
Nazwisko tego muzyka kojarzą fani The Black Keys. Jedna druga tego składu, czyli kompozytor, gitarzysta, wokalista i producent Dan Auerbach postanowił odpocząć od swojej formacji i nagrał solową płytę. W całości też ją wyprodukował. I jest to dość krótki (nieco ponad 30 minut) materiał.
Tytułowy utwór otwiera całość i czaruje swoim delikatnym brzmieniem (cymbałki oraz flety), cofając nas gdzieś w okres pop-rockowych dźwięków lat 60. i 70. A im dalej w las, tym obowiązkowa obecność Hammondów (“Malibu Man”), dęciaków oraz smyczków (“King of a One Horse Town”). Czasem bywa szybciej jakby to ELO grało (“Livin’ in Sin” z zadziorniejszymi riffami czy “Shine on Me”), ale to wszystko buja tak przyjemnie. Nawet, jeśli pojawia się tylko wokali i gitara akustyczna jak w “Never in My Wildest Dreams”, gdzie w połowie pojawiają się dęciaki czy niemal egzotyczną mieszankę oszczędnej perkusji z klawiszami w “Cherrybomb”, dodając zgrabne chórki w “Stand by My Girl”.
Piosenek jest niewiele, czas też jest dość krótki, ale w tym wszystkim jest zgrabna metoda na bezpretensjonalne retro granie, w którym Auerbach czuje się jak ryba w wodzie. Wokal nie jest może aż tak ekspresyjny jak w The Black Keys, ale to nie są takie agresywne i surowe numery jak w macierzystej formacji. Muzyk doczekał się piosenek, unika grania na jedno kopyto, a aranżacje są cudowne. Takich płyt chce się słuchać.
8/10
Radosław Ostrowski
