Spider-Man: Całkiem nowy dzień

Nie będzie chyba przesadą, jeśli nazwę Spider-Mana jedną z najpopularniejszych postaci w całym dorobku Marvela. Być może wynika to z młodego wieku bohatera, który dopiero mierzy się z dorosłością i próbującego zbalansować swoje życie prywatne z ratowaniem świata w mikro skali. A w ostatnich czasach Pajączek pojawił się mocno: od trylogii Jona Wattsa dla MCU przez animowane „Spider-Verse” aż po tegoroczny serial „Spider-Noir”. Ale czy od tego przybytku jest miejsce na kolejne przygody Petera Parkera w Kinowym Uniwersum Marvela?

„Spider-Man: Całkiem nowy dzień” dzieje się po chaotycznym zamieszaniu w „Bez drogi do domu”, gdzie mieliśmy różne wersje Pajączka i ich wrogów, a także dochodzi do wymazania Parkera (Tom Holland) z pamięci wszystkich mieszkańców Nowego Jorku. Wliczając w to jego przyjaciół: MJ (Zendaya) i Neda (Jacob Balaton). Teraz chłopak mieszkanie gdzieś w Queens, korzystając ze wsparcia AI zwanego E.V. (Naomi Watts) i usprawniając swój kostium. Spokój jednak jest ostatnią rzeczą, na jaką może on liczyć, ciągle trzymając ludzi na dystans. Nawet pomagającej detektyw DeWolff (Lisa Colon-Zayas) czy samotnego wilka Franka Castle’a (Jon Bernthal). Ale pojawia się kolejne zagrożenie: ktoś desperacko próbuje wejść do Departamentu Kontroli Zniszczeń kierowanego przez Williama Metzgera (Tramell Tillman). Instytucja zajmuje się tworzeniem nowych technologii i narzędzi broni, wykorzystując także dawnych przeciwników jak Ręka. Co dziwniejsze wróg „opętuje” przypadkowych ludzi do osiągnięcia swojego celu, mocno utrudniając dopadnięcie go. Jakby tego było mało, coraz mocniej u Parkera odzywają się „pajęcze” geny, ograniczając jego kompatybilność z gadżetami.

Tym razem za kamerą stanął Destin Daniel Cretton, który już pracował z Marvelem przy „Shang-Chi” i serialowym „Wonder Man”, co dawało pewną nadzieję na odrobinę świeżej krwi. Głównie w kwestii scen akcji oraz choreografii walk, ale nie tylko. I ku mojemu zaskoczeniu historia ewolucji naszego sympatycznego chłopaka z sąsiedztwa bardzo sprytnie balansuje między powagą a humorem. Akcja (zwłaszcza bujanie się po mieście) wygląda bardzo przyjemnie i bardzo dynamicznie – przynajmniej od czasu trylogii Ramiego, gdzie nie brakuje zarówno długich ujęć (kompilacja akcji Spidera z bandziorami wszelkiej maści: od drobnych zbirów po Skorpiona i Tombstone’a), zabaw kamerą i perspektywą aż po dobrze wykorzystane slow-motion (starcie z wojownikami Ręki). Ale najbardziej imponuje tutaj gonitwa za „opętanym”, przeskakującym z ciała do ciała jak jakiś demon, przy okazji pozbawiając ich pamięci po zmianie gospodarza. Proste, ale kreatywne rozwiązanie, dodatkowo podbijające napięcie.

Intryga odkrywana jest bardzo powoli, choć nadal w centrum znajduje się Spider-Man. Tym razem próbujący samotnie walczyć ze złem oraz „mutacją” swoich genów. Częściowo jest to wygrywane w komediowy sposób jak pierwsze testy inhibitora, jednak potrafi też nagle uderzyć bardziej dramatycznymi chwilami jak retrospekcja z ciocią May czy spotkaniem na parapetówce u dawnych przyjaciół. Jednak najsilniejsze momenty dotyczą postaci granej przez Sadie Sink (ukrywano tożsamość przed premierą i dopiero pod koniec się wydało, ale ja nie zamierzam psuć niespodzianki) oraz finałowej konfrontacji, która mocno mi przypominała „Thunderbolts”. A wszystko zostaje spięte w bardzo satysfakcjonującym zakończeniu. Aczkolwiek niektóre efekty specjalne są troszkę niespecjalne i wyglądają szaro-buro.

Za to aktorsko jest tu naprawdę więcej niż dobrze. Tom Holland tutaj wypada najlepiej w roli Parkera/Pajączka, prezentując bardziej poważniejszego, przyziemnego bohatera. Nawet w najbardziej odjechanych momentach aktor gra bardzo przekonująco, nie rezygnując z odrobiny humoru. Strasznie podoba mi się ewolucja tej postaci. Wracają też starzy znajomy jak Zendaya i Balaton, ale także – ku zaskoczeniu wielu – Mark Ruffalo (Hulk), Florence Pugh (Jelena/Czarna Wdowa) oraz Jon Bernthal (Frank „Punisher” Castle), którzy tworzy całkiem niezły duet ze Spiderem. Jednak oni pojawiają się w zasadzie na chwilkę, na szczęście nie są rozpraszaczami i wrzuceni na siłę. Ale najważniejsza jest tutaj Sadie Sink, choć pojawia się fizycznie dość późno. Początkowo jest tajemnicza i enigmatyczna, ale powoli poznajemy jej motywacje, co pokazuje zupełnie inne oblicze. I mam nadzieję, że jeszcze ona wróci w tym uniwersum.

Czy „Całkiem nowy dzień” jest nowym początkiem dla Spider-Mana? Zdecydowanie tak i jest najlepszym filmem o Pajączku w MCU. Cretton nie tylko wnosi wiele barw do tego świata, ale też bardziej angażującą opowieść o kolejnym etapie dojrzewania oraz powolnym otwieraniu się na innych ludzi. Nie będzie przesadą, jeśli nazwę ten film najlepszą produkcją MCU od wielu lat i czekam na kolejne spotkanie z Peterem.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Odyseja

Christopher Nolan to jeden z tych reżyserów, którego filmy pozostają (mniejszym lub większym) wydarzeniem. Jednak od czasu „Mrocznego rycerza” i castingu Heath Ledgera nie było takich kontrowersji jak w przypadku swojego najnowszego dzieła. Czyli adaptacji eposu niejakiego Homera o Odyseuszu, który po 20 latach (10 lat wojny z Troją i 10 latach powrotu) wraca do swojego domu.

Sama historia nawet dla osób nie znających dzieła literackiego wydaje się znajoma i – jak na dzieło Brytyjczyka przystało – opowiedziana jest dwutorowo. Z jednej strony jesteśmy w Itace, gdzie żyją królowa Penelopa (Anne Hathaway) oraz jej dorastający syn Telemach (Tom Holland). A od lat na dworze przebywają zalotnicy pod wodzą Antinoona (Robert Pattinson), co chętnie wzięliby sobie królową za żonę i knują jak pozbyć się młodzieńca. Z drugiej strony mamy Odyseusza (Matt Damon) przebywającego na wyspie nimfy Kalipso (Charlize Theron) nie pamiętając kompletnie jak tu trafił. Powoli zaczyna sobie przypominać zdobycie samej Troi oraz pełną niebezpieczeństw drogę do domu.

Pozornie Nolan niby robi to, co zwykle, czyli bawi się chronologią i czyni całość quasi-realistyczną w szaro-burych kolorach. Co jak na produkcję w klimacie fantasy jest nietypowym wyborem i to wielu od razu odrzuci. Nie znaczy to, że w „Odysei” nie ma w ogóle żadnych elementów fantastycznych czy nadnaturalnych, bo te zapadają mocno w pamięć. Skręcająca ku horrorowi uwięzienie i próba ucieczki z jaskini olbrzyma Polifena (jedna z najlepiej udźwiękowionych scen), ucieczka przed wielkimi wojownikami w ciężkich zbrojach (niczym RoboCop), wizyta u Kirke i strawa, która zmienia ludzi w zwierzęta (David Cronenberg byłby dumny!!!) czy odwiedzenie Hadesu pokazują, że Nolan ciągle potrafi zaskoczyć na poziomie inscenizacji. Także samo zdobycie Troi potrafiło utrzymać w napięciu, co także jest zasługą świetnych zdjęć oraz bardzo oszczędnej, choć intensywnej muzyki Goranssona. Jednak dopiero w ostatniej godzinie obydwie linie spinają się w bardzo satysfakcjonującym zakończeniu oraz tutaj wybrzmiewa przesłanie filmu. O naznaczeniu wojną i PTSD, łamaniu i nadużywaniu dawnych tradycji, doprowadzającym do degrengolady oraz końca obecnego porządku.

Niemniej jednak „Odyseja” daleka jest od doskonałości. Po pierwsze, przeskoki w czasie na początku wywołują dezorientację, co na samym początku zwyczajnie męczy. I nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta achronologia w zasadzie jest niepotrzebna. Po drugie, Nolan lubi często niektóre sceny i ujęcia powtarzać jakby widz nie był w stanie zapamiętać albo zrozumieć pewne rzeczy. A to oznacza wykorzystanie jednego z ulubionych narzędzi reżyserów filmowych, czyli łopaty. Po trzecie, miałem spore problemy z wątkiem Telemacha. I ja rozumiem, że chodzi o pokazanie jego frustracji i bezsilności, bo zalotnicy nadużywają prawa gościnności, a sam nie może ich pozabijać niczym Kratos cały panteon bogów. Niemniej można było kilka(naście) minut wyciąć, co pomogłoby w kwestii tempa.

Znowu Nolan niczym Wes Anderson zbiera imponującą obsadę aktorską i nawet w drobnych rolach pojawiają się znane twarze, ale jednak nie wszyscy są w pełni wykorzystani. Kompletnie nie wiem, co tu robi raper Travis Scott, co niby ma być bardem, a tak w zasadzie tylko wali laską niczym marszałek Sejmu i rzuca pojedyncze słowa. Tak samo będąca jedną ze służących Penelopy Mia Goth czy Logan Marshall-Green, którzy po prostu są. Pewne kontrowersje wywołało obsadzie Lupity Nyong’o zarówno jako Heleny jak i Klitajmestry (żona Agamemnona), jednak sama aktorka pojawia się może z minutę, więc nie ma tu za bardzo o co kruszyć kopię. To samo tyczy Elliota Page’a, który – według nie wiadomo skąd wziętych plotek – miał grać Achillesa, ale… to jest adaptacja „Odysei”, nie „Iliady”. Czyli Achillesa tu nie ma, lecz sam aktor jako żołnierz Sinon jest zaledwie poprawny. Tak jak Zendaya wcielająca się w Atenę, która parę razy objawia się Odysowi. I jest wyjaśnione dlaczego pokazuje się w takiej postaci, ale nie zamierzam zdradzać z czego to wynika. No i ostatnie źródło kontrowersji, czyli Darth Agamemnon w kurewsko wielkiej zbroi grany przez Benny’ego Safdie. Tez jest go bardzo niewiele, jednak Nolan sprytnie z niego korzysta. Ma wyglądać złowrogo oraz groźnie, co działa, ale jeszcze lepszy jest pokazany w scenach powrotu do domu, gdyż ANI RAZU nie widzimy jego twarzy. Nawet jak zdejmuje ten hełm (scena przygotowania do kąpieli i chwila przed śmiercią) jest kręcony z tyłu głowy. To pokazuje jego bezwzględność w jego celu, czyli żądzy władzy.

A kto tu wypada najlepiej z tego składu? Jest taka mocna piątka. Po pierwsze, Matt Damon w roli Odyseusza sprawdza się, kiedy ma pokazać swój spryt oraz inteligencję w radzeniu sobie z przeciwnościami. Ale najlepsze dla mnie były sceny pokazuje jego poczucie winy (za Troję, za stratę towarzyszy) i ciężar odpowiedzialności, a także finałowa konfrontacja z zalotnikami. Po drugie, świetna Anne Hathaway wcielająca się w Penelopę. Oddana i wierna żona, ale też trzymająca całe królestwo w ryzach, mimo rzekomo nie posiadająca żadnej władzy. Ale też próbująca poprowadzić syna w sprawach polityki. Po trzecie, fantastyczny Robert Pattinson jako Antinoos, najbardziej wyrazisty z zalotników. Odpowiednio śliski cwaniak, całkowicie dwulicowy tchórz, działający za pomocą podstępu. Po czwarte, największa niespodzianka w postaci Johna Leguizamo jako pół-ślepego świniopasa Eumajosa. Najbardziej lojalny sługa Odyseusza, pozornie słaby, lecz wewnętrznie silny i będący największym sercem tego filmu. I na sam koniec kradnąca scenę Samantha Morton, czyli Kirke. To jest najlepszy przykład jak mając niewiele czasu ekranowego wykorzystać go maksymalnie, tworząc enigmatyczną, niepokojącą, a jednocześnie pełną empatii postać. Niesamowite.

Czy „Odyseja” jest tak zajebistym filmem, który odmieni oblicze kina i zmieni reguły gry? No bez jaj. Nie jest też tak zły, jak kreślą go ci wszyscy krzykacze, serwując absurdalne i niedorzeczne powody. To „zaledwie” bardzo solidny film w dorobku Nolana, który miał potencjał na bycie arcydziełem, ale ma parę poważnych rys na poziomie scenariusza. Niemniej uważam, że sprawdza się jako blockbuster z wieloma niezapomnianymi scenami oraz w większości świetnym aktorstwem, ale trzeba przyjść z otwartą głową.

8/10

Radosław Ostrowski

Drama

Coś ostatnio norwescy reżyserzy zaczęli się przebić do szerszej widowni. Obecnie najpopularniejszymi reprezentantami tego kraju są Joachim Trier oraz Kristoffer Borgli. Ten ostatni zaczął tworzyć w Stanach Zjednoczonych, co pokazało „Dream Scenario” (do nadrobienia!) oraz jego najnowsze dzieło, czyli „Drama”.

Tytułowa drama skupia się wokół młodej pary trzydziestoparolatków na kilka dni przed wzięciem ślubu. Charlie (Robert Pattinson) jest dyrektorem muzeum, Emma (Zendaya) sprzedaje książki w wydawnictwie. Poznają się jak w wielu filmach – w kawiarni, choć rozmowa początkowo się nie kleiła. Mogło to też wynikać z faktu, że dziewczyna nie słyszy na jedno ucho. Ale jednak zaczynają chodzić i tak mija dwa lata. Wszystko wydaje się układać bardzo dobrze, że w końcu ma dojść do ślubu. Jednak na kilki dni przed jedną z najważniejszych ceremonii w życiu człowieka (poza pogrzebem) za namową przyjaciół – Rachel (Alana Haim) i Mike’a (Mamoudou Athie) decydują się wyznać najgorszą rzecz jaką zrobili. Jednak żadne z nich nie jest gotowe na wyznanie przyszłej panny młodej. A przez to wesele stoi pod znakiem zapytania.

„Drama” zaczyna się niczym komedia romantyczna utrzymana w duchu produkcji niezależnych. Reżyser wykorzystuje sytuację bohaterów do zadania trudnych i niewygodnych pytań o to, jaki wpływ ma przeszłość na naszego partnera/partnerkę. Czy potrafilibyśmy przejść na czymś szokującym, co nie mieściłoby się w naszej wyobraźni? Bez żadnego osądzania i moralizowania? Film balansuje między psychodramą, gdzie mózg zaczyna tworzyć bardzo niepokojące obrazy i zmienia kompletnie perspektywę. Nie chcę mówić czym jest ten zapalnik oraz tajemnica Emmy, bo to należałoby samemu odkryć – powiem tylko, że ma to coś związanego z bronią. Od tej pory każde słowo, gest i reakcja zaczyna mieć drugie, bardzo niepokojące dno (scena z nożem). Nawet jak pojawiają się powolne momenty na przegadanie oraz poznanie przeszłości, to jednak mózg zaczyna wariować (szybkie przebitki montażowe). A tu się zaczyna podskórnie budowane napięcie, bo kompletnie nie wiedziałem jak się to wszystko skończy. Przypominało to patrzenie na tykającą bombę w oczekiwaniu na eksplozję. A ja w trakcie seansu zacząłem sobie zadawać pytanie: co JA zrobiłbym w takiej sytuacji? Czy pewne tajemnice powinny zostać głęboko zakopane oraz nigdy nie poruszane? I czy po tym wszystkim spróbować zacząć od nowa? Borgli prowokuje i nawet szokuje swoimi montażowymi przebitkami, zaś mocny finał daje do myślenia.

A wszystko trzyma na barkach duet Robert Pattinson/Zendaya i to ten pierwszy tworzy fenomenalny występ. Bardzo stonowany, powściągliwy (jak na Anglika przystało), ale przeżywający swoje wewnętrzne piekło, podpalane przez paranoję oraz ogromny lęk, który nie jest zbyt dobrym doradcą (mocna scena w biurze). Wszystko to pokazuje drobnymi gestami oraz mikrospojrzeniami, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Zendaya przy nim może prezentować się blado, ale wypada cholernie dobrze i – co najważniejsze – czuć między nimi chemię. Za to drugi plan dominuje świetna Alana haim w roli zołzowatej, dominującej Rachel oraz Hayley Gates wcielająca się w szefową Charliego, Mishy.

„Drama” potrafi być niewygodna, zadaje trudne pytania o związek i moralność, zaś montażowe zbitki mogą wielu zmęczyć. Ale dla mnie ta okraszona humorem psychodrama wiele razy złapała za gardło, wprawiła w konsternację i… dała pewną nutkę nadziei, chociaż czy aby na pewno? Zadziwiająco wnikliwa obserwacja, która nie pozwala wyjść z głowy.

8/10

Radosław Ostrowski

Challengers

Jaki tenis jest, każdy widzi. Dwie osoby (lub pary) odbijają piłkę tak, by ci po drugiej stronie nie mogli jej odbić. Przy okazji jest dużo biegania oraz różnej maści odgłosów, bardziej budzących skojarzenia z sytuacjami w sypialni. Szczególnie wśród pań, ale nie o tym dzisiaj. Wokół tej gry toczy się akcja nowego dzieła Luki Guadagnino.

challengers1

Akcja „Challengers” toczy się w roku 2019 podczas lokalnego turnieju tenisowego w New Rochelle. Tutaj gra w finale dwóch już niemłodych zawodników. Wielokrotnie utytułowany Art Donalsdson (Mike Feist) oraz ciągle próbujący się przebić Patrick Zweig (Josh O’Connor) – obaj kiedyś grali razem w deblu jako juniorzy. Byli więcej niż dobrzy w te klocki, a wtedy na ich drodze pojawiła się ona – Tashi Duncan (Zendaya). 13 lat temu obiecująca tenisistka, ale teraz trenerka i żona Arta. Oraz była dziewczyna Patricka.

challengers4

Ja wiem, że ten zamieszczony opis brzmi jak fabuła z jakieś tandetnej telenoweli (jakby jeszcze wpisali, że dziewczyna to nieznana siostra jednego z chłopaków – byłoby bardzo w stylów brazylijskiego tasiemca). Ale reżyser i scenarzysta są bardziej cwani niż się to wydaje na pierwszy rzut oka. Sama historia opowiedziana jest na dwóch linia czasowych: podczas finałowego pojedynku oraz w ciągu 13 lat. Reżysera interesuje dynamika między tą trójką, napędzana przez rywalizację, pożądanie i pasję do tenisa. Problem jednak w tym, iż nikt z tego trójkąta nie jest kimś, kogo można całkowicie polubić czy sympatyzować. Niby jest to tylko rozmowa czy mecz, jednak podskórnie czuć napięcie.

challengers3

Szczególnie jest to widoczne podczas scen tenisowych. Z jednej strony są kręcone na szerokich ujęciach, gdzie widać obie strony, z drugiej jest tu sporo zbliżeń na detale (ruchy nóg, twarze) i budowanie napięcia. Jak jeszcze dodamy do tego agresywną techno-elektroniczną muzykę duetu Reznor/Ross oraz kapitalny montaż, dostajemy wręcz pełne ekstazy doświadczenie. Ale nic nie jest w stanie przygotować na ostatnie 15-20 minut, czyli tie-beaku. Guadagnino wtedy dosłownie szaleje – jest slow-motion, ujęcia POV, kort pokazany od dołu jakby tam było szkło czy pokazana perspektywa… piłeczki.

challengers2

Sam film działa dzięki absolutnie rewelacyjnemu trio. Kompletnie zaskoczyła mnie Zendaya, choć wielu zarzuca jej granie jedną, ciągle nabzdyczoną miną. Ale nie tutaj, sprawdzając się jako zafiksowana na punkcie tenisa zawodniczka, później trenerka, niejako przenosząc to zaangażowanie także na życie prywatne. Przez co sprawia wrażenie wyrachowanej, zimnej suki i zirytuje was. Równie wyraziści są Mike Feist i Josh O’Connor jako duet przyjaciół/rywali – pierwszy wyciszony, bardziej wrażliwy oraz skupiony, lecz powoli tracący siły; drugi bardziej pewny siebie, przekonany o swojej wyższości, cały czas przekonany, iż jeszcze ma szansę coś osiągnąć. Kiedy na ekranie są razem ta synergia nabiera większej intensywności niż większość thrillerów.

Nie będzie zaskoczeniem, jeśli uznam „Challengers” za najlepszy film Guadagnino do tej pory stworzony. Bardzo działający na wszystkie zmysły, intensywny, lecz bardzo elegancki i pociągający. Jeszcze nigdy zawody tenisowe nie wyglądały tak zjawiskowo, ale o tym trzeba się samemu przekonać.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Diuna: część druga

Cztery lata – tyle trzeba było czekać na drugą część filmowej adaptacji powieści Franka Herberta z ręki Denisa Villeneuve’a. Oczekiwania były o wiele większe od pierwszej części, która była wprowadzeniem do politycznej gry o władzę nad najbardziej pożądanym i dochodowym specyfikiem (przyprawa zwana melanżem). I tutaj stawka poszła o wiele wyżej, bo w grę jeszcze wchodzi zemsta. Ale nie rozpędzajmy się.

Druga część zaczyna się tam, gdzie skończyliśmy poprzednio: ocaleli z rzezi Harkonnenów na rządzących planetą Arrakis Paul (Timothee Chalamet) i Lady Jessica (Rebecca Ferguson) trafiają do grupy Fremenów pod wodzą Stilgara (Javier Bardem). Plemienni mieszkańcy planety prowadzą partyzancką wojnę z nowymi zarządcami planety, chcącymi wyssać cały melanż. Jednak młody książę musi podjąć najtrudniejszą decyzję, czyli stać się Mesjaszem dla tych ludzi. Obawia się jednak coraz bardziej nachodzących go wizji masy trupów oraz rozpętania świętej wojny po całej galaktyce. Czy jest jednak inny sposób na pomszczenie swojego ojca?

Tu już coraz bardziej wchodzimy w buty politycznego dramatu, gdzie każda strona prowadzi swoją grę, walcząc za wszelką cenę o władzę. Harkonnenowie, Fremeni, zakon Bene Gesserit, wreszcie wspominany wcześniej Imperator (Christopher Walken). Reżyser dokonuje bardzo trudnej sztuki znalezienia balansu między ciągłymi sprzecznościami: kameralnością i epickością, momentami intymności i spektakularnymi scenami akcji, działaniami z ukrycia i na widoku. Całość wciąga jak najlepszy towar twojego dilera na dzielnicy, pełną różnych przewrotek (nawet jeśli znacie źródłowy materiał) oraz zaskoczeń. Villeneuve skupia się zarówno na budowanej relacji między Paulem a Chani, poznawaniem społeczności Fremenów i ich obyczajów oraz kolejnymi planami zakonu Bene Gesserit. Wszystko tu bardzo uważnie poprowadzone, zachowując powolne tempo narracji.

Co najbardziej mnie zaskoczyło to jak bardzo przekonująco pokazano tragedię Paula Atrydy, który z chłopaka musi stać się prawdziwym mężczyzną. Do tego by przetrwać musi wejść w buty, które przygotowywano od dawna i jest świadomy tego ciężaru. Timothee Chalamet sprawdził się w pierwszej części jako inteligentny chłopiec, tutaj musiał swoją drogę do stania się charyzmatycznym liderem grupy Fremenów. I to wyszło mu absolutnie fantastycznie: od drobnych mikroekspresji na twarzy aż po silne przemowy, uwierzyłem mu całkowicie. Zarówno przemawiającego do tłumu Fremenów do finałowego pojedynku – niesamowita robota. Równie świetnie są zrobione sceny akcji, bardzo płynnie zmontowane oraz sfotografowane przez Greiga Frasera. Nie mogę też wspomnieć wizyty na planecie Giedi Prime, gdzie słońce jest tak silne, iż wszystko poza wnętrzami jest monochromatyczne. Nawet fajerwerki tam są czarne. Takich niezapomnianych obrazów jest więcej: opanowanie jazdy na czerwiu przez Paula, pierwsze pojawienie się Feyda-Reuthy, wypicie Wody Życia czy ostateczne starcie z użyciem czerwi.

Nawet nie chcę jeszcze mówić o aktorstwie, bo tu nie ma żadnego słabego ogniwa. O Chalamecie wspomniałem, więc nie będę się powtarzać. Drugą niespodzianką była Zendaya, która ma o wiele więcej do pokazania. Jej Chani to z jednej strony trzymająca się ziemi wojowniczka, nie wierząca w całe to proroctwo, ale zaczyna powoli przełamywać swoje uprzedzenia wobec młodego księcia. Jest o wiele bardziej złożona i wyrazistsza niż mogłoby się wydawać. Nie zawodzi też Rebecca Ferguson (lady Jessica, stająca się wręcz kapłanką nowego kultu), Josh Brolin (Gurney Halleck) i jak zawsze świetny Stellan Skarsgard (baron Vladimir Harkonnen to strzał w 10). Ale jest tutaj dwóch prawdziwych złodziei scen. O wiele bardziej imponujący jest kompletnie nie do poznania Austin Butler jako siostrzeniec barona, Feyd-Rautha. Wyrachowany, kalkulujący psychopata, będący absolutnym brutalem, co czerpie przyjemność z zabijania. Ogolony z łyso, z kompletnie innym głosem niż zwykle fascynuje, szokuje i zapada mocno w pamięć. Drugą niespodzianką jest Javier Bardem. Jego Stilgar, początkowo opanowany i racjonalny, z czasem staje się coraz silniejszym wyznawcą Paula Mesjasza. Kolejna bardzo mocna rola, pozostająca na długo.

Na żaden inny film nie czekałem tak bardzo jak na drugą część „Diuny”, nie bez obaw i z duszą na ramieniu. Ale Villeneuve znowu (po sequelu do „Blade Runnera”) dokonał rzeczy niemożliwej, tworząc totalną ucztę dla miłośników kina SF. Fantastycznie zagrany, bardzo złożony, lecz zaskakująco czytelny w swojej narracji, pełen szczegółów i żywy świat. Mógłbym go nazwać kosmiczną wersją „Gry o tron”, choć nie wiem czy oddaje to w pełni sprawiedliwość. Absolutnie kapitalne kino, do którego (razem z częścią I) będę wielokrotnie wracał, a jeśli powstanie kolejny rozdział tej opowieści, na pewno ją sprawdzę.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Diuna

Na żaden inny film nie czekałem w tym roku bardziej niż na „Diunę”. Powieść Frank Herberta już była przeniesiona na ekran przez Davida Lyncha, ale została zmasakrowana przez krytyków, widownię oraz fanów książki. Potem jeszcze był mini-serial w roku 2000, jednak o nim nikt nie pamięta. Wszystko się zmieniło 3 lata temu, gdy do kolejnej adaptacji postanowił podjąć się Denis Villeneuve. Kanadyjczyk kino SF znał dobrze, co pokazał „Nowy początek” oraz bardzo udany sequel do „Blade Runnera”, więc kto jak nie on?

Sama historia jest bardzo znajoma. Osadzona w roku 10191 roku akcja toczy się wokół tytułowej planety, gdzie znajduje się najcenniejszy surowiec – przyprawa zwana melanżem. Planeta była oddana w lenno rodowi Harkonnenów przez 80 lat, ale wolą Imperatora zostaje przekazana ich wrogom: Atrydom. Książę Leto Atryda przyjmuje ten zaszczyt, wiedząc iż jest to pułapka zastawiona przez poprzedników. Czy uda się wznowić produkcję melanżu, a rodowi Atrydów znaleźć wyjście z całej sytuacji?

Najtrafniejszą decyzją reżysera było podzielenie historii z książki na dwie części. To daje więcej czasu na poznanie świata, gdzie jest wielu graczy i każdy ma tutaj wiele do zyskania, lecz także i stracenia. Tutaj polityka, ekonomia, religia oraz genetyka mieszają się ze sobą, zaś wiele postaci zostaje tutaj wspomniane, bez fizycznej obecności (Imperator). Dialogi odbywają się głównie między paroma osobami na ekranie (niczym w teatrze), a jednocześnie widać wielką skalę przedsięwzięcia. Pozbawienie głębszych wyjaśnień z jednej strony może wywołać potrzebę zadawania pytań, jednocześnie czyni narrację łatwą do śledzenia i obserwowania. Nawet chwile ekspozycji są zaskakująco oszczędne, nie sprawiając wrażenia upchniętej na siłę. Jedynie kilka detali może zwrócić uwagę na bardzo istotne informacje.

Sam świat też jest fascynujący, choć zbudowany na paradoksach. Z jednej strony potężne statki oraz technologia, ale z drugiej brak sztucznej inteligencji czy czegoś na kształt komputerów, zaś starcia fizyczne odbywają się za pomocą broni białej. Żadnych laserów, pistoletów czy innych futurystycznych pukawek. Zadziwiająca decyzja, dzięki której „Diuna” wyróżnia się z tłumu. Otoczka SF jest tylko pretekstem do opowiedzenia o politycznej walce i mierzeniu się z przeznaczeniem, co najdobitniej widać w wątku głównego bohatera. Paul (rewelacyjny Timothee Chalamet) – 15-letni chłopak musi się skonfrontować z losem, który wydaje się być dawno zaplanowany przez sterujący z ukrycia zakon Bene Gesserit oraz Imperatora, bojącego się silniejszych wpływów Atrydów. Jednocześnie mieszkańcy pustynnej planety – Fremeni – widzą w nim Mesjasza, który da im upragnioną wolność. A podatność chłopaka na melanż jeszcze bardziej komplikuje całą sytuację, gdzie wybór wydaje się być iluzją.

Ta filozoficzna warstwa jest tylko jedną z wielu, a Villeneuve bardzo pewnie przedstawia kolejne zakręty. Wizualnie ten film wręcz oszałamia skalą, imponujące są wszelkie pojazdy (ornitoptery, żniwiarka) oraz scenografia i kostiumy. Piasek pustyni jest wręcz namacalny, a efekty specjalne wykonane są bezbłędnie. Od dawna nie miałem poczucia przez wysokobudżetowym filmie wejścia w ten świat – bez zastanowienia się, co zostało stworzone przez człowieka, a co efektem komputerowym. Samych scen akcji jest niewiele, ale jak się pojawia, jest wykonana bez zarzutu. I każdy z obsady, która jest tak imponująca, że nie starczyłoby miejsca na wymienienie wszystkich (na mnie największe wrażenie z tego grona zrobiła kapitalna Rebecca Ferguson jako lady Jessica oraz idealny Stellan Skarsgard wcielający się w barona Harkonnena) gra świetnie, tworząc bardzo dobrze naoiliwioną maszynę. Nawet mając do dyspozycji dosłownie kilka scen – nieprawdopodobne.

Rzadko, BARDZO rzadko mi się zdarza, żebym poszedł do kina dwa razy na jeden film. Jedyne czego żałuję, że na dalszy ciąg tej opowieści będę musiał czekać dwa lata.  To będzie długie czekanie, ale po tej części wiem, że warto czekać. Czy muszę mówić, że „Diuna” była dla mnie niesamowitym doświadczeniem kinowym?

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Malcolm i Marie

Nasza parka mieszka sobie gdzieś za miastem. On jest obiecującym reżyserem, ona aktorką i byłą ćpunką. Żyją ze sobą pięć lat i właśnie wracają z premiery debiutu Malcolma. Wydaje się, że są ze sobą razem, potrafią się dogadać. Wiele przeżyli, a teraz czekają na pierwsze recenzje. I być może byłaby to spokojna noc, gdyby nie jedna drobna sprawa.

Tego filmu początkowo miało nie być, tylko zacząć zdjęcia do drugiego sezonu „Euforii”. Ale wszyscy wiemy co się stało: koronawirus. Więc reżyser Sam Levinson postanowił na szybko zrealizować kameralną psychodramę. Klimat kina niezależnego jest wręcz namacalny od początku. Nie tylko dzięki czarno-białym zdjęciom czy wplecionej „czarnej” muzie w tle. Artystyczne środowisko wydaje się nie mieć aż tak wielkiego znaczenia. Wszystko ogranicza się do dwóch perspektyw: mężczyzny i kobiety. Ona po przejściach i chcąca pewnej wdzięczności, on bardziej skupiony na sobie, szorstki. Jakim cudem ta dwójka w ogóle się spotkała? Powoli zaczynamy odkrywać skrywane przez nich demony, lęki, pretensje, poczucie bycia tym gorszym. Każda rozmowa zaczyna coraz bardziej przypominać walkę bokserską z przerwami na chwilę oddechu. Choć rozmowa to czasem za duże słowo.

To przeplatane monologi każdej z postaci z reakcjami drugiej strony. Choć muszę przyznać, że czasem można odnieść wrażenie pretensjonalności. Ale w końcu to środowisko artystyczne, więc ta odrobina pretensji wydaje się być uzasadniona. Przy okazji obrywa się krytykom oraz ich bardzo ograniczonej percepcji („biała laska z LA”), ale też ile artysta może wykorzystać z życia bliskiej osoby do tworzenia swojego dzieła. To jest pewien naddatek, podnoszący troszkę całość na wyższy poziom, lecz nie jest niezbędny. Kilkukrotnie Levinson potrafi utrzymać w napięciu, co nie jest takie łatwe, zaś finał daje pewną nadzieję dla tej pary. Szansę na bliższe poznanie się oraz dalsze budowanie tego związku.

A wszystko trzyma na sobie tylko dwójka aktorów: Zendaya oraz John David Washington. Oboje są rewelacyjny, grając wręcz koncertowo. Zarówno razem, jak i każdej scenie osobno nie można oderwać od nich oczu, zaś chemia dosłownie rozsadza ekran. Dla tej dwójki absolutnie warto zapoznać się z nowym filmem Levinsona. Pozwoli to przeczekać na kolejny sezon „Euforii”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Daleko od domu

Nasz ulubiony ostatnio miał więcej niż ciężko. Nie dość, że zniknął z powodu pstryknięcia Thanosa (to akurat udało się odkręcić), to jeszcze stracił swojego mentora, Tony’ego Starka (to już było nieodwracalne). Po ośmiu miesiącach od wydarzeń z „Końca gry”, nasz Spidek próbuje normalnie funkcjonować. Bo bycie nastolatkiem i superherosem jednocześnie to jest ciężka robota. Zwłaszcza, gdy otoczenie odbiera ciebie jako następcę Ajron Mena. To prawie tak jak bycie synem króla sedesów – zajebiście wysoko postawiona poprzeczka. Na szczęście są wakacje i wycieczka szkolna do największego kraju na świecie – Europy. W końcu będzie mógł naładować baterie i mieć święty spokój od bandytów, superłotrów, prawda? Nic bardziej mylnego, zwłaszcza gdy do akcji wkracza sam Nick Fury, a po okolicy szaleją groźne żywiołaki.

spider-man daleko2

„Far from Home” z jednej strony jest sequelem „Homecoming”, z drugiej zaś jest niejako epilogiem „Endgame”. Reżyser Jon Watts nadal próbuje (tak jak Parker) lawirować między dwoma światami. Bo jest świat nastolatka, przeżywającego miłość do MJ, więź kumpelską z Nedem i geekowskim umysłem. Ale jest też świat zagrożenia z innego wymiaru (żywiołaki), tajemniczy heros ze szklaną kulą na głowie, Nick Fury oraz rozpierducha wisząca w powietrzu. Zderzenie tych dwóch światów coraz bardziej zaczyna Petera męczyć, przez co szansa na tzw. normalne życie staje się coraz trudniejsza. Zupełnie jakby nie można było mieć świętego spokoju. Po drodze wędrujemy po kontynencie (Wenecja, Londyn, Praga, Berlin), zaś coś takiego jak nuda tu nie istnieje. Same sceny akcji są tutaj naprawdę szalone, a wiele rzeczy oparto na pewnych mistyfikacjach oraz wizualnych sztuczkach. Więcej nie mogę powiedzieć, bo na tym opiera się clue całej intrygi. Tutaj bardziej wybija się kwestia zaufania, fake newsów oraz stworzenia samego siebie na własnych nogach.

spider-man daleko1

Każdy z tych wątków jest bardzo dobrze poprowadzony, jednak pierwsza część mi się bardziej podobała. Po pierwsze, była czymś świeżym oraz bardziej przyziemnym spojrzeniu na los superherosa. Po drugie, miała ciekawszego antagonistę, z przekonującą motywacją, co tutaj nie do końca wyszło. No i jednak nasz Spidek bardziej pasuje do Nowego Jorku niż do europejskiego tournée, ale to akurat jest kwestia indywidualna. Za to sporą satysfakcję daje finał oraz sceny po napisach, pokazujące kolejne przeszkody, jakie będzie miał nasz chłopak do pokonania. Będzie ciekawie.

spider-man daleko3

Tom Holland nadal sprawdza się jako Peter Parker i Spider-Man, a oglądanie go to największa frajda. Dla mnie najlepsza inkarnacja młodego superbohatera. Świetnie partneruje mu Zendaya (MJ), czuć między nimi chemię, a dziewucha jest bardzo charakterna, czasami złośliwa, ale do bólu szczera. No i niegłupia jest. Na drugim planie bardzo wybija się Jon Favreau (Happy Hogan) oraz Samuel L. Jackson (Nick Fury), mający troszkę do roboty. A jak sobie radzi Mysterio, czyli Jake Gyllenhaal? Jest na tyle charyzmatycznym aktorem, że bardzo łatwo sprzedaje swoją postać przybysza z innego świata (multiversum istnieje) i początkowo sprawia wrażenie kogoś, kto mógłby być mentorem dla Parkera. Jednak jego motywacja ma drugie dno, które czyniło go troszkę sztampowym.

„Daleko od domu” to coś w rodzaju odskoczni od troszkę poważniejszych filmów MCU. Nadal jest to bezpretensjonalna rozrywka, raczej dla młodego widza. Nudy nie zauważyłem, efekty specjalne są świetne, a Tom Holland pasuje do tej roli idealnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Homecoming

Każdy kojarzy lub słyszał o Spider-Manie, czyli najmłodszym superbohaterze w historii Marvela. Młody, nieśmiały nastolatek, samotnie wychowywany przez ciotkę May. Pierwszy raz w MCU pojawił się w małym epizodzie w „Kapitanie Ameryce: Wojnie bohaterów”. Chłopak jest podopiecznym Tony’ego Starka i już się rwie, by się wykazać. Bardzo chce być Avengersem, choć jest dopiero małoletnim smarkaczem. Zamiast tego zajmuje się drobnymi zbrodniami na osiedlu, chociaż rwie go do czegoś większego. Wreszcie trafia na bardzo duża sprawę związaną z niebezpieczną, wręcz kosmiczną bronią. Niby zwykła kradzież bankomatu, ale to początek grubszej sprawy.

spiderman_20171

„Homecoming” to próba nowego spojrzenia na Pajączka, chociaż wszystko to już znamy. Problemy typowe dla nastolatków, czyli przyjaźń, dojrzewanie do odpowiedzialności oraz kontakty z zupełnie innym gatunkiem zwanym dziewczynami. Ten mariaż kina młodzieżowego z superbohaterskim stylem Marvela daje wiele świeżości oraz frajdy dla małolatów. I muszę przyznać, że bawiłem się świetnie. Powoli nakręca się konfrontacja między Parkerem a tajemniczym Vulturem. Zaskoczeniem dla mnie była motywacja głównego łotra, która jest bardzo przyziemna, jak zresztą cały ten film.Nie ma tutaj mocnego przeładowania efektami specjalnymi, skupieniu na robieniu rozpierduchy, która świetnie wygląda (ratowanie uczniów przy pomniku Waszyngtona czy akcja na okręcie), ma swoje tempo oraz adrenalinę, do jakiej Marvel zwyczajnie nas przyzwyczaił. A kiedy dodamy jeszcze teksty Spajdka podczas swojej roboty, to mamy bardzo fajną komedię. Wygrywana jest zarówno przyjaźń z nerdowskim Nedem (straszny gaduła z niego), pierwsze próby podrywu z Liz oraz mentorskie podejście Tony’ego Starka do Petera. Niby nic nowego w świecie Marvela, jednak nie wywołuje to znudzenia.

spiderman_20172

I jeszcze jak to jest zagrane. Tom Holland wydaje się idealny do nowej interpretacji Parkera. Owszem, nadal jest nieśmiały wobec dziewczyn, ale poza tym jest zajarany i nakręcony na wszelkie akcje, niczym dziecko na każdą nową zabawkę. W końcu powoli zaczyna dojrzewać do działania, widząc konsekwencje swoich czynów. Nie zawodzi Robert Downey Jr., kradnąc każdą scenę i wnoszą sporo ironii. Ale najlepszy jest czarny charakter – nie tylko dlatego, że gra go Michael Keaton, ale ponieważ ma prostą motywację. Żadnego podbijania świata, zniszczenia ludzkości, lecz zapewnienie bytu swojej rodzinie. I to działa, a poprowadzone jest bez przerysowania i fałszu, nawet było mi żal tej postaci (czuję, że wróci). Troszkę nie do końca wykorzystano ciotkę May (niesamowicie pociągająca Marisa Tomei), a dziewczyny są gdzieś na dalszym planie (chociaż Liz Harrier, jak i Zendaya mocno się wybijają), a uwagę skupia kostium Spajdka z głosem Jennifer Connelly.

spiderman_20173

Muszę przyznać, że Spider-Man powrócił do domu Marvela w bardzo ładnym stylu oraz z hukiem. Mimo pracy wielu scenarzystów powstało spójne, lekkie (dla wielu zbyt lekkie) oraz nowe podejście do tej postaci. Czekam na kolejne spotkanie z tym najmłodszym herosem komiksu.

8/10

Radosław Ostrowski