Indiana Jones i artefakt przeznaczenia

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery, ale nie zdradzam wszystkiego!

Indiana Jones – dla mnie jedna z najlepszych postaci, jakie widziałem w wieku dziecięco-młodzieńczym. Do tego stopnia, że oryginalna trylogia bardzo głęboko siedzi w mym serduchu. Dla mnie opowieść o najsłynniejszym filmowym awanturniku i poszukiwaczu przygód zakończyła się na „Ostatniej krucjacie” i odjazdem ku zachodzącemu słońcu. „Królestwo Kryształowej Czaszki” miało parę momentów, jednak w ogólnym rozrachunku było rozczarowaniem. Na wieść o części piątej miałem bardzo mieszane odczucia, ale światełkiem w tunelu był reżyser – James Mangold. Jednak nawet to nie dawało gwarancji powodzenia.

Wszystko zaczyna się w roku 1944, kiedy III Rzesza było potęgą na glinianych nogach. Nasz Indiana Jones (cyfrowo odmłodzony – poza głosem – Harrison Ford) zostaje schwytany przez nazistów, którzy szukają bardzo cennego artefaktu. Czyli włócznią, którą wbito w bok Jezusa Chrystusa, co ma dać jej mega moce. Szkopy próbują wyjechać pociągiem razem ze skradzionymi rzeczami z całej Europy, ale Indy i wspierający go Basil Shaw (Toby Jones) wydają się nie mieć szans. Jones nie takie rzeczy jednak robił, a przy okazji wykrada połowę Tarczy Przeznaczenia, rzekomo skonstruowanej przez Archimedesa.

Teraz mamy rok 1969 i dr Jones jest już cieniem samego siebie. Małżeństwo z Marion się rozpadło, syn ruszył na wojnę i nie wrócił, a prowadzone przez niego wykłady na studentach nie robią wrażenia. Nuda, szarzyzna oraz powolne odchodzenie, kiedy zamiast przeszłości ludzie interesują się przyszłością. W końcu rok 1969 to lądowanie na Księżycu, więc kogo obchodzi archeologia? Czyżby czekało go nudne, monotonne, smutne jak pizda życie? Tutaj do gry wkraczają dwa duchy z przeszłości. Pierwszym jest córka jego kumpla, Helena Shaw (Phoebe Waller-Bridge), drugim jest wspierany przez CIA nazistowski naukowiec Jurgen Voller (Mads Mikkelsen). To on miał połowę tarczy Archimedesa, a teraz tworzy rakiety dla NASA. Zgadnijcie, czego oboje mogą chcieć od starego Indiany Jonesa?

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko jest na miejscu i Mangold odrobił lekcję z tworzenia klasycznego kina przygodowego. Sam początek w czasach II wojny światowej zawierał to, co pamiętałem z klimatu klasycznej trylogii. Naziści, Indy próbujący wyplątać się z sytuacji, gdzie pojawia się coraz więcej kłód i kłód, akcja niemal pędząca na złamanie karku, pościgi, a w tle gra muzyka Johna Williamsa. Gdyby to jeszcze nie było nocą, a głos Indy’ego był młodszy, byłoby to idealna historia w starym stylu. Potem wracamy do lat 60. i niby mamy to, co było wcześniej. Czyli kreatywnie sfilmowane sceny akcji, gdzie dzieją się zakręcone rzeczy jak cała ucieczka podczas parady w mieście czy równie skomplikowana jazda uliczkami Tangieru. ALE to wszystko wygląda jakoś tak sztucznie, za bardzo pędzi przed siebie, ze zbyt krótkimi momentami oddechu.

Do tego dla mnie problemem było wiele postaci, które w zasadzie były niepotrzebne (płetwonurek Rennaldo, Salah) albo irytowały (agentka Mason czy wspólnik Heleny, dzieciak Tommy). Sama historia i intryga jest całkiem niezła, z dość „odlotowym” finałem. Finałem, który pokazałby wielkie cojones Mangolda i spółki, gdyby… ktoś ich nie wykastrował, przez dodanie epilogu. Sama historia rodzinna Indy’ego, choć dodaje dramatycznego ciężaru, trochę gryzie się z klimatem kina przygodowego.

Ale by nie psioczyć do końca, parę rzeczy tu wyszło. Ładnie jest to sfilmowane, sam Macguffin interesujący, a intryga potrafi zaangażować. Dla wielu największą obawą była Helena grana przez Phoebe Waller-Bridge i choć początkowo potrafiła być irytująca, to jednak jej wyszczekany charakter cwaniary dodawał trochę biglu, szczególnie w opozycji do Indy’ego. Sam Ford odnajduje się w tej postaci bez problemu, choć nie ma tego szelmowskiego uroku. Mimo 80 lat na karku jeszcze nie zapomniał jak używa się bicza i potrafi być twardy jak Roman Bratny. Tak samo jak świetny antagonista w wykonaniu chyba już etatowego odtwórcy hollywoodzkiego złola, czyli Madsa Mikkelsena. Doktor Voller w jego wykonaniu to opanowany, kalkulujący przeciwnik, wspierany przez swoich ludzi – narwanego Klabera (Boyd Holbrook) oraz przypakowanego Hauke (Olivier Richters).

„Artefakt przeznaczenia” był strasznie nierównym filmem, gdzie niby wszystko na podstawowym poziomie wydaje się na miejscu. Nie mogę jednak odnieść wrażenia, że James Mangold nie do końca udźwignął tą opowieść. Tego twórcę stać na wiele więcej niż dzieło trochę lepsze od „Królestwa Kryształowej Czaszki”, ale nie w każdym aspekcie.

6/10

Radosław Ostrowski

Tyler Rake II

Trzy lata temu, kiedy większość ludzi zmuszona została do pracy zdalnej, zaś ośrodki kultury zostały zamknięte, na Netflixie pojawił się On. Młodszy brat twardzieli kina akcji pokroju Stallone’a czy innego Schwarzeneggera, który zgubił się w czasie i trafił do naszej epoki. Nazywał się Tyler Rake (Chris Hemsworth), miał twarz słynnego boga młotków – Thora oraz był niemal chodzącą kliszą: twardym najemnikiem z cierpiącą duszą i absolutnie niczym do stracenia. Wtedy szalał po Bangladeszu, by odbić syna szefa kartelu narkotykowego, zaś w finale… no nie był w najlepszym stanie fizycznym.

Jednak nie z takich opresji wychodził, został znaleziony przez kumpelę z ekipy Nik, a następnie trafił do szpitala. Paromiesięczna rekonwalescencja oraz pobyt w leśnym domku na terenie robią swoje, choć ręka na temblaku i noga jeszcze kuleje. Czyli raczej koniec akcji i naparzanki oraz początek spokojnej emerytury? No nie, bo inaczej ten film by nie powstał. Pojawia się tajemniczy koleś z brytyjskim akcentem i daje Rake’owi robotę, której nie może odmówić. Dlaczego? Tym razem celem do odbicia jest jego szwagierka i ich dzieci trzyma w gruzińskim więzieniu razem z mężem-gangsterem. Jak to zrobić? Po cichu i bez hałasu. Co może pójść nie tak?

W sumie jeśli miałbym opisać drugą część dzieła Sama Hargrave’a, to wygląda jak misja ze współczesnych odsłon Call of Duty, gdzie grasz na kodach i jesteś praktycznie niezniszczalny. Czyli jest jeszcze krwawiej, brutalniej, ostrzej i na większą skalę. Czuć, że dano większy hajs i reżyser jeszcze pewniej operuje kamerą niż poprzednio. I tak jak poprzednio historia jest pretekstem, by zobaczyć naszego wściekłego Rake’a w akcji. To ten typ, co mówi mało, jest cynicznym twardzielem, którego determinacja jest tak silna, że NIC nie może go powstrzymać. Choćby był dźgany, postrzelony, bity i połamany, niczym „Nobody” czy bohater „Sisu”.

Akcja jest jeszcze bardziej szalona niczym z komputerowej strzelanki, co dobitnie pokazuje ponad 20-minutowa (!!!), zrealizowana w jednym ujęciu (albo z poukrywanymi cięciami montażowymi) sekwencja ucieczki z więzienia. Czego tam nie ma: bunt więźniów, przebicie się przez spacerniak, ścigające motocykle, helikoptery czy atak na pociąg. Wszystko skąpane we krwi zmieszane z praktycznymi i komputerowymi efektami specjalnymi, wybuchami, oraz świszczącymi kulami. Bez żadnych większych ambicji, prób pokazania skomplikowanego świata czy głębokich portretów psychologicznych. To jest BRUTALNY, gwałtowny i intensywny film akcji dla dorosłych, gdzie ludzi morduje się z bezwzględnością zwierzęcia. Nawet z płonącą ręką!!! Naparzanka jest jeszcze bardziej satysfakcjonująca niż w poprzedniku, zaś Chris Hemsworth i (mający o wiele więcej czasu ekranowego) duet Golshifteh Faharani/Adam Bessa mają o wiele więcej roboty, będąc w swoim żywiole. Gdybym nie widział nowego Johna Wicka, byłbym pod jeszcze większym wrażeniem.

Wiele wyrazistszy jest antagonista, czyli psychopatyczny brat gangstera (Tornike Gogrichiani). Wychowany surową ręką jest w zasadzie lustrzanym odbiciem Rake’a – jest tak samo zdeterminowany, twardy, ale jest w stanie zrobić wszystko dla zemsty. Bez względu na cenę i ofiary jakie musi ponieść, włączając w to nawet swojego siostrzeńca, Sandro. A propos niego – chłopak oraz cała rodzinna drama jest dla mnie. I nawet nie chodzi o to, że to moment na złapanie oddechu przed kolejną rzeźnią oraz lepsze poznanie tych postaci. Ale dzieciak jest strasznie irytujący, choć raczej chodziło o wywołanie w jego głowie konfliktu między lojalnością wobec ojca i wuja a matką oraz ekipą Rake’a. Co doprowadza do śmierci kilku osób.

Ale poza tym wątkiem reszta była dla mnie dokładnie tym, czego się spodziewałem. Czyli ostrą, wściekłą młócką na większą skalę. I nie chodzi tylko o różne lokacje, ale o więcej wiader krwi oraz wręcz szalonych technicznie scen akcji. Hargrave rozwija się jako reżyser i tak dalej pójdzie, to może zostać postawiony obok klasyków gatunku. Od razu uspokajam, będzie część trzecia, której nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski

Transformers: Wojna o Cybertron – Królestwo

Ostatnia część serialowej trylogii tym razem toczy się nie na Cybertronie, nie na statkach kosmicznych, lecz na nieznanej planecie. Tutaj rozbijają się statki Megatrona i Optimusa Prime’a w poszukiwaniu Wszechiskry, od której zależą losy Cybertronu. Na miejscu okazuje się, że planetę zamieszkują… Transformersy z przyszłości. Znaczy się z innej linii czasowej, ale zamiast w maszyny zmieniają się w zwierzęta: Maximale i Predacony. Sprawy się jeszcze bardziej komplikują, gdy Megatron otrzymuje od Predaconów Złoty Dysk, gdzie zapisana jest cała przyszłość.

transformers3-1

„Królestwo” podbija stawkę do granicy możliwości, cały czas rozwijając to uniwersum. Tym razem akcja niemal wydaje się skupiona na jednym celu i nie jest aż tak przeładowana wątkami pobocznymi jak poprzednie sezonu. Nowe postacie oraz powrót paru istotnych podbudowuje tą szaloną historię, gdzie czuć ciężar stawki. Cały czas trwa ewolucja liderów, dorastających do swoich ról, ale cały czas skrywa ich pewna mgła tajemnicy. W pewnym momencie teraźniejszość i przyszłość ścierają się ze sobą, co było sugerowane już w jednym odcinku „Wschodu Ziemi”.

transformers3-2

Dynamika między naszymi starymi znajomymi a bardziej zaawansowanymi, nowymi maszynami nie pozbawiona jest zarówno odrobiny docinków, jak też wsparcia i szacunku. Najbardziej zaskoczyła mnie dynamika między Blackarachnią (Predaconem zmieniającym się w pająka) a Starscreemem. Oboje wydają się niejako zbuntowanymi, chodzącymi swoimi drogami intrygantami, nie budzącymi zaufania. Wszystko jednak zmienia poznanie treści Złotego Dysku, co mocno niszczy psychikę prawej ręki lorda Megatrona. Tak samo postać skonfliktowanego Dinobota, który rozdarty jest między lojalnością a obserwowaniem szaleństwa swoich towarzyszy. Jeszcze przebijają się pewne podejrzenia, że cały ten konflikt był niejako od samego początku zaplanowany. Że komuś bardzo jest to na rękę, by doszło do rozpadu i zniszczenia Cybertronu.

transformers3-3

Z odcinka na odcinka wszystko zaczyna rozpędzać się aż do mocarnego i satysfakcjonującego finału. Poszukiwanie Wszechiskry wciąga mocno, bo a) wszelkiego rodzaju kosmiczne GPSy świrują, b) w przestrzeni znikają pewne rzeczy. To wszystko wygląda niesamowicie, tak jak wizje Starscreema po obejrzeniu Złotego Dysku. Z kolei dwa ostatnie odcinki to zderzenie różnych linii czasowych, gdzie pojawiają się alternatywne wersje liderów oraz silna (także emocjonalnie) konfrontacja. Byłem kompletnie oszołomiony, a finał zostawia pewną otwartą furtkę na kontynuację.

transformers3-4

„Królestwo” wieńczy i zamyka „Wojnę o Cybetron” z hukiem oraz pełną satysfakcją. Nie byłem wielkim fanem anime, ale po serialowej „Castlevanii” mój stosunek zaczyna się zmieniać. Rewelacyjne dzieło, które bije na głowę wszystkie filmowe inkarnacje Transformersów.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dlaczego nie Evans?

Od kilkunastu lat BBC przenosi na mały ekran powieści Agathy Christie (spoza serii o Herculesie Poirot i pannie Jane Marple) w formie mini-serialu, co składa się z 2-3 odcinków. Było m.in. „I nie było już nikogo” czy „Świadek oskarżenia”, ale w zeszłym roku pojawiła się kolejna produkcja „Dlaczego nie Evans”. W naszym kraju jest dostępna na Canal+ Online od lutego, więc zaciekawiony rzuciłem się na to.

Cała akcja zaczyna się w małym miasteczku Marchbolt w Walii, gdzie mieszka Bobby Jones (Will Poulter) – weteran I wojny światowej i syn wikarego. Mężczyzna nie ma w zasadzie żadnego stałego zajęcia, robiąc to i owo: grając na organach w kościele czy jako ten, co podaje kije oraz piłki na polu golfowym. Będąc właśnie na polu golfowym słyszy krzyk, po czym widzi ciało na klifie. Mocno zakrwawiony przed śmiercią wypowiada: „Dlaczego nie Evans?”. Jednocześnie w miasteczku pojawia się dawna znajoma, lady Francis Derwant (Lucy Boynton). I oboje próbują wyjaśnić ten tajemniczy zgon, szczególnie z powodu dość dziwnych wydarzeń. Najpierw tajemnicza brazylijska firma proponuje Jonesowi pracę za granicą, ale on odmawia. Potem podczas festynu wypija piwo, w którym była… morfina.

Czyli jest para detektywów-amatorów, pozornie prosta tajemnica oraz coraz bardziej zwiększająca się lista podejrzanych. Za całość (reżyserię i scenariusz) odpowiada Hugh Laurie, który zachowuje równowagę między napięciem, komplikowaniem intrygi oraz bardzo brytyjskim humorem. Choć całość trwa tylko trzy odcinki, udaje się zachować równe tempo i wciągnąć w cała tą układankę. Nawet wspomniane wydarzenia (samobójstwo milionera), pozornie nie mające nic wspólnego z intrygą, mogą być kluczem do tajemnicy. Spokojna, sielska prowincja skrywa mroczne tajemnice, do których trzeba się głęboko dokopać. Reżyser nie boi się nawet sięgać po sceny niemal żywcem wziętych z thrillera czy horroru jak pojawienie się w miasteczku małomównego faceta w czerni czy schwytanie naszej pary i przesłuchanie (sfilmowane tak, że nie widać sylwetki interlokutora) w jakiejś ciemnej piwnice. Kolejne poszlaki (rodzina Bassington-ffrench, gdzie głowa rodziny jest uzależniona od narkotyków; chcąca od niego uciec żona; brat hulaka; dyrektor szpitala psychiatrycznego) zmuszają do myślenia i do samego końca udało się Lauriemu wyprowadzić mnie w pole. I nawet drobne, poboczne wątki były przyprawą w tym smakowitym daniu.

Tutaj nawet poboczne postacie jak wikary, rodzice Francis, właściciel karczmy czy tajemniczy dr Nicholson są na tyle wyraziści, że zapadają mocno w pamięć. Tak jak chwytliwa, jazzowa muzyka oraz użyty parokrotnie montaż równoległy. Zagrane jest to kapitalnie, szczególnie przez prowadzący duet Will Poulter/Lucy Boynton. Pierwszy jako Bobby Jones jest niemal typem rycerza na białym koniu – lojalny, uczciwy, choć trochę szukający swojego miejsca, z kolei lady Francis jest ewidentnie typem „chłopczycy”. Czyli niezależna, zaradna, sprytna i lekko ironiczna, przez co dwoje cudownie się uzupełniają. Świetnie wypada też Daniel Ings (lekkoduch Roger, mocno zdystansowany wobec wszystkich), Jonathan Jules (Knockles, przyjaciel Jonesa) czy Maeve Dermody (bardzo wystraszona i przerażona Moira), ale też są małe epizody samego Lauriego (dr Nicholson) oraz niespodziewana para w roli rodziców. Nie powiem kto, bo nie będziecie zaskoczeni.

„Dlaczego nie Evans” to kolejna solidna produkcja z BBC i zaskakująco dobra robota Hugh Lauriego jako reżysera oraz scenarzysty. Elegancko wykonana, świetnie napisana i zagrana w retro stylu. Jak tu nie dać się oczarować temu dziełu?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Osiem gór

Jest rok 1984 i do małego miasteczka nad górami przybywa z matką 12-letni Pietro – chłopak z Turynu. Tam poznaje jedynego dzieciaka w okolicy, Bruno. Powoli zaczynają się zaprzyjaźniać ze sobą i wspólnie spędzać czas w górach. To jednak tylko ma miejsce w wakacje, bo przez pozostały rok Pietro wraca do siebie. Podczas kolejnych wakacji rodzice Pietro oraz ciotka Bruno chcą, by ten drugi przeniósł się do miasta, na co Pietro reaguje wściekłością. Wskutek pewnych wydarzeń przyjaźń zostaje zerwana, a chłopcy spotykają się dopiero po ponad 20 latach. Potrzeba było do tego śmierci ojca Pietro oraz zapisanego w spadku kawałku ziemi w górach z wyniszczoną ruderą.

Belgijski reżyser Felix Van Groenighan dla wielu z nas najbardziej znany jest z filmów „W kręgu miłości” oraz „Mój piękny syn”. Tym razem wspierany przez swoją żonę Charlotte Vandermeersch wzięli na warsztat powieść Paolo Cognittiego (oczywiście, że jej nie czytałem). I jest to bardzo zaskakujący, spokojny film. Mówiąc spokojny mam na myśli, że nikt tu z niczym się nie spieszy, wszystko toczy się bardzo powolnym rytmem. Zupełnie jakbyśmy trafili do innego świata, gdzie na pierwszym plan wchodzi wręcz monumentalna natura oraz zachwycające krajobrazy Alp i – w dalszej części historii – Himalajów. Z jednej strony jest to film o męskiej przyjaźni – co najważniejsze, bez żadnych podtekstów czy wątku romansowego – ze wzlotami i upadkami. Nawet jeśli pojawia się dłuższa przerwa, nie oznacza jej nieobecności czy wymazania z istnienia. Z drugiej mamy też silną miłość do natury, wręcz przywiązania do swojego miejsca. I pod względem film Belga przypominał film „Wszystko za życie” Seana Penna. Niby wydaje podążać w oczywiste tropy jak relacja ojciec-syn, przyjaciel-przyjaciel czy kontrast miasto-wieś, ale to nie jest pokazane tak szablonowo jak można się było spodziewać.

Całą historie (zza offu) opowiada już dorosły Pietro, który – jak wielu w tym wielu – przechodzi kryzys egzystencjalny. I jak wielu z nas szuka swojej życiowej drogi oraz miejsca na ziemi. Tak jak Pietro, nie mający żadnej stałej pracy, w zasadzie niejako wegetujący bez dużego celu. Niby coś tam pisze, pracuje w kuchni, ale dopiero ponownie spotkanie z Bruno oraz budowanie domku w górach staje się katalizatorem zmian. Absolutnie niespodziewanych, pozwalających także poznać bliżej tych, których odrzucił (ojciec i jego pasja do gór) oraz znaleźć niejako siebie. Ale to wszystko jest takie bez przedramatyzowania, takie zwyczajne, mimo przeskoków czasowych. Do tego mamy jeszcze zachwycające wizualnie krajobrazy, wręcz monumentalne niczym czas trwania tego filmu (niecałe dwie i pół godziny) oraz – rzadko się pojawiającą – piękną muzykę Daniela Norgrena, która z wami na dłużej.

„Osiem gór” jest bardzo specyficznym, wyciszonym, wręcz medytacyjnym filmem o życiu i całej reszcie. Nie brzmi zachęcająco, ale dajcie filmowi szansę na zanurzenie się w pozornie zwykłym, a jednak bardzo niezwykłym świecie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dziwny świat

Coś Disney chyba dostał zadyszki, a produkowane przez nich filmy niespecjalnie znajdują swoją widownię. Czy to za mocna konkurencja, słaby (albo wręcz ledwo istniejący) marketing, zbyt duże budżety albo umieszcza tytułu jednocześnie w kinach oraz na platformie streamingowej – przynajmniej w latach 2020-22. Największą wpadką komercyjną Disneya w zeszłym roku był animowany „Dziwny świat” z ponad 180-milionowym budżetem, który w kinach zwrócił zaledwie połowę tej sumy. Słabiutko. Zwłaszcza, że ten film jest jedną z lepszych rzeczy z fabryki Myszki Miki.

Akcja skupia się na miasteczku Avalonia, otoczonymi przez góry i chyba odizolowane od reszty. Tutaj też mieszka Jaeger Klan, który postawił sobie za cel odkrycie krain za górami. Odkrywca i poszukiwacz przygód tak ostro trenował, że nic nie jest w stanie go powstrzymać. Nawet wyszkolił do tego swojego syna Oskarda, choć ten raczej nie ma takiego entuzjazmu. W trakcie jednej z wypraw ekspedycja znajduje tajemniczą zieloną roślinę (pando) i doprowadza do rozłamu. Jaeger rusza dalej, a cała reszta wraca z pando. Po 25 latach Oskard prowadzi farmę z pando, które jest głównym źródłem energii całego miasta. Ale roślina zaczyna tracić siły, jakby była atakowana przez chwasty. Dlatego prezydent Avalonii organizuje ekspedycję do serca pando, by je ocalić i Oskard wyrusza ratować świat.

Od pierwszych scen widać, że „Dziwny świat” zadziwia. Sam początek i poznanie miasteczka w formie kina z lat 50. oraz stylistyce bardziej pulpowych komiksów (wszystko w formie animacji 2D) łapie w swoje sieci. A jeszcze jak poznajemy samo miasteczko już po odkryciu pando wygląda niczym zrobiona przez fana retrofuturyzmu. Design pojazdów, latających maszyn robi wrażenie. Ale najlepsze zaczyna się podczas ekspedycji i trafienia na nowy świat, jakby żywcem wzięty (tylko w bardziej psychodelicznej formie) z „Podróży do wnętrza Ziemi” Juliusza Verne’a. To wszystko jest tak barwne, z pokręconymi istotami (różowe pterodaktyle!! niebieski, galaretkowaty towarzysz!!) jakich nie widziałem od dawna.

Sama fabuła jest pełna znajomych klisz, bo – oczywiście – mamy tutaj trudną relację ojca z synem, gdzie każdy z nich ma inny plan na przyszłość tego drugiego. Oczywiście, że po drodze trafiamy na uznanego za zmarłego Jaegera, który nadal podąża za swoją obsesją. I, oczywiście, wszystko okaże się zupełnie czymś innym niż się wydaje. Wciąga ta historia strasznie, nawet jeśli na końcu idzie w znajomym kierunku. Jeśli do tego wrzucimy jeszcze świetną, w duchu klasycznej przygody muzykę Henry’ego Jackmana oraz równie udany oryginalny dubbing, gdzie najbardziej błyszczy duet Dennis Quaid/Jake Gyllenhaal (czyli Jaeger i Oskard), powstaje prawdziwa mieszanka wybuchowa.

„Dziwny świat” utrzymuje (tak jak „Raya i ostatni smok„) bardzo wysoki poziom animacji Disneya. Studio Myszki Miki przypomina, że może stanowić konkurencję dla Pixara, czy DreamWorks w tworzeniu niezwykłych światów oraz tworzeniu zabawy dla dzieci i dorosłych. Podchodziłem sceptycznie, a dostałem najlepszy film przygodowy od lat.

8/10

PS. Tak, jest w tym filmie bohater LGBTQ, czyli syn Oskarda, Florian. Jeśli kogoś boli pewna tylna część ciała, to jego relacja z partnerem jest bardzo delikatnie poprowadzona, więc wszelkie kontrowersje były nieuzasadnione.

Radosław Ostrowski

Trolle 2

Jak każde studio DreamWorks ma swoje wielkie hity oraz tytuły bardziej rozczarowujące. Do tego drugiego grona wpisują się „Trolle” z fajnym pomysłem na świat oraz stylową animacją, ale kompletnie nijaką historią. Po prostu obejrzałem i zapomniałem, nawet ignorując sequel w chwili premiery. Czyli trzy lata po oryginale, więc co można było dodać do historii?

trolle2-2

A więc wracamy do naszych pozytywnie zakręconych trolli, co lubią popową muzykę i prowadzi ich królowa Poppy. Jak się dowiadujemy razem z nią jej lud NIE JEST jedynymi trollami na tym świecie. Bo dawno, dawno temu żyło kilka różnych królestw Trolli, co grały różną muzykę (country, pop, hard rock, funk, techno i klasyka), której źródłem była harfa ze strunami. Każda struna przynależała do konkretnego gatunku, jednak doszło do rozłamu. Harmonię zastąpiła izolacja i przekonanie o wyższości swojej muzyki. Albo życie w swojej bańce, które pewnie każdemu byłoby na rękę. Do czasu, gdy królowa rocka Barb chce zebrać wszystkie struny i zamienić trolle w jednorodną grupę rockowych zombie.

trolle2-1

Dwójka niejako podbija stawkę całej eskapady i rozszerza cały świat Trolli, co zdecydowanie jest ogromną zaletą. Nadal napędzane jest to przez muzykę zawierającą znajome hity (popowe numery nawet w formie sklejek po parę w jednym) w wykonaniu obsady, ale to tylko jeden element. Każdy z królestw ma swój własny styl – w sensie wyglądu miejsca, jak i samych Trolli, ich strojów – czyniąc historię o wiele atrakcyjniejszą wizualnie. Bo o czym są „Trolle 2”? O braniu odpowiedzialności za swoje decyzje, akceptowaniu inności, liczeniu się z głosem innych oraz sile muzyki. Bez względu na to czy dany gatunek (lub podgatunek) lubi czy niekoniecznie. Po drodze jeszcze będzie parę pobocznych kwestii jak zderzenie charakterów królowej Poppy i Mruka (ona bardzo pozytywnie nastawiona i pogodna, on bardziej zdystansowany i nieufny) czy poszukującego swoich żyrafowaty Kufer. Nic tu nie sprawia poczucia zbędnego dodatku, serwując parę niespodzianek jak łowcy nagród czy poznacie prawdziwej przyczyny rozłamu, prowadząc do niesamowitego – także wizualnie – finału.

trolle2-3

Wizualnie „Trolle 2” trzymają poziom do jakiego przyzwyczaił DreamWorks, tutaj nawet idąc jeszcze dalej. Bo miejscami klimat robi się westernowy (Królestwo Country Trolli – a jakże by inaczej), przy paru ujęciach zmniejszono klatkaż, a miejscami (Królestwo Funku) jest wręcz psychodelicznie. To zdecydowanie jedna z ładniejszych produkcji tego studia. Równie dobra jest zróżnicowana muzyka, gdzie wszystkie style: od popu i rocka aż po smooth jazz, reggaeton do techno oraz… jodłowania. Tak, jest jodłowanie a’la Focus. A to wszystko zasługa producenckiego duetu Justin Tmberlake/Ludwig Goransson.

trolle2-4

Do tego jeszcze cudownie dobrane role głosowe. Film oglądałem z oryginalną ścieżką dźwiękową, więc było parę niespodzianek w postaci cameo artystów muzyki jak Anderson .Paak, George Clinton czy sam… Ozzy Osbourne (a jak!!). Timberlake więcej niż dobrze odnajduje się w roli nieufnego Mruka – szorstki, wycofany, bardziej stąpający po ziemi. A jednocześnie strasznie zabujany w Poppy. Ale czy można się nie zakochać w głosie Anny Kendrick? Świetnie pokazuje jej ewolucję od przesadnie optymistycznej i zbyt ufnej w swoje siły władczyni do dojrzalszej, uważnej oraz otwartej. Z nowych postaci wybija się zdecydowanie kowbojski Orzech z cudnym głosem Sama Rockwella oraz zadziorna Rachel Broom jako punkowa królowa Barb.

Drugie „Trolle” okazały się dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem, które zostanie w głowie dłużej niż poprzednik. O wiele ciekawsza historia, zróżnicowana muzyka, kolorowa animacja oraz świetny dubbing, do tego z mądrym przesłaniem – jak tu się nie bawić dobrze?

7/10

Radosław Ostrowski

Biały Kieł

Było wiele adaptacji powieści Jacka Londona o mieszańcu psa i wilka, który żył w dzikich lasach. W 2018 roku sprawę postanowili ugryźć Francuzi, co samo w sobie nie jest dziwne. Ale że postanowili to zrobić w formie animacji – ŻE CO? Ci goście zawsze muszą wszystko komplikować, prawda?

W dużym skrócie twórcy zastosowali technikę motion capture do pokazania ludzi, a sama historia została złagodzona. Chyba po to, by móc pokazać ją młodszym widzom. Dlatego bardziej brutalne sceny są albo nie pokazywane wprost (starcie matki wilka z rysiem czy tresura za pomocą laski i bicia), albo nie pokazuje się krwi. Czy to osłabia ładunek emocjonalny? Tutaj mam pewien problem, bo powieści nie czytałem (nigdy nie miałem z nią styczności). Z drugiej jednak strony film powinien stać na własnych nogach, bez znajomości materiału źródłowego.

Kiedy poznajemy naszego bohatera, bierze udział w nielegalnych walkach psów. Tym razem zamiast jednego walczy z dwoma naraz, co kończy się dla niego poważnymi obrażeniami. Walka zostaje przerwana przez pojawienie się szeryfa Wheedona Scotta. A potem poznajemy historię naszego mieszańca. Poniekąd to pokazana z perspektywy zwierzęta historia inicjacyjna. Widzimy naszego zwierzaczka, gdy jeszcze razem z matką odkrywa uroki puszczy i początkowo trafia do Indian. Ich wódz poznaje w matce jednego ze swoich, przez co oboje trafiają jako psy zaprzęgowe. To jednak tylko kolejny etap jego wędrówki.

Opowieść o Białym Kle mogła być szansą na pokazanie zarówno okrucieństwa i piękna natury zderzonego z równie nieprzyjaznym światem ludzi. Ludzi napędzanych przez chciwość spowodowaną gorączką złota, ale także potrafiących traktować tą nieznaną stronę z szacunkiem. ALE ponieważ jest to animacja skierowana dla dzieci wiele mrocznych kwestii zostało ledwo zasugerowanych, liźniętych albo kompletnie porzucono. Nie chcę używać słowa zinfantylizowano, ale miałem wrażenie jakby czegoś tu brakowało.

Zdecydowanie wyróżnia się animacja, bardziej wyglądająca ręczną kreskę, przez co może początkowo wydawać się dziwna. Postacie ludzkie (zwłaszcza te złe) są pokazane w sposób groteskowy, wręcz przejaskrawiony, próbujący (być może na wyrost) imitować styl Ghibli na europejski styl. Same ujęcia przyrody wyglądają najlepiej i mają momenty zapierające dech. Gdy jeszcze dodamy do tego etniczną muzykę, całość może być bardzo przyjemnym doświadczeniem.

Więc czy warto polecić francuskiego „Białego Kła”? Oto jest zagwozdka, bo sam jestem bardzo zmieszany. Skierowanie i zaadaptowanie tak trudnego materiału dla dzieci było zadaniem karkołomnym, a jednak tego się podjęto. Wygląda to nieźle, choć czuć podjęte kompromisy i uproszczenia, które dzieciom raczej nie powinny przeszkadzać. Fani książki mogą jednak czuć się rozczarowani, więc tutaj decyzję każdy podejmuje sam.

6/10

Radosław Ostrowski

Transformers: Wojna o Cybertron – Wschód Ziemi

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery dotyczące pierwszej serii – „Oblężenia”

Akcja „Wschodu Ziemi”, czyli drugiego sezonu „Wojny o Cybertron” kontynuuje historię konfliktu między Autobotami a Decepticonami. Optimusowi udaje się wysłać Wszechiskrę przez Kosmiczny Most poza macierzystą planetę. W konsekwencji Cybertron traci swoją energię, doprowadzając to miejsce na skraj zagłady. Arka z załogą pod wodzą Prime’a wskutek eksplozji mostu gubi źródło życia i rusza w poszukiwaniu Wszechiskry. W tym samym czasie niedobitki Autobotów pod wodzą Elity-1 odbijają uwięzionych towarzyszy i odkrywają, że Megatron coś kombinuje.

Twórcy idą dalej ścieżką wyznaczoną przez „Oblężenie”, czyli dodaje głębi bohaterom (także drugoplanowym) i utrzymuje w odcieniach szarości. Nadal jest to sześć odcinków po około 25 minut oraz utrzymane w stylistyce anime, a czas mija jak z bicza strzelił. Jednocześnie dzięki wyjściu poza Cybertron coraz bardziej poznajemy ten świat. Bo jest zarówno grupa najemników, rasa panów z wieloma głowami, pojawiają się retrospekcje (Megatron jako wojownik na arenie) i nowe postacie.

Znowu można odnieść wrażenie, że dzieje się tu bardzo dużo w tak krótkim czasie. Niemniej „Wschód Ziemi” cały czas trzyma w napięciu, zaś dwutorowość narracji działa tu na korzyść. Jest parę absolutnie świetnych scen akcji, z których najbardziej imponująca jest próba wysadzenia stacji kosmicznej uwięzionej w Kosmicznym Moście. I jeszcze próba zabicia znajdujące się robota o kształcie… skorpiona, na którego pociski nie robią żadnego wrażenia. Ale najważniejszy jest tutaj odcinek piąty, gdzie ekipa Prime’a oraz ścigających ich Megatron trafiają do Martwego Wszechświata. Nie tylko sama pustka robi piorunujące wrażenie, ale to przełomowy moment dla obu liderów. Obaj trafiają na przebywających tu mentorów, którzy pozwalają wyzwolić najlepsze z nich (lub w przypadku Megatrona najgorsze), przez co brutalny finał działa jeszcze mocniej. I oczywiście, że kończy się to mocnym cliffhangerem, zapowiadając mocne zwieńczenie trylogii.

Już się przyzwyczaiłem do nowych głosów i tego animowanego stylu, zaś dialogi (nadal miejscami ociekające patosem) pasują do tego świata. „Wschód Ziemi” rozwija i utrzymuje poziom poprzednika, co tylko mój apetyt na część trzecią – „Królestwo”. A podobno Netflix marnuje znane franczyzy i rozmienia na drobne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Flash

Chyba żadna superbohaterska produkcja w ostatnich 3-4 latach nie miała tak pod górkę jak solowy film o Flashu. Długie prace nad scenariuszem, zmiany zarządu, dokrętki, grający główną rolę Ezra Miller robiący jakieś pojebane akcje i mocno niszczący swoją reputację, a także nie pomagający marketingowo, większe koszty produkcji – smród ciągnął się za tym „dziełem”, że dla Warnera stał się gorącym kartoflem. Zwłaszcza, że doszło do kolejnej roszady w studiu i wśród ludzi od spraw DC, więc to ostatni etap przed nowymi produkcjami, tym razem z producenckim wsparciem Jamesa Gunna. Więc jaki ostatecznie jest film Andy’ego Muschettiego? Trochę chaotyczny i pokręcony, ALE… Po kolei.

Skupiamy się całkowicie na Barrym Allenie (osławiony Ezra Miller) aka Flashu, czyli supermocą jest zasuwanie szybciej niż Usain Bolt i wszyscy lekkoatleci razem wzięci (niczym A-Train aka Pospieszny z „The Boys”). Kiedy Batman oraz reszta Ligi Sprawiedliwości zajęta jest zajmowaniem się grubymi rybami i WIELKIM SYFEM, Barry zajmuje się troszkę mniejszym kalibrem typu zawalenie się szpitala. A poza tym jest bardzo wycofanym outsiderem, który pracuje w kryminalistyce (analiza dowodów) i życia prywatno-towarzyskiego nie posiada. I nie może pogodzić się z jedną rzeczą: śmiercią matki oraz oskarżeniem o tę zbrodnię ojca. Przypadkiem Flash odkrywa, iż jest w stanie tak szybko biec, że… może się cofać w czasie.

I chyba się zaczynać domyślać, co się stanie – pod warunkiem, że oglądaliście „Powrót do przyszłości”. Cofa się w czasie, jednak podczas powrotu do siebie, wpada w alternatywną linię czasową. Co to oznacza? Że jest go dwóch, nawiązuje z nim interakcję, co doprowadza do zaburzenia continuum czasoprzestrzennego. Mało wam? Może i oboje rodzice żyją, ALE „nasz” Barry traci swoje moce (wskutek pewnego działania), superherosi z supermocami nie istnieją, a jakby mało było problemów, przylatuje generał Zod (Michael Shannon) i chce rozwalić Ziemię. MASAKRA.

Więc zrobił się chaos, zaś Flashów 2-óch musi opanować cała sytuację. Tak jak reżyser próbuje opanować całą tą historię, która też wydaje się chaotyczna. Skoro jednak mamy podróżowanie w czasie i demolowanie przeszłości oraz przyszłości, nie mogło być inaczej. Ku mojemu zaskoczeniu sama historia jest bardzo zgrabnie opowiedziana, choć miejscami jest przewidywalna. Miejscami, bo jest tu kilka zaskoczeń i twistów, ale najbardziej zaskoczyły mnie dwie rzeczy.

Po pierwsze, to jak bardzo działa humor. Zwłaszcza, kiedy mamy na ekranie dwóch Barrych, co powinno być męczące, irytujące i działające na nerwy. Szczególnie w podwójnej dawce. Jednak dynamika między tą dwójką, gdzie „nasz” Barry jest o wiele dojrzalszy i poważniejszy, zaś drugi jest… niczym królik z reklam baterii to prawdziwe paliwo tego filmu. To jak się próbują dogadać, jeden próbuje być mentorem dla drugiego wciągało. Tak samo jak odnalezienie się w tej „nowej” rzeczywistości. Drugą rzeczą było pojawienie się Batmana, do którego powrócił Michael Keaton. Czyli to, czym ten film był promowany i reklamowany. I jest on absolutnie fantastyczny, wchodząc po latach z taką łatwością, jakby nie minęło ponad 30 lat odkąd nałożył strój Mrocznego Rycerza. ALE nie odwraca uwagi od głównego bohatera i jego problemów, tylko stanowi bardzo mocne wsparcie na drugim planie. Nawet wkroczenie tematu Danny’ego Elfmana pasuje tu idealnie, nie wywołując zgrzytów.

Niemniej jest tu kilka problemów. Największym jest bardzo nierówna jakość efektów specjalnych, których jest wręcz za dużo. O ile w scenach akcji (ze spowolnieniem czasu przez Flasha) są przyzwoite, zaś praca kamery miejscami zapiera dech, to głównie przy naparzaniu się w slow-motion (pierwsze wkroczenie Supergirl w Rosji czy pościg Batmana-Afflecka za bandziorem) widać, iż postacie są robione komputerowo. Tak samo w momentach jak Flash jest takiej kuli, gdzie są wydarzenia z przeszłości – sam koncept jest ciekawy, ale wykonanie jest ciężkie do oglądania. Tam postacie wyglądają jakby były z plasteliny. Po tylu latach post-produkcji (i takim budżecie) liczyłem na coś lepszego.

Drugim problemem była dla mnie Supergirl. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie mam nic ani do postaci, ani do grającej ją Sashy Calle. Problem z nią mam taki, że pojawia się zbyt późno w całej historii, przez co nie poznałem jej zbyt dobrze. Jej przemiany od wystraszonej i pełnej gniewu dziewczyny po stającej po stronie dobra wojowniczki jest poprowadzona za szybko. No i mój trzeci problem, czyli absolutnie niewykorzystany Michael Shannon w roli Zoda. Wydaje się tu kompletnie niepotrzebny, wypowiada parę zdań jakie mówi typowy antagonista i mówi je jeszcze tak, jakby w ogóle mu się nie chciało. Jak można w ogóle zrobić coś takiego? Za takie coś posłałbym parę osób na galerę albo pozbawiłbym życia w możliwie najmniej humanitarny sposób.

Nie jest to najlepszy film superbohaterski jak twierdzi James Gunn, ani nawet najlepsze dzieło DC ostatnich lat. Jest na pewno wiele lepszy niż się spodziewałem i przez większość czasu dostarcza masę frajdy, a także działa emocjonalnie. Bez chodzenia na skróty ani na łatwiznę. Nie bez wad, ale ma w sobie tyle serca i energii, że warto mu dać szansę.

7/10

Radosław Ostrowski