Johnny

Można postawić dość pewną oraz podpartą dowodami tezę, że w Polsce jednym z „żywszych” gatunków, które cieszą się uznaniem krytyki i widowni są filmy biograficzne. Teraz pojawiła się kolejna, której bohaterem był ksiądz Jan Kaczkowski – założyciel hospicjum w Pucku, zmarły na raka w 2016 roku. Zadania pokazania tej historii podjął się debiutant Daniel Jaroszyk i co z tego wyszło?

„Johnny” jednak nie jest typową biografią pokazującą życie księdza od narodzin aż do śmierci. Naszego bohatera poznajemy z perspektywy Patryka Grzelaka (Piotr Trojan), którego poznajemy w dość nieciekawych okolicznościach. Otóż razem z kumplami włamuje się do domu i jako jedyny zostaje złapany. Problem w tym, że jako recydywista dostaje wyrok surowszy (trzy lata w zawieszeniu). Do tego jeszcze jest winien kasę niejakiemu Pablo. Kim jest Pablo? Kimś, komu nie chcesz być winny kasy. Patryk też otrzymał ponad 300 godzin prac społecznych i tak trafia do hospicjum prowadzonym przez księdza Jana. U niego już zdiagnozowano raka, ale jeszcze w miarę samodzielnie funkcjonuje.

I całość skupia się na relacji tej dwójki, gdzie obaj zostają wystawieni na próbę. Dla Patryka w zasadzie jest to szansa na nowy start i nowe życie. Tylko czy ją wykorzysta? „Johnny” ma wiele mocnych i poważnych momentów, które związane są głównie z pracą Patryka w hospicjum. Taki szybki kurs empatii i zderzenie ze śmiercią (prośba o nagranie wiadomości na telefon, gdzie kamera pokazuje tylko twarz Patryka czy relacja z aktorką Hanną). To są zdecydowanie najmocniejsze momenty tego filmu. Ale nie wszystko jest poważne, ciężkie i dramatyczne. Twórcy dodają wiele humoru, by zbalansować ciężar (choćby przygotowanie jajka dla księdza, który komentuje w stylu Gordona Ramseya), jednak nie zawsze się to udaje.

Co mnie zaskoczyło to bardzo dynamiczny początek, gdzie przeplatają się scena mszy świętej z włamaniem do domu w wykonaniu Patryka i jego kumpli. Nawet w warstwie muzycznej mamy zderzenie sakralnej muzyki (organy i chór) z „brudnym” rapem. Ale dalej takie przebitki należą do rzadkości. Ale problemem dla mnie jest bardzo „teledyskowa” forma, bo niemal co parę(naście) minut wjeżdża jakiś kawałek pod obrazek. Tego jest miejscami aż za dużo, głównie popowych numerów, wywoływały ból głowy. A nawet robiło się miejscami kiczowato. Do tego wiele razy narracja jest prowadzona bardzo skokowo, przez co wypadałem z rytmu.

Aktorsko tak naprawdę film na swoich barkach trzymają Piotr Trojan i Dawid Ogrodnik. Muszę przyznać, że obaj są rewelacyjni. Pierwszy pełni także rolę narratora, opowiadającego całość, a jego Patryk to bardzo skonfliktowany człowiek z tzw. marginesu. Wiele swoich pokazuje jedynie za pomocą spojrzeń czy mimiki twarzy, co czyni wiele scen zapadających w pamięć. Z kolei Ogrodnik bardzo fizycznie przypomina księdza Jana, jednak aktor jest o wiele bardziej powściągliwy, wycofany, co jest sporą niespodzianką. Ten duet działa dzięki silnej chemii oraz paru niezłym dialogom. Na drugim planie mamy parę znajomych twarzy (m.in. Magdalenę Czerwińską, Witolda Dębickiego czy Annę Dymną), choć z tego grona najbardziej wybija się Maria Pakulnis jako przebywającą w hospicjum aktorkę Hannę.

Nie dziwi mnie to, że „Johnny” podoba się widowni. Bo to w zasadzie porządny feel-good movie o empatii, pełen sympatii i skromności. Jednak reżyser parę razy się potyka, zaś sama postać księdza jest w zasadzie postacią drugoplanową, skupiając się bardziej na jego podopiecznym. Czasem bywa efekciarski oraz wiele rzeczy zbyt łatwo się dzieje, niemniej próbuje być mniej oczywistym filmem biograficznym. Czuć jednak rękę debiutanta, niemniej widać potencjał w tym twórcy.

6/10

Radosław Ostrowski

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s