Transformers: Wojna o Cybertron – Oblężenie

Netflix uderzał tyloma serialami oraz zdobytymi markami, że ciężko wręcz za tym nadążyć. „Seria niefortunnych zdarzeń”, „Ciemny kryształ”, „Castlevania”, „League of Legends” – żeby wymienić tylko kilka z nich. Ale trzy lata temu pojawiła się serialowa trylogia oparta na… Transformersach. A dokładniej na wojnie na Cybertronie, czyli gdzie żadne filmy live action nie skupiały pełnej uwagi.

Pierwszy sezon – „Oblężenie” niejako rzuca nas w sam środek konfliktu między Autobotami a Decepticonami. Walka już trwa, zaś planeta przypomina coraz bardziej zgliszcza. Drogi Optimusa Prime’a i Megatrona, którzy wiele lat temu wspólnie walczyli z tyranią rozeszły się. Teraz ten drugi wydaje się dominującą siłą, zaś Prime desperacko próbuje znaleźć sposób na wygraną. Jego siły są coraz słabsze, ale wszystko się zmienia przez jeden cenny przedmiot – Wszechiskra (Allspark). To źródło energii Cybertronu, bez którego cała planeta wyginie. Megatron chce użyć jej mocy do wyczyszczenia Autobotów, Optimus Prime – wystrzelić poza planetę, co może doprowadzić do niemal zagłady planety i wszystkiego, co się znajduje.

Pozornie to tylko sześć odcinków po nieco ponad 20 minut, więc raczej nie ma zbyt wiele czasu na poznanie całego świata, bohaterów itp. A jednak twórcy tego anime w krótkich zdaniach budują podwaliny pod ten świat. Jak doszło do rozłamu, jak bardzo różnią się (i są jednocześnie podobni) przywódcy i gdzie wielu wojowników czuje zmęczenie, inni mają to wszystko gdzieś (Bumblebee), a inni zmieniają strony. Niemniej wszystko jest jasno poprowadzone, mimo natłoku wątków i postaci oraz ograniczonego budżetu. Sama planeta wydaje się się opustoszała, pozbawiona życia i wyniszczona przez wojnę, co buduje depresyjny klimat oraz poczucie ciągłego zagrożenia.

Zaskoczyło mnie jak cała ta historia wciąga od samego początku. Nawet jak pojawiają się chwile przestoju, nie trwają zbyt długo, pomagając w zarysowaniu charakterów i dodając o wiele większej głębi niż się można było spodziewać. Choćby sami liderzy obu stron, którzy nie są jednowymiarowymi jednostkami z góry podzielonymi na tego dobrego (Optimus Prime) i złego (Megadron). Obaj wierzą w swoje racje, są uparci wręcz do granicy szaleństwa i do pewnego stopnia zaślepieni swoimi racjami, bez jakiejkolwiek szansy na porozumienie. Tak, Prime’a też to dotyczy, gdzie nawet jego towarzysze (Elita) powątpiewają w jego zdrowy rozsądek, a nawet jak Ultra Magnus poddają się.

Sama animacja jest więcej niż przyzwoita, gdzie tło jest dwuwymiarowe, zaś nasze roboty to trójwymiarowe postacie. Poruszają się trochę wolniej niczym mechy z „Pacific Rim”, ale mi to kompletnie nie przeszkadzało. W przeciwieństwie do irytującego dźwięku, gdy roboty zamieniały się w maszyny. Jeszcze bardziej zaskakujący jest brak znanych aktorów głosowych, którzy kojarzeni są z serią Transformers. Niemniej ich zmiennicy poradzili sobie naprawdę dobrze, czego chyba nikt się nie spodziewał. Trudno mi wskazać jednak faworyta w tym składzie, bo każdy dźwiga swoją postać i jest łatwy do rozróżnienia.

Pierwsza część serialowej „Wojny o Cybertron” jest świetnym wprowadzeniem w świat mechów zmieniających się w pojazdy. I to zarówno dla fanów serii, jak też dla osób nie mających styczności z zabawkami, poprzednimi filmami czy komiksami. Ja już nie mogę się doczekać kolejnych części tego cyklu.

8/10

Radosław Ostrowski

Niezwykła wędrówka Harolda Fry

W każdym sezonie kinowym pojawiają się produkcje w dość ograniczonej dystrybucji (głównie w kinach studyjnych), czekające dla wielu kinomanów i poszukiwaczy czegoś, co nie jest blockbusterem. Czasami zyskują dość spory rozgłos, przez co sala potrafi być zapełniona po brzegi (przypadek „Powodzenia, Leo Grande”), ale na dzisiejszym seansie była garstka ludzi. Być może trzeba nieść słowo, by zachęcić widzów, a może tematyka wydaje się niezbyt zachęcająca. Spróbuję was przekonać, więc zacznijmy od początku.

Poznajcie Harolda Fry (Jim Broadbent) – starszego pana, mieszkającego z żoną (Penelope Wilton) i prowadzącego bardzo monotonne życie. Nic się już chyba nie może wydarzyć, a między nim i jego partnerką już coś zgasło. Ale pewnego dnia dostaje list od dawnej koleżanki z pracy, Queenie. Kobieta znajduje się w hospicjum w Berwick-upon-Tweed, czekając na śmierć od raka. Mężczyzna początkowo chce napisać kartkę ze słowami wsparcia. Pod wpływem impulsu dochodzi do wniosku, że sama kartka to za mało. I decyduje się do niej… iść – tak jak wyszedł. Czyli w stroju raczej do chodzenia się nie nadaje. Poza tym ma do pokonania 500 mil, więc co to za problem.

Na pierwszy rzut oka to historia prostego, szarego człowieka, który decyduje się zrobić coś wbrew sobie. „Niezwykła wędrówka…” budziła we mnie trochę skojarzenie z „Prostą historią” Lyncha, jednak to porównanie nie do końca pasuje. Jasne, obaj bohaterowie to starsi panowie i ruszają w daleką podróż, spotykając kilka postaci. Ale to tyle w kwestii podobieństw, bo „Harold Fry” ma o wiele cięższy ton i jest bardzo poważnym dramatem. W momencie wyruszenia w drogę, narracja zaczyna przebiegać dwutorowo – z jednej strony mamy Harolda i jego determinację, a z drugiej pozostawiona w domu żona, która (tak jak ja) nie rozumie jego decyzji.

I tutaj zaczyna się dziać coś dziwnego – reżyserka Hattie Macdonald powoli zaczyna dawkować okruchy historii Harolda. Robi to na dwa sposoby: albo jako retrospekcja, dziejąca się niejako w głowie bohatera podczas niezwykłej podróży, albo przy rozmowach żony z sąsiadem Rexem. Ta narracja dodaje Haroldowi zarówno głębi oraz większego ciężaru emocjonalnego, ale też pozwala mu zmierzyć się ze swoimi demonami przeszłości. Wszystko w niezwykle miejscami pięknymi krajobrazami angielskiej prowincji, grupką wyrazistych i bardzo życzliwych postaci oraz delikatną muzyką w tle (z cudownymi piosenkami Sama Lee).

Więcej wam nie zdradzę, bo ta wędrówka/pielgrzymka potrafi zaskoczyć. Przede wszystkim dzięki bardzo poruszającej, wspaniałej kreacji Jima Broadbenta – zaskakująco oszczędna i stonowana, a jednocześnie pełna empatii i ciepła. Kamera w wielu miejscach jest bardzo blisko twarzy Harolda, gdzie malują się bardzo sprzeczne emocje: od determinacji przez zwątpienie i ból. To wszystko tworzy bardzo wielowymiarową postać, niejako dominując cały ekran. Nie można też nie wspomnieć o Penelope Wilton, czyli Maureen, niejako krążącą w podobnych rejestrach co Broadbent. Nawet jak nic nie mówi, potrafi wyrazić swoją frustrację, samotność, próbując zrozumieć to dziwne postępowanie męża. Ich wspólne sceny rozmów przez telefon mają w sobie wiele angażujących chwil.

Trochę nie do końca rozumiem, czemu polski dystrybutor zmienił oryginalną pielgrzymkę na wędrówkę, jednak to jedyna poważniejsza wada dzieła Macdonald. Proste, skromne, czasami kontemplacyjne kino drogi w słodko-gorzkiej tonacji. Jeśli lubicie „Prostą historię” Lyncha, będzie wam bardzo po drodze.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Transformers: Przebudzenie Bestii

Czy był sens robienia opowieści o Transformersach bez Michaela Baya? Finansowo być może nie, jednak artystycznie bardziej warto było ryzykować. Spin-offowy „Bumblebee” okazał się przyjemną niespodziankę, trochę w klimacie Kina Nowej Przygody. Teraz wracamy z nowym fragmentem opowieści o robotach z Cybertronu, co znajdują się na Ziemi.

„Przebudzenie Bestii” tym razem ma miejsce w 1994 roku w mieście Nowy Jork, skupiając się na Noah Diazie (Anthony Ramos) – byłym żołnierzu, bez stałego zatrudnienia. O pracę ciężko, bo nie jest zbyt dobry w grze zespołowej. Za to dba o swojego chorego braciszka i ma smykałkę do elektroniki. Ale pewną prostą robótkę – ma wykraść z garażu niebieskie Porsche. Brzmi jak coś prostego, prawda? W sumie prawda, chyba że auto jest tak naprawdę Transformersem. Po co zbiera się ekipa Optimusa Prime’a? Przez przypadkowo uruchomiony klucz, badany przez Elenę Wallace (Dominique Fishback), pozwalający się przenosić między planetami. I to pomogłoby Transformersom wrócić do siebie – Cybertronu. Jest jednak pewien poważny problem: imię jego Unicron, który pochłania i niszczy planety, w czym pomaga mu jego sługus Scourge.

Za tą część serii odpowiada Steven Caple Jr., czyli reżyser najbardziej znany z „Creeda II”. Więc w sumie ciężko było się tu czegokolwiek spodziewać, bo poprzeczka zbyt wysoko nie była zawieszona. Sama historia jest prościutka niczym konstrukcja cepa: szukamy pradawnego artefaktu znanego jako MacGuffin, którego szukają dwie strony – Autoboty i ekipy Scourge’a. Ci pierwsi bardziej starają się chować przed widokiem ludzi, drudzy mają to troszkę gdzieś i posuną się do osiągnięcia celu za wszelką cenę. Jest jednak jeszcze trzecia strona, czyli pilnujący (przynajmniej jednej części klucza) Maximale. Kto? Też roboty, ale o kształcie zwierząt pod wodzą Optimusa Primala. W przeciwieństwie do naszych samochodowych robotów, zbudowali więź z ludzkim plemieniem w Ameryce Południowej. I to pozwala Prime’owi na weryfikację swoich przekonań.

„Przebudzenie Bestii” ma o wiele więcej akcji niż „Bumblebee”, przez co cierpią interakcję między postaciami. Bohaterowie są dość prosto zarysowani (choć trochę więcej do pokazania mają Noah i Elena), ale na tyle wystarczająco, aby ich los nas w ogóle obchodził. Sceny rozpierduchy (no bo oczywiście, że demolki i eksplozji nie może zabraknąć) są ładnie zrobione i nie wywołują takiego poczucia chaosu czy przeładowania jak u mistrza Baya. Aczkolwiek muszę się przyznać, że parę razy moje uszy mnie bolały i dźwięk dawał popalić (szczególnie w prologu oraz finałowej konfrontacji) – nie wiem z czego to wynikało. Humor też dowozi (zwłaszcza Bumblebee porozumiewający się za pomocą… cytatów z filmów czy luzacka nawijka Mirage’a), pozwalając przekłuć balonik powagi, który jest aż nadto obecny.

I to jest dla mnie największa wada „Przebudzenia bestii” – że czasem traktuje się zbyt serio, zaś parę dialogów (głównie Scourge’a i Optimusa Prime’a) wkraczają w rewiry patosu, jakich żaden reżyser nie powinien przekraczać. Do tego jeszcze wchodzą niepotrzebne powtórzenia, ale to już takie czepialstwo na siłę. Bo jest jest to sporo dobra: od obsady głosowej (mając w składzie Petera Cullena, Rona Perlmana czy Petera Dinklage’a nie dało się tego schrzanić, ale szoł skradł Pete Davidson) przez dynamiczne sceny akcji aż po sympatycznych ludzkich bohaterów.

W ostatecznym rozrachunku kolejne „Transformersy” to kawałek przyzwoitej rozrywki. Sympatyczna rozwałka z bardzo solidnymi efektami specjalnymi, mocnym trzecim aktem i dobrą obsadą. Jestem bardzo ciekawy dalszego rozwoju serii.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kraina lodu II

Disney w XXI wieku raczej pozostawał w cieniu swojej konkurencji w postaci Pixara czy DreamWorks. Jednym z nielicznych strzałów w katalogu ich animacji był „Kraina lodu” z 2012 roku, która przywróciła animowany oddział Myszki Miki do gry. Inspirowana „Królową śniegu” baśń oczarowała wszystkich audio-wizualnie („Let It Go”!!!!), paroma zaskakującymi twistami oraz przesłaniem. Aż dziwne, że na ciąg dalszy tej historii trzeba było czekać 7 lat. Choć pytanie brzmi, czy potrzebowaliśmy kontynuacji?

Wracamy do Arrendell, gdzie rządzi królowa Elsa (to ona ma w/w Moc) z siostrą Anną. Wszystko wydaje się przebiegać spokojnie, ale – jak wszyscy pamiętamy – spokój nigdy nie jest dany na zawsze. I w mieście żywioły zaczynają wariować, zaś Elsa słyszy dziwny głos. Do kogo należy? Czego chce? I jaki związek z tym wszystkim ma Zaklęta Puszcza, co spowija ją mgła? Sprawę trzeba wybadać, inaczej nie będzie żadnego domu. Elsa razem z Anną i jej przyjaciółmi (Kristoff, renifer Sven oraz bałwanek Olaf) wyrusza do puszczy, by znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania.

Druga część nie skupia się na budowaniu postaci oraz relacji między nimi. Tutaj twórcy bardziej rozwijają ten świat, zapuszczając się w nowe miejsca. Co się stało w Zaklętej Puszczy? Czemu żywioły są nadal rozgniewane na Arrendell? Brzmi jak rozwiązywanie tajemnicy, której żadna z sióstr nie jest świadoma i stanowi duże zagrożenie. Powoli poznajemy kolejne tajemnice, uwięzionych w puszczy rodowitych mieszkańców oraz żołnierzy królestwa. Jednocześnie nasz bardzo nieśmiały Kristoff będzie próbował się oświadczyć Annie (i przez większość czasu nie radzi sobie z tym), zaś Olaf – jak to bałwan – jest uroczy oraz zabawny. Jak mówiłem, postacie nie za bardzo się rozwijają, tylko podążają za akcją. Ta jest poprowadzona nieźle, chociaż niespecjalnie też zaskakuje (poza brakiem antagonisty, chyba że za takiego uznamy przeszłość). Jak poprzednio mamy wstawki musicalowe – inaczej Disney nie byłby sobą – jednak piosenki są zaledwie poprawne.

Nadal wizualnie jest zachwycająco, choć zimową aurę zastąpiła jesień. Wrażenie robią nie tylko animowane postacie i zwierzęta (stada reniferów wyglądają cudnie), ale dla mnie prawdziwą perłą było przedzieranie się Elzy przez burzowe morze czy odkrycie tajemnicy we wnętrzu „jaskini”. Ilość szczegółów jest niepojęta, zaś użycie mocy dziewczyny jeszcze bardziej czaruje. I nawet jak do akcji wkracza magia, także nie brakuje małych fajerwerków (głównie fioletowych ogni), co nie pozwoli się znudzić najmłodszym kinomanom.

Nie będę udawał, że druga „Kraina lodu” oczarowała mnie tak jak pierwsza część. Bo tak nie jest, ale nie żałuję czasu spędzonego przy tym tytule. Nadal jest w nim pewna magia (lub jakby rzekł mistrz Yoda: „Moc silna tu jest”), kilka cudnych scen i satysfakcjonujący finał. Jedno, co mnie dziwi to ogłoszenie kontynuacji przez Disneya, bo nie wiem dokąd jeszcze możemy pójść z tymi postaciami. Ale Disney nie takie kontynuacje robił, co potrafiły pozytywnie zaskoczyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Kajko i Kokosz – seria 2

Przy drugiej serii odcinkowych przygód Kajka i Kokosza twórcy chyba się bardziej postarali. I nie chodzi tylko o lepszą jakość animacji czy większą ilość odcinków (tym razem 9 zamiast 5), ale też same opowieści są o wiele różnorodniejsze.

Bo problemem już nie są tylko zbójcerze Hegemona, choć ten ma parę niezłych pomysłów w rodzaju infiltracji Mirmiłowa. Twórcy rozszerzają ten świat, co jest dużą zaletą. Trafiamy na urlop do leczniczej wyspy, gdzie pewien wielki kapłan planuje stworzyć własną armię, a to pewna nastoletnia księżniczka chce na urodziny smoka i próbuje wykraść Milusia, Mirmił chce opanować sztukę latania, wreszcie nasi wojowie zostaną oskarżeni przez Dziada Borowego o ścięcie drzew. Jedna historia związana z wypoczynkiem na wyspie jest rozbita na dwie części, ale reszta pozostaje luźno powiązanymi epizodami.

Sama animacja wydaje się jakby trochę lepsza i bardziej płynna, zaś same historie mniej nudzą. Już pierwsza, gdzie nasi wojowie w ramach kary za niezapłacenie posiłku muszą sprawdzić gród, gdzie straszy jest bardzo zgrabnie poprowadzony. I jeszcze ta mgła w samym grodzie buduje klimacik. Nawet powtarzalne gagi (rozrabiający Miluś, przez którego nasi wojowie pakują się w poważne tarapaty) potrafią rozbawić. Czy to kiedy podczas Dnia Śmiechały wszyscy robią sobie kawały – ten odcinek to czyste złoto; czy jak Kajko, Kokosz i Miluś zostają wygnani, próbując sobie radzić w dziczy (co kończy się częstym suszeniem gaci przez równie częste wpadanie do wody). Albo metody lecznicze w wypoczynkowym ośrodku. O tym jak ludzie Hegemona dostają łupnia nawet nie wspomnę. Aczkolwiek to nadal jest produkcja raczej dla młodszego widza.

Dubbing znowu błyszczy, zaś nowe głosy (m. in. Andrzej Seweryn, Krystyna Janda czy Jerzy Stuhr) dopełniają tej niezwykłej przygodzie. Dźwiękowo też wszystko gra i trąbi, bez problemów rozumiałem każdy wypowiadany dialog. I nawet jest parę odniesień do współczesności oraz popkultury (ze słynnym rumakowaniem), co też jest miłym urozmaiceniem.

Dla mnie drugi sezon „Kajka i Kokosza” rozwija ten świat, przez co jest o wiele bardziej urozmaicony. Jest o wiele zabawniej, zgrabniej napisane i ogląda się z wielką przyjemnością. Wielka szkoda, że więcej odcinków nie dostaniemy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mój sąsiad Adolf

Jesteśmy w roku 1960 gdzieś w Ameryce Południowej. Naszym bohaterem jest niejaki Marek Polsky (David Hayman) – polski Żyd, mieszkający samotnie w domku. Obok niego jest podobna chata, lecz opustoszała. Przynajmniej do czasu, gdy pojawia się nowy lokator, niejaki Herzog (Udo Kier). I to doprowadza Polsky’ego do szewskiej pasji, a podczas jednej z awantur staje on jak wryty. Dlaczego? Bo zobaczył oczy swojego sąsiada i dostrzegł w nich… Adolfa Hitlera. Zaraz, zaraz. Ale przecież Hitler nie żyje, prawda? Tak też twierdzi wywiad ambasady Izraela i zbywa rewelacje Polsky’ego. Mężczyzna zaczyna szukać dowodów na swoją teorię.

moj sasiad adolf1

Już sam tytuł może wywołać ogrom kontrowersji. A jeśli dodamy fakt, że film Leona Prudovsky’ego to koprodukcja polsko-izraelsko-kolumbijska, niewiele brakuje do wybuchu. Bo w jakim kierunku ta historia może pójść? Opowieści o jedynym z rodziny, co ocalał z Holocaustu i prześladowanym przez traumę widzi w sąsiedzie Hitlera, wymuszając na nim zemstę – czyli thriller? Sąsiedzką komedię a’la „Sami swoi” czy „Dwaj zgryźliwi tetrycy” pełną docinków o tym, jak nienawiść doprowadza do eskalacji – czyli komedię akcji? A może będzie to odkrywanie spisku, mającego na cel reaktywację III Rzeszy i zbudowania nowego imperium zła?

moj sasiad adolf2

Reżyser początkowo wydaje się iść w stronę dreszczowca, gdzie zafiksowany Polsky próbuje bliżej poznać swojego tajemniczego sąsiada. Herzog ma cholernie dużą brodę, nosi ciemne okulary, do tego jeszcze maluje obrazy. O psie typu owczarek niemiecki nawet nie wspominam. Wszystko polane bardziej komediowym sosem, co wywołuje jeszcze większy mętlik. Bo pojawiają się pewne oczywiste poszlaki (malowanie, podobna postura, pies czy wrogość wobec palących w jego domu), ale może to tylko zbieg okoliczności? Powoli jednak zaczynamy poznawać nieznajomego, który – tak jak Polsky – lubi grać w szachy.

moj sasiad adolf3

I tutaj reżyser zaczyna zmieniać ton na poważniejszą historię dwóch poranionych ludzi przez przeszłość. Straumatyzowany Polsky kurczowo trzyma się dawnym nawykom (podlewanie czarnych róż, rozwiązywanie krzyżówek i logicznych zagadek szachowych), by w ten sposób jakoś funkcjonować. Z kolei tajemniczy Herzog też ma pewną niepokojącą tajemnicę, która rzutuje na jego całe życie. Świetnie grający swoje role David Hayman i Udo Kier tworzą bardzo zniuansowane postacie, zaś wspólne sceny z nimi to prawdziwe perełki. Od gniewu i wrogości do pewnego melancholijnego smutku oraz zrozumienia. Zaś zakończenie oraz poznanie prawdziwej tożsamości mnie poruszyło.

„Mój sąsiad Adolf” to bardzo kameralny, lecz zaskakujący film o mierzeniu się z traumą oraz przełamywaniu swoich lęków. Prudovsky’emu nie chodzi o wywołanie kontrowersji, zaś cała opowieść opowiedziana jest z dużym wyczuciem oraz zgrabnie balansując między komedią a dramatem. Świetnie zagrany i zrealizowany tytuł, będący jedną z dużych niespodzianek tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kajko i Kokosz – seria 1

Powiem jedną rzecz, by nie było wątpliwości: nigdy nie czytałem komiksów Janusza Christy. Moja styczność z „Kajkiem i Kokoszem” ograniczyła się do gry komputerowej, jeszcze z czasów Amigi. Czyli bardzo dawno temu. W 2021 premierę miał pierwszy sezon animowanego serialu od Netflixa oparty na komiksach. Na papierze brzmiało to dobrze: za scenariusz odpowiadali twórcy komiksowi Rafał Skarżycki („Jeż Jerzy”) i Maciej Kur („Kajko i Kokosz – Nowe przygody”), wśród reżyserów był m. in. Michał „Śledziu” Śledziński (autor komiksu „Osiedle Swoboda”), zaś za projekty postaci odpowiada Sławomir Kiełbus, naznaczony przez samego Christę na swojego następcę. Co mogło pójść nie tak?

Sama historia jest bardzo prościutka i przypomina losy pewnych dwóch dzielnych Galów. Jest sobie gród Mirmiłowo, kierowany przez kasztelana Mirmiła. Broni go dwóch przyjaciół oraz dzielnych wojów, czyli Kajko i Kokosz. Jak w cyklu duetu Gościnny/Uderzo pierwszy jest niskim spryciarzem, drugi potężnym osiłkiem. A kto atakuje Mirmiłowo – zbójcerze z pobliskiej warowni pod wodzą Hegemona. Ten szuka wszelkich sposób na wykurzenie mieszkańców grodu.

Pierwsza seria ma raptem pięć odcinków po niecałe 15 minut, więc są bardzo króciutkie. W zasadzie to są miniaturki, w zasadzie nie powiązane ze sobą fabularnie. Niemniej schemat jest podobny: Hegemon chce zdobyć gród, ma plan (lub podrzuca mu go Kapral) i kiedy robi się nerwowo, dochodzi do przewrotki, a zbójcerze dostają łupnia. Postacie w zasadzie są zarysowane bardzo prostą kreską (dosłownie), która może i podobna do komiksów, jednak jest bardzo uproszczona. Nie jest to może poziom czegoś, co by wyglądało jak przeglądarka, ale nieco tylko lepiej. Sam tytuł ewidentnie skierowany jest do młodego widza, co widać w humorze (lekko slapstickowym), postaci smoka Milusia czy przekomarzaniach naszych wojów. Nie wspominając o niektórych tekstach zbójcerzy, z których najbardziej błyszczy Kapral i Oferma. Bo Hegemon jest poza kategorią.

Dźwięk też wypada tu bardzo dobrze, zwłaszcza skoczna muzyka w „słowiańskim” duchu. Dubbing też wypada naprawdę dobrze, co jest zasługą reżyserki Anny Apostolakis, która także użyczyła głosu Lubawie. I udało się zebrać wybornych aktorów, ze zgrabnym duetem Artur Pontek/Michał Piela na czele w rolach tytułowych. Jak zawsze poziom trzymają weterani, czyli Jarosław Boberek (kasztelan Mirmił), Grzegorz Pawlak (Hegemon) czy Jacek Kopczyński (Kapral). Ale dla mnie niespodzianką była Agata Kulesza (wiedźma Jaga), którą bardzo trudno rozpoznać oraz przeuroczy Jan Aleksandrowicz-Krasko (zbój Łamignat).

Jednak czy osoba nie mająca kontaktu z materiałem źródłowym jest w stanie dobrze się tu bawić? Jeśli spodziewacie się czegoś na poziomie Asterixa (także tych ostatnich animacji), „Kajko i Kokosz” nie ma startu. Ale to w sumie bardzo sympatyczna produkcja, zrobiona z pasją i sercem. Niemniej technikalia i użyte oprogramowanie ciągną ten tytuł w dół. To jednak tylko pięć odcinków, więc czas nie będzie raczej stracony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Morska bestia

Netflix ostatnimi czasy coraz bardziej próbuje tworzyć jakościowe filmy. Częściej jednak udaje się osiągnąć sukcesy przy filmach dokumentalnych oraz animacjach. Nie inaczej jest w przypadku „Morskiej bestii”, choć całość może wydawać się zbyt znajoma.

Bohaterką jest Maisie – młoda dziewczyna, której rodzice zginęli na morzu jako łowcy bestii. Obecnie przebywa w sierocińcu, uciekając z niego wielokrotnie. Jedyne o czym marzy to o dołączeniu do załogi Niezwyciężonego pod wodzą kapitana Crowa. Załoga od dawien dawna poluje na morskie potwory, które atakują i niszczą ludzkie domostwa na wyspach. Za swoje działa łowcy nie tylko otrzymują nagrody od władców, lecz stają się żywymi legendami. Ale dla kapitana pozostał jeden niewyrównany rachunek – Czerwony Szalej. Wielki stwór, co pozbawił dowódcę oka 30 lat wcześniej. Co może pójść nie tak? Poza naszą pasażerką na gapę, której bezczelność imponuje Crowowi.

Za „Morską bestię” odpowiada Chris Williams, który jako reżyser i/lub scenarzysta tworzył dla Disneya takie tytuły jak „Piorun”, „Wielka Szóstka” czy „Vaiana”. Sama historia jest prosta, gdzie wszystko wydaje się na znajomym schemacie. Mamy wielkie i paskudne monstra, żądnego zemsty kapitana, gotowy do poświęcenia wszystkiego oraz lojalnej załogi, młodą dziewczynkę-idealistkę. Dorzućmy jeszcze niewygodną tajemnicę, a poczujemy jakieś deja vu. Bo tradycja okazuje się kłamstwem, potwory nie są aż tak okrutne (Czerwona jest cudowna!!!!), zmuszona do walki przez człowieka. Jeśli chodzi wam po głowie „Jak wytresować smoka”, to jest to skojarzenie bardzo na miejscu. Tylko zamiast Wikingów i smoków są łowcy oraz bestie.

Sama animacja jest bardzo solidna, choć nie imponuje jak dzieła Pixara. Jest jednak kilka wizualnych perełek, związanych ze scenami morskimi. Pierwsze starcie z bestią w obronie drugiego okrętu zapiera dech w piersiach i trzyma się w napięciu niczym w klasycznym kinie przygodowym. Drugi akt na wyspie, gdzie relacja między dziewczynką a Czerwoną (pyszczek niemal jeden do jeden to Szczerbatek, choć nos inny) ma jeden cudny patent w postaci jajek w ziemi. Takich szczegółów jednak jest trochę, ale polecam samemu się przekonać. Do tego w tle gra cudowna muzyka w marynistycznym klimacie, choć sam finał nie dał mi pełnej satysfakcji.

Za to bardzo dobrze wypada dubbing i mówię tu o oryginalnej ścieżce dźwiękowej. Najjaśniejszym punktem jest dla mnie fantastyczny Jared Harris jako kapitan Crow. Jest charyzmatycznym liderem, pełnym energii, mimo sporego wieku. Z czasem jednak obsesja i żądza zemsty zaczyna brać nad nim górę, co powoduje złamanie niepisanego kodeksu honorowego. O tym drugim przypomina Jacob, któremu głosu użyczył sam Karl Urban. Honorowy i uczciwy, lecz tak samo jak kapitan ma nienawiść do morskich bestii. Wszystko zmienia się przy Maisie oraz Czerwonej, co zmusza go do weryfikacji swoich przekonań. Sama dziewczynka, czyli Zaris-Angor Hator wypada bardzo solidnie. Nie drażni, wydaje się przedwcześnie dojrzała, lecz nie przemądrzała i trudno jej nie kibicować.

„Morska bestia” nie porządnym dziełem Netflixa, któremu jednak do oryginalnych animacji troszkę brakuje. Miejscami aż za bardzo przypomina „Jak wytresować smoka” w przesłaniu czy narracji, ale jako film przygodowy ma w sobie wiele uroku. Na tyle dużo, by dać szansę wyruszyć w rejs.

7/10

Radosław Ostrowski

De Palma

Wytwórnia A24 to jedno z najbardziej znanych studiów, specjalizujących się w kinie niezależnym. W sensie kinie artystycznym, co sięga po wszelkie gatunki: od komedii, komediodramatów przez SF aż po (chyba najczęściej) horrory. Ale w 2015 roku studio zrobiło wszystkim niespodziankę, bo stworzyli… film dokumentalny. Samo w sobie jest dość niezwykłe, tak samo jak bohater tego filmu – Brian De Palma.

de palma1

Zazwyczaj w takich filmach jest tak, że mamy masę gadających głów, sporą ilość archiwaliów oraz kadzenia jaki to bohater tego filmu jest zajebisty. Laurka, wazelina, stawianie WIELKICH pomników za pomocą WIELKICH słów. Reżyserzy filmu – Noah Baumbach i Jake Paltrow – korzystają jedynie z archiwaliów, fragmentów filmów, zaś gadająca głowa jest tylko jedna. Ciekawe, czy zgadniecie czyja. Bardziej przypomina to rozmowę, gdzie nie słyszymy zadawanych pytań, zaś sam reżyser opowiada. O swoim dzieciństwie, młodości i swoim artystycznym dorobku – od krótkich metraży do filmu „Namiętność” z 2012 roku. Jak syn chirurga ortopedy, który bardziej interesował się naukami ścisłymi został reżyserem. Oraz jak dużą inspiracją dla niego był Alfred Hitchcock.

de palma2

Filmowcy (oraz my) mamy duże szczęście, że Brian De Palma jest świetnym gawędziarzem. Potrafi zaserwować wiele rzeczy zza kulis (m. in. o negocjowaniu budżetu na „Carrie”, jak ciężko było nauczyć linijek Orsona Wellesa w „Spytaj swego królika”), pomysłach wizualnych i inscenizacyjnych oraz podsumowuje swoją karierę bez wazeliny. Zarówno o swoich sukcesach („Nietykalni”, „Carrie”), jak i porażkach („Fajerwerki próżności”, „Misja na Marsa”) – artystycznych oraz komercyjnych. Być może dla wielu może być zaskoczeniem, że wiele filmów De Palmy uważanych za klasykę jak „W przebraniu mordercy” czy „Człowiek z blizną” były przez krytykę atakowane za zbyt dużą brutalność i przemoc wobec kobiet. Mało tego, wiele tytułów uznanych za jego najlepsze dzieła jak „Wybuch” czy „Ofiary wojny” poniosły w czasie swojej premiery komercyjną porażkę.

de palma4

Czemu tak się działo? Bo były zbyt mocne, niepasujące do ówczesnych trendów i popularnych rzeczy, bo za bardzo przypominały filmy Alfreda Hitchcocka (zresztą to seans „Zawrotu głowy” rozbudził miłość przyszłego filmowca do kina). „De Palma” jest pełen anegdot, zarówno znanych kinomanom (De Palma pomagał George’owi Lucasowi przy castingu do „Gwiezdnych wojen”, jednocześnie szukając obsady do „Carrie”), przyjaźni z nową generacją twórców takich jak Steven Spielberg, Francis Ford Coppola czy Martin Scorsese albo walkami jakie stoczył z cenzorami (w sensie tą instytucją od przyznawania kategorii wiekowych), producentami (m. in. przy pracy nad „Mission: Impossible”).

de palma3

By nie było tak słodko, jest parę pierdółek. Przede wszystkim jest on… za krótki. Ale jak dwie godziny mogą być za krótkie? Bo De Palma o wielu swoich filmach trochę opowiada zbyt pobieżnie, szczególnie tych powstałych po 2000 roku. Chciałoby się usłyszeć więcej niż tylko o warstwie technicznej. Niemniej muszę przyznać, że „De Palma” pozostanie strasznie wciągającym, elektryzującą opowieścią o wzlotach i upadkach oraz twórcy pełnym pasji, zaangażowania, energii. Aż chciałoby się być obok De Palmy przy tej rozmowie. Na pewno film zachęca do zapoznania się ze zróżnicowaną (także gatunkową) filmografią twórcy „Życia Carlita”.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zmierzch tytanów

Był kiedyś taki czas, że filmowe adaptacje greckich i rzymskich mitów były bardzo popularne. Ale ostatnie próby jak „Hercules” z The Rockiem miały problem ze znalezieniem widowni. Zaś kilka produkcji z lat 50. i 60. nie były przez czas potraktowane łaskawie. Jedną z produkcji, która ja jeszcze pamiętam był „Zmierzch tytanów” z 1981 roku.

zmierzch tytanow1

Sama opowieść skupia się na Perseuszu, czyli młodzieńcu zwanym w tamtym czasie herosem. Ojcem był sam Zeus (Laurence Olivier), czyli najsłynniejszy wśród bogów zapładniacz śmiertelniczek, zaś matką żona króla Danae. Jej mąż ze szczęścia z narodzin nieswojego dziecka postanowił oboje wsadzić do trumny na morze. Bo tak robią rogacze. Ale władca się przeliczył, nie znając potęgi Zeusa, który wysyła na miasto Krakena w jednym celu: zmiecenia miasta w pył, ze wszystkimi mieszkańcami. Ojciec bogów tak kocha Perseusza, że chce zrobić dla niego jak najlepiej. I strasznie to przeszkadzania bogini Tetydzie (Maggie Smith), której syn został przez władcę Olimpu oszpecony. Chłopak miał się hajtnąć z księżniczką Andromedą, jednak po darmowej operacji plastycznej plan szlag trafił.

zmierzch tytanow2

Może i początek nie brzmi zbyt zachęcająco, ale wszystko zaczyna się rozkręcać. Historia jest prościutka jak greckie mity, gdzie podział na dobrych i złych był klarowny, jasny i oczywisty. Perseusz (Harry Hamlin) będzie musiał znaleźć swoje przeznaczenie: poznać piękną kobietę (imię Andromeda mogło być w tamtych czasach także pociągające), zdobyć jej rękę i – by powstrzymać gniew pewnej bogini – uratować miasto z rąk bestii.

zmierzch tytanow3

Jeśli brzmi to jak zadanie z prostej gry komputerowej, to… tak właśnie jest. By osiągnąć cel musi ruszyć z punktu A do punktu B, towarzyszyć mu będzie poznany przypadkowo mędrzec (Burgess Meredith), otrzyma pewne fajne artefakty od bogów jak hełm-niewidka, mocarny miecz, tarczę oraz… mechaniczną sowę. A wszystko jeszcze w czasach, kiedy komputerowe efekty specjalne były zaledwie o powijakach, dając duże pole dla praktycznych i optycznych trickach. A te całkiem nieźle się prezentują, co jest zasługą legendarnego Raya Harryhousena (mistrz animacji poklatkowej), który był także producentem filmu. Nie szukajcie tu psychologicznej głębi postaci, zapadających w pamięć dialogów czy wybitnych ról godnych Oscara. Chociaż aktorzy są zacni i nawet w swoich rolach się sprawdzają. Za to mamy robiącą wrażenie scenografię, świetną muzykę Leonarda Rosenmanna (symfoniczne brzmienie dobrze się trzyma!!!), odrobinę napięcia (konfrontacja z Meduzą!!!) oraz klimat staroszkolnego kina przygodowego.

zmierzch tytanow4

Choć muszę przyznać, że efekty specjalne (szczególnie na początku) mogą kłuć oczy, zaś wolniejsze tempo (w porównaniu z dzisiejszym kinem akcji/fantasy) będzie testem cierpliwości dla współczesnego widza. Niemniej „Zmierzch tytanów” ma w sobie wiele uroku oraz magię kina opartego na praktycznych efektach i mniej sterylnej produkcji. Wehikuł czasu dla wszystkich kinomanów bez względu na wiek.

7/10

Radosław Ostrowski