Figurant

Kolejny odcinek polskiego kina historycznego, skupionego wokół religii. Czyli znowu mamy prosty podział na „dobry” Kościół i „zły” system, próbujący ich złamać? A jeśli dodamy do tego równania nazwisko Roberta Glińskiego, należy spodziewać się sporego rozczarowania. Po biograficznym „Ziei” teraz przyszedł czas na bardziej fikcyjnego „Figurant”.

Samo słowo figurant oznacza osobę rozpracowywaną przez służby specjalne, w tym przypadku Służbę Bezpieczeństwa. Wziętym pod obserwację jest młody krakowski biskup Karol Wojtyła. Jednak nie on jest głównym bohaterem filmu, tylko Bronisław Budny (Mateusz Więcławek) – młody chłopak, który wstępuje do SB. Zdolny, inteligentny, a także utalentowany fotograf. Do inwigilacji nowego duchownego przydziela go pułkownik Wojnar (Zbigniew Stryj). W trakcie pracy mężczyzna poznaje Martę (Marianna Zydek) – studentkę ASP, do której zaczyna czuć coś więcej. Do tego stopnia, że zawierają małżeństwo.

Gliński zaczyna intrygująco za pomocą pięknych czarno-białych zdjęć Adama Bajerskiego (kto widział „Pana T.”, wie czego się spodziewać) sklejając je z archiwalnymi materiałami. Dzięki temu zabiegowi „Figurant” sprawia wrażenie niemal dokumentu. W tle gra bardzo elegancka muzyka, a reżyser sprawnie oddaje realia czasów Gomułki. Pod tym względem najbardziej zapadają w pamięć sceny z występów Piwnicy pod Baranami czy krwawa pacyfikacja protestu pod krzyżem w Nowej Hucie. W przypadku Wojtyły widzimy go albo przez obiektyw aparatu fotograficznego, kamery filmowej czy gdzieś daleko w tle. A jednak jego wpływ na innych jest namacalny i odczuwalny, co prowadzi do – niestety, przewidywalnego – przebiegu wypadków. A reżyser próbuje dodać pewnej odrobiny szarzyzny. Czy to pokazując destrukcyjną siłę obsesji i oddaniu swojej pracy (to jednak ostatecznie sprowadza do przewidywalnego finału), czy księży-informatorów, przekazujących meldunki bezpiece. Najmocniej jednak wypada tu kwestia werbunku księdza Macieja (świetny Adrian Brząkała) za pomocą szantażu oraz podszywania się pod przyjaciela. Tutaj pojawiają się bardziej „ludzkie” odruchy naszego ubeka. Problem w tym, że to wszystko tylko okruchy, dające potencjał na coś o wiele głębszego, mocniejszego, bardziej złożonego. Przez to dzieło Glińskiego nie angażuje.

Sytuację ratuje dobra obsada, ze szczególnym wskazaniem na Mateusza Więcławka. Dzięki niemu Bronek, choć niezbyt rozbudowany scenariuszowo, staje się bardziej ludzki. To nie tępy, brutalny osiłek, ale zdeterminowany, pełen sprytu człowiek, używający inteligencji, podstępu i nawet szantażu. Ale to w momentach rozmów z księdzem Maciejem zaczynamy zauważać jego zagubienie, bezsilność i może nawet coś więcej. Brząkała w roli (nieświadomego) informatora wypada równie przekonująco, próbując dostrzec bardziej ludzką twarz systemu totalitarnego. Reszta wypada solidnie (od budzącego respekt Zbigniewa Stryja przez solidną Mariannę Zydek aż po drobne epizody Juliusza Chrząstowskiego i Andrzeja Mastalerza).

W porównaniu do ostatnich filmów Glińskiego (średnich „Kamieni na szaniec”, fatalnego „Czuwaj” i rozczarowującego „Ziei”) „Figurant” prezentuje się o wiele lepiej, ale to nadal wyższe rejony stanu średniego. Zbyt czarno-biały w portrecie rzeczywistości, która miała w sobie o wiele więcej odcieni szarości, będące zaledwie liźnięte. A była szansa na o wiele mocniejsze i odważniejsze kino.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz