Bumblebee

Transformersy – wielkie mechy zmieniające się w pojazdy, pochodzące z planety Cybertron. Podzielone na dwie zwalczające się strony: Autoboty i Decepticony, doprowadzając do wyniszczającej wojny. O tym maszynach stworzonych przez Hasbro powstała seria filmów od Michaela Baya (2007-2016), jednak z każdą częścią były te filmy coraz gorsze. Dlatego produkująca je wytwórnia Paramount w 2018 roku zdecydowała się na prequel. Zapowiedzią zmian miał być „Bumblebee” z 2018 roku.

Sama historia Travisa Knighta jest bardzo prosta i skupia się na żółtym Autobocie. Maszyna na polecenie lidera, Optimusa Prime’a, ma wyruszyć na Ziemię w celu stworzenia nowej bazy. Ścigany przez wroga, trafia na naszą planetę, gdzie wskutek obrażeń traci mowę oraz pamięć. Jako Volksvagen Garbus trafia do nastoletniej Charlie – chłopczycy, który lubi grzebać w autach i jest naznaczona przez jedno tragiczne wydarzenie z przeszłości. Miedzy tą dwójką zaczyna tworzyć się nic przyjaźni, jednak Deceptikony próbują upolować naszego bohatera.

Reżyser filmu – do tej pory tworzący animacje, realizowanych techniką poklatkową – tutaj podejmuje się zadania zrobienia solidnego blockbustera. Ma podobny budżet, co animacje, lecz więcej efektów specjalnych (świetnie zrobionych). Opowieść ma w sobie wiele z kumpelskiego kina, z przyjaźnią dwójki outsiderów na pierwszym planie. Wszystko osadzone w realiach lat 80., co jest widoczne w scenografii, dekoracjach czy wplecionych piosenkach. Tryb nostalgiczny zostaje włączony, ale nie jest to tylko próba podpięcia się do panującego trendu retro. Może i jest to strasznie przewidywalne, jednak realizacja oraz dobrze rozpisane postacie dają masę frajdy. Nie brakuje tutaj humoru (Bee w nieobecności Charlie demoluje dom), płynnie zrealizowanych scen akcji (starcia robotów przypominający sceny bijatyk) oraz napięcia. Drobną niespodzianką była budowania relacja Charlie z sąsiadem i kolega z pracy Memo, gdzie on jest niepewnym siebie nerdem, ale w żadnym wypadku nie staje się bohaterem, a nasz bohaterką „damą w opałach”. Detal, lecz odświeżający.

I bardzo porządnie zagrany. Absolutnie błyszczy Hailee Steinfeld jako wycofana Charlie, ciągle żyjąca przeszłością, gdy reszta rodziny (i ojczym) niejako ruszyli do przodu. Bardzo przekonująco pokazuje swoją niezależną bohaterkę, idącą swoimi drogami. Jej chemia z robotem, jak i partnerującym jej Jorge Lendeborgiem Jr. (Memo) jest świetna, co czyni ten film wiarygodnym. Troszkę niewykorzystany jest tutaj John Cena jako wojskowy agent, który w zasadzie nie ma wiele do roboty. Poza groźnym wyglądem oraz byciem stereotypowym żołdakiem, niszczącym wszystko, co obce. Za to świetnie sobie radzą antagoniści z głosami Angeli Bassett i Justina Theroux, sprawnie manipulujący ludźmi.

Jako zapowiedź nowej marki oraz odświeżenie serii Transformers, film Knighta sprawdza się naprawdę dobrze. Obiecuje fajną przygodę i akcję, dotrzymując tej obietnicy, co nie jest częste w przypadku hollywoodzkich blockbusterów. Bardzo porządna rozrywka na dwie godziny i obyśmy dostali kontynuację.

7/10

Radosław Ostrowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s