje Internet, pochodzi ona z Gdańska, gdzie ukończyła Akademię Muzyczną, a jej repertuar stanowiła poezja śpiewana. Do tej pory wydała trzy płyty i to ta ostatnia z zeszłego roku została wzięta na celownik przeze mnie. Artystkę tym razem wsparli od strony producenckiej Leszek Biolik oraz Andrzej Izdebski, tworząc „Po godzinach” – pierwszy autorski materiał Luśni.
I jest to popowy album, ale nie w negatywnym znaczeniu tego słowa. Zaczyna się piękną mieszanką akordeonu, fortepianu oraz jazzowej perkusji w „I żeby było tak”. Jest skocznie, barwnie oraz przyjemnie. Podobnie próbują czarować „Rany”, chociaż delikatny fortepian skontrastowano z niepokojącymi dźwiękami elektroniki oraz (pojawiających się w środku) riffów, by zaraz wskoczyć w bardzo dynamiczną „Fajną niefajną”, gdzie szaleje bas. Czary wracają w brzmiącej niczym kołysanka „Rozdroża” oraz wspartej przez akordeon i ludowe naleciałości „Marionette” (utwór śpiewany po angielsku). Bliżej współczesności krąży „Zaklinanie”, gdzie gra delikatna gitara zmieszana z elektroniczną perkusją, by zaraz skręcić ku folkowi w ciepłej „Miejskiej grze” oraz melancholijnych „Kata-Strofach”. „Nienazwany szkic” jest pop-rockowym energetykiem, pełnym rozmachu (smyczki w refrenie) oraz chwytliwym refrenem, by płynnie przejść do wyciszonego, akustycznego walczyka „Little Bird” oraz nastrojowego, pełnego elektroniki „Świtania”.
Sama Aurelia ma bardzo dziewczęcy, pełen dużej energii głos, potrafiący wręcz rozsadzić całość. Do tego bardzo refelksyjne, a nie durne frazy na temat relacji damsko-męskich oraz ogólnie o życiu. I jest to propozycja warta uwagi nie tylko po godzinach i nie tylko jesienią.
7,5/10
Radosław Ostrowski
