Nasza parka mieszka sobie gdzieś za miastem. On jest obiecującym reżyserem, ona aktorką i byłą ćpunką. Żyją ze sobą pięć lat i właśnie wracają z premiery debiutu Malcolma. Wydaje się, że są ze sobą razem, potrafią się dogadać. Wiele przeżyli, a teraz czekają na pierwsze recenzje. I być może byłaby to spokojna noc, gdyby nie jedna drobna sprawa.

Tego filmu początkowo miało nie być, tylko zacząć zdjęcia do drugiego sezonu „Euforii”. Ale wszyscy wiemy co się stało: koronawirus. Więc reżyser Sam Levinson postanowił na szybko zrealizować kameralną psychodramę. Klimat kina niezależnego jest wręcz namacalny od początku. Nie tylko dzięki czarno-białym zdjęciom czy wplecionej „czarnej” muzie w tle. Artystyczne środowisko wydaje się nie mieć aż tak wielkiego znaczenia. Wszystko ogranicza się do dwóch perspektyw: mężczyzny i kobiety. Ona po przejściach i chcąca pewnej wdzięczności, on bardziej skupiony na sobie, szorstki. Jakim cudem ta dwójka w ogóle się spotkała? Powoli zaczynamy odkrywać skrywane przez nich demony, lęki, pretensje, poczucie bycia tym gorszym. Każda rozmowa zaczyna coraz bardziej przypominać walkę bokserską z przerwami na chwilę oddechu. Choć rozmowa to czasem za duże słowo.

To przeplatane monologi każdej z postaci z reakcjami drugiej strony. Choć muszę przyznać, że czasem można odnieść wrażenie pretensjonalności. Ale w końcu to środowisko artystyczne, więc ta odrobina pretensji wydaje się być uzasadniona. Przy okazji obrywa się krytykom oraz ich bardzo ograniczonej percepcji („biała laska z LA”), ale też ile artysta może wykorzystać z życia bliskiej osoby do tworzenia swojego dzieła. To jest pewien naddatek, podnoszący troszkę całość na wyższy poziom, lecz nie jest niezbędny. Kilkukrotnie Levinson potrafi utrzymać w napięciu, co nie jest takie łatwe, zaś finał daje pewną nadzieję dla tej pary. Szansę na bliższe poznanie się oraz dalsze budowanie tego związku.

A wszystko trzyma na sobie tylko dwójka aktorów: Zendaya oraz John David Washington. Oboje są rewelacyjny, grając wręcz koncertowo. Zarówno razem, jak i każdej scenie osobno nie można oderwać od nich oczu, zaś chemia dosłownie rozsadza ekran. Dla tej dwójki absolutnie warto zapoznać się z nowym filmem Levinsona. Pozwoli to przeczekać na kolejny sezon „Euforii”.
7,5/10
Radosław Ostrowski
