Paddington 2

Pierwsze spotkanie z misiem Paddingtonem było sporym zaskoczeniem. Inspirowany serią książek Michaela Bonda zarobił na tyle dużo i odebrany był tak ciepło, że musiała powstać kontynuacja. Tym razem reżyser Paul King przeszedł samego siebie i zrobił najlepszy film w swojej karierze.

paddington2-1

Nasz miś został pełnoprawnym członkiem rodziny Brownów. Stara się być po prostu dobrym misiem, nie robiącym żadnych złych rzeczy. Jedyne, o czym teraz myśli, to o odpowiednim prezencie na urodziny swojej cioci Lucy. Antykwariusz, pan Gruber pomaga wybrać i znajduje składaną książeczkę opisującą Londyn. Ale ponieważ jest bardzo droga, miś decyduje się znaleźć pracę, by mieć za co ją kupić. Niestety, sprawy bardzo mocno się komplikują, bo książka zostaje skradziona. A za kradzież zostaje oskarżony… Paddington i skazany. Rodzina jednak próbuje ustalić kto wrobił naszego bohatera, a podejrzanym staje się pewien podstarzały aktor.

paddington2-2

Reżyser tutaj postanowił zaszaleć i opowiada o wiele bardziej skomplikowaną intrygę niż w poprzedniej części. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, a stawka jest o wiele wyższa. Nadal humor w sporej części oparty jest na slapsticku i ciągle to śmieszy, bez popadania w wulgarność czy archaiczność. Ciągle to bardzo ciepłe, familijne kino w dobrym stylu. Ale najbardziej zadziwia tutaj praca kamery i kąty, z jakich filmowana jest historia. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to mógłby być film… Wesa Andersona, tylko bez pastelowych kolorów. Co najbardziej widać w scenach, kiedy nasz miś trafia do pierdla, zaś w skutek jego pomyłki, ich ciuchy są… różowe. Cały czas akcja jest popychana do przodu, odkrywając kolejne elementy układanki. Historia potrafi trzymać w napięciu, choć wiemy, kto za tym wszystkim stoi. Ale nie wiemy dlaczego. Jednak dzięki niemu widzimy piękne krajobrazy oraz zabytki miasta. Miasta pełnego kulturowego tygla, gdzie najbardziej niesympatycznym okazuje się rdzenny Anglik o aparycji Petera Capaldiego.

paddington2-4

Sam bohater jest tak sympatyczny, że każde miejsce nabiera kolorów i przynosi szczęście. Nawet więzienie, co jest ogromną niespodzianką. Reżyser akcję też potrafi poprowadzić brawurowo, co pokazuje podczas sceny włamania i pościgu, gdzie miś jedzie na… psie niczym na koniu. Nie wspominam o finałowej konfrontacji w pociągu z pogonią na dachu niczym w „Mission: Impossible”, co podkręca tempo oraz adrenalinę. Nawet ucieczka z więzienia wygląda imponująco (w większości kręcona w jednym ujęciu) i trzyma wręcz za gardło. A i nie brakuje momentów wzruszających, zaś stworzony komputerowo miś wygląda cudnie.

paddington2-3

Niektórzy pewnie będą narzekać, że to jest naiwne, zaś morał o tym, iż warto być dobrym, bo ono wraca wydaje się naiwne. Jednak jest to tak przekonująco „sprzedawane”, że nie da się w to nie uwierzyć. Przy okazji reżyser troszkę skomentuje swój stosunek do Brexitu (w końcu nasz bohater to imigrant z Peru) oraz serwuje uniwersalne prawdy. A finał… przekonajcie się sami. I nadal to świetnie zagrane kino. Wracają starzy znajomi (m.in. Hugh Bonneville, Sally Hawkins czy użyczający głosu misiowi Ben Whishaw), ale film kradnie dwójka nowych postaci. Absolutnie rozbrajający jest Hugh Grant w roli antagonisty. Niby czarujący aktor, lecz tak naprawdę egotyczny narcyz pragnący poklasku i splendoru, jednocześnie zmieniający wygląd niczym kameleon. Drugim jest Brendan Gleeson jako szef więziennej kuchni Golonka z twardymi pięściami, lecz dobrym sercem i dodaje pewnej lekkości. Obaj panowie jeszcze bardziej podnoszą poziom całości.

Jak tak dalej pójdzie, to trzecia część będzie arcydziełem w swoim gatunku. Bo drugi „Paddington” przebija oryginał wielokrotnie, a reżyser nie musi się martwić, że nikogo nie będzie obchodził los najbardziej kulturalnego misia. Szalona jazda bez trzymanki, potrafiąca rozbawić i nawet złapać za serce. Można się rozsmakować niczym w marmoladzie.

8/10

Radosław Ostrowski

Czas mroku

Maj roku 1940 nie zapowiadał się zbyt dobrze dla Europy, która coraz bardziej dostawała łupnia od pewnego niedoszłego malarza, co został fuhrerem. Krótkowzroczna polityka ugodowa brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina obróciła się przeciwko niemu, doprowadzając do upadku jego gabinetu. Rządząca partia chce, by urząd objął szef dyplomacji, lord Halifax, lecz ten odmawia. Wtedy na jego miejsce trafia człowiek niechciany, nieplanowany, uważany za nieporadnego, niekompetentnego idiotę (katastrofy pod Gallipoli do tej pory nie wybaczono), wyłączonego z głównego nurtu polityki. Jest nim pierwszy lord Admiralicji, Winston Churchill, tworzący bardzo szeroki gabinet wojenny i od razu musi zmierzyć się z bardzo poważnym problemem – Dunkierką.

czas_mroku1

Joe Wright to brytyjski filmowiec mierzący się z różnymi gatunkami, wychodząc zazwyczaj z tych konfrontacji z tarczą. A postać Winstona Churchilla wydaje się samograjem, bo pokazania takiej ikony brytyjskości nie da się zepsuć, prawda? Skupiając się tylko na tym miesiącu, reżyser wyciska z tej postaci wszystko, nie stawiając (zbyt mocno) spiżowego pomnika. Jest to kino polityczne czystej próby, która można potraktować jako uzupełnienie „Dunkierki” Nolana, pokazujące całą operacje z perspektywy urzędników oraz przywódcy. Rzadko pojawiają się tutaj obrazki z wojny (ujęcia wręcz z góry, zwane okiem Boga), a całość skupiona jest na rozgrywkach i spięciach między Churchillem a Halifaxem oraz Chamberlainem, pragnącymi zawrzeć pokój z Hitlerem. Premier jest początkowo traktowany jako ktoś wrogi, szalony, pragnący poświęcenia oraz ofiar, człowiek zawierający masę politycznych błędów oraz grzechów. Te spięcia są zdecydowanie najmocniejszą stroną filmu.

czas_mroku2

Wizję niepokoju oraz mroku potęgują świetne zdjęcia Bruno Delbonnela, który wręcz perfekcyjnie operuje światłocieniem. Mocno to widać w takich ujęciach jak przemowy w niemal ciemnej izbie parlamentu czy gdy widzimy bohatera jadącego windą. To dopełnia wizji czasów, gdzie każda godzina dla tego kraju może być ostatnią, najczarniejszą godziną. Owszem, są pewne wady jak patos (w finale jest go dużo) czy lekko mniej wyraźny od bohatera drugi plan (bo Churchill wręcz błyszczy), ale to kompletnie nie przeszkadza, wręcz do tej ścieżki.

czas_mroku3

Nie będę oryginalny twierdząc, że „Czas mroku” to Gary Oldman Show. Aktor, mimo charakteryzacji, tworzy bardzo wyrazistą, wręcz charyzmatyczną postać. Gdy przemawia w parlamencie, sprawia człowieka głęboko wierzącego w swoje racje, niewzruszonego niczym twardziela. Ale to bardziej skomplikowany charakter – bywa porywczy (jak sam mówi: „powściągliwość jest rzadka w jego rodzinie”), wręcz wybuchowy, miewa chwile wątpliwości oraz walczy z własnymi politycznymi demonami. Nieprawdopodobna kreacja wnosząca film na wyższy poziom. Drugi plan wydaje się zepchnięty przez wielkiego Oldmana, a pozostali bohaterowie mają trochę mało czasu na zbudowanie głębokich ról. Nie znaczy to, że są tylko delikatnym tłem, o nie. Najbardziej wybija się tutaj Stephen Dillane jako bardzo ugodowy lord Halifax, sprawiający wrażenie wręcz nietykalnego członka rządu. Swoje pięć minut ma też Ben Mendelsohn (król Jerzy V) oraz Kristin Scott Thomas (pani Churchill), stanowiący solidne wsparcie.

czas_mroku4

Nowy film Wright to przykład solidnej biografii z jedną, WIELKĄ kreacją Gary’ego Oldmana, który dźwiga całość na swoich barkach. To mroczny, trzymający w napięciu dramat, ale – na szczęście – Churchill jest pokazany jako postać z krwi i kości, a nie pomnikowy charakter znany z podręczników historii. To musi robić wrażenie.

8/10

Radosław Ostrowski

Everest

Ktoś może zapytać dlaczego ludzie wspinają się na góry – wielkie, potężne, piękne, ale też niebezpieczne i bezwzględne. Trzeba być naprawdę odważnym, żeby podjąć się tego trudnego zadania i to jest coś, z czym nie zamierzam w żaden sposób dyskutować. Ale nie każda taka ekspedycja kończy się powodzeniem. Taką historię przedstawia film „Everest” z 2015 roku.

everest1

Był rok 1996, kiedy Mount Everest był strasznie zatłoczony. Tego samego dnia miały wyruszyć aż trzy wyprawy. Pierwsza kierowana przez doświadczonego alpinistę Roba Halla, druga przez Scotta Fishera, a trzecia finansowana przez rząd Tajwanu. Dwie pierwsze postanowiły nie przeszkadzać sobie, ale wyprawy ruszyły na szczyt i dotarły 10 maja. Nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale cel udało się osiągnąć. Problem zaczyna się z powrotem, bo dochodzi do burzy śnieżnej.

everest2

Takie historie są bardzo trudne do przedstawienia, by zachować dystans i przekazać to, co się naprawdę stało. No i najważniejsze – co poszło nie tak? Brak szczęścia, bezwzględna pogoda, zaniechanie związane z tlenowymi butlami, zapięciami na górze? Pycha i ambicja do walki z naturą? Temat walki człowieka z naturą, bo jak inaczej nazwać wspinanie się na górę? Reżyser stara się przedstawić tą nierówną walkę i robi to zaskakująco spokojnie, powoli buduje relacje między postaciami, delikatnie podkręca napięcie. To ostatnie sprawia, że widzimy jak bardzo kruche jest ludzkie życie. Dla wielu samo wchodzenie na górę, może sprawiać wrażenie dość nużącego, toczy się to spokojnie, choć jest kilka poważnych momentów (wejście po drabince nad przepaścią czy pogorszenie się wzroku jednego z uczestników). Ale kiedy dochodzi do zejścia, dopiero widzimy bezwzględność matki natury i zaczyna się tragedia.

everest3

Mimo tego, że cała ta historia wydaje się dość przewidywalna, a przeskoki z postaci na postać mogą wywołać dezorientację, film ogląda się naprawdę nieźle. Wrażenie robią niesamowite zdjęcia gór, gdzie kamera pokazuje ich prawdziwy majestat. Także dźwięk podczas, gdzie słychać bardzo nieprzyjazny świst, buduje poczucie zagrożenia, niepewności. Problem jednak w tym, że mamy bohatera zbiorowego, gdzie tak naprawdę kilka postaci jest bardziej wyraziście zarysowanych. Dodatkowo zakończenie jest troszkę robione tak na szybko, byle skończyć film, bo już się ciągnie.

everest3

Sytuację próbują ciągnąć aktorzy i to bardzo znani, ale efekt jest dość różnorodny. Na mnie największe wrażenie zrobił Jason Clarke (Rob Hall, jeden z przewodników wyprawy), twardy Josh Brolin (Beck Weathers) oraz John Hawkes (Doug Hansen), tworząc najbardziej wyraziste postacie. Reszta albo stanowiła tylko tło (Sam Wortington, Keira Knightley, Robin Wright) albo wywiązywała się solidnie ze swojego zadania (niezawodna Emily Watson).

everest4

„Everest” z jednej strony ma ambicje blockbustera, ale chce też zachować realizm wydarzeń. Trudno odmówić ambicji, chociaż posiada kilka klisz i stosuje parę razy emocjonalny szantaż. Trudno jednoznacznie ocenić ten film, ale jedno jest pewne: nie dałbym rady uczestniczyć w takiej wyprawie, a przypomnienie o brutalności Matki Natury zawsze pozostaje aktualne.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kubo i dwie struny

Kim jest tytułowy Kubo? Zwykłym chłopcem, który mieszka na odludziu i opiekuje się matką w Japonii. Oboje tak naprawdę ukrywają się przed dziadkiem chłopca – potężnym Księżycowym Królem, który chce ukraść jedyne oko posiadane przez chłopca. Dlatego Kubo zawsze musi wracać przed zachodem słońca, ale pewnego wieczora łamie ten zakaz. Matka, by go chronić poświęca się, ale przedtem daje mu zadanie: musi zdobyć pancerz (miecz, zbroję i hełm), by ochroniły go przed Królem oraz Siostrzyczkami. Pomaga mu w tym ożywiona małpa, papierowy samuraj i poznany po drodze żuk-wojownik pozbawiony pamięci.

kubo1

Studio Laika przykuło moją uwagę od czasu „ParaNormana”, gdzie łączyło powagę i dramatyzm, ale jednocześnie unikając prostego, czarno-białego podziału bohaterów, a także stosowaniem animacji poklatkowej. Innymi słowy, zamiast komputera i kartki papieru tworzono postacie oraz dekoracje z materiału, ożywiając go w mechaniczny sposób niczym marionetki. O samej fabule nie chcę wam mówić zbyt wiele, bo spojlery zabijają najlepszy seans i odstraszają. W każdym razie jest to niemal kino przygodowe (fabuła mogła być podstawą gry komputerowej), gdzie jest powierzone zadanie i przeszkody do pokonania. Sama animacja jest po prostu prześliczna, co widzimy od samego początku, gdy widzimy burzę oraz płynący statek z matką Kubo i nim samym. Największe wrażenie jednak robią sceny, gdy Kubo czaruje swoimi opowieściami za pomocą shamisena (gitara brzmiąca troszkę jak banjo), ożywiając papier z origami, dzięki czemu kreuje niesamowite światy. Sceny, gdy pojawia się stado latających ptaków czy budowanie z liści okrętu wygląda piorunująco. Podobnie starcie w grobowcu ze szkieletem, podwodne miasto czy wyniszczona twierdza. Japonia czasów feudalnych została wiernie odtworzona (piękne stroje i zwyczaje), jednocześnie odtwarzając ich wierzenia.

kubo2

Oglądałem to z zapartym tchem, kibicując bardzo naszemu chłopcu, który musi zmierzyć się ze śmiercią. Twórcy nie boją się pokazywać krwi i przemocy, jednak nie pokazują bezpośrednio śmierci, zastępując ją oślepiającym blaskiem światła. Nie brakuje jednak krwi (jest już niemal na początku), surowych pojedynków (walka z Siostrami, ukrywającymi swoje twarze przed maskami), powoli odkrywając tajemnicę oraz historie związaną z Kubo. Nawet finałowa konfrontacja z Księżycowej Królem jest elementem tej historii.

kubo3

„Kubo” równie imponuje pod względem dubbingu. Ale polecam zdecydowanie wersję oryginalną, gdzie najbardziej wybija się Charlize Theron z Matthew McConaugheyem. Ta pierwsza wciela się w matkę i ożywioną matkę – nadopiekuńcza, kochająca i starająca się zapewnić bezpieczeństwo. Z kolei Matthew podkłada głos Żukowi – przeklętemu wojownikowi, który na początku sprawia wrażenie pogubionego, nieporadnego bohatera. Wydaje się on comic reliefem, ale z czasem staje się złożonym, barwnym herosem. Muszę też wspomnieć wcielającego się w tytułową postać znakomitego Arta Parkinsona, który wiarygodnie odtwarza wszelkie emocje bohatera: ból, samotność, ale i nierozsądek, figle. Takie nie sposób zapomnieć Sióstr, którym głosu użyczyła Rooney Mara i samym głosem wywołuje strach.

kubo4

„Kubo i dwie struny” to historia o wyobraźni, przebaczeniu, zemście, ale też o miłości. Historia tak piękna i zakorzeniona w Oriencie (byłem pewny, że to Japończycy zrobili). Piękna, mądra baśń skierowana zarówno dla młodego widza, jak i starszego odbiorcy. Porażające dzieło i najlepsza animacja roku 2016. Ale nie widziałem reszty stawki, więc może się to zmienić.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Joker

Jason Statham to jeden z tych współczesnych herosów kina akcji, na którego filmy mogę iść w ciemno. Wiadomo, że będzie ostro, dynamicznie i z intrygującą choreografią, gdzie aktor za pomocą tylko pięści i wszystkiego poza bronią palną jest w stanie załatwić każdego. Tutaj Statham nazywa się Nick Wild i jest ochroniarzem pracującym dla adwokata w Las Vegas. Jednocześnie pracuje dla niejakiego Kinnicka, a jednocześnie dawna dziewczyna prosi go o pomoc. Problem polega na tym, że ostatni klient ją pobił, oszpecić i pozbawił „narzędzia pracy”, że się tak wyrażę.

wild_card1

Powinno być całkiem solidne kino akcji, ale troszkę reżyser Simon West postanowił troszkę inaczej opowiedzieć całą opowieść. Jest bardziej spokojnie, z przebitkami montażowymi oraz grą w blackjacka. Sporo jest gadaniny (niepozbawionej ciętego humoru), skupiając się na psychice nałogowego hazardzisty. Samo Las Vegas sfilmowane jest w dość mroczny sposób, tworząc ponury klimat. Sam Statham radzi sobie nieźle, jednak w swoim żywiole (naparzanka) radzi sobie bez zarzutu. Sceny akcji, choć nie ma ich zbyt wiele, to są one zrobione z brawurą oraz pomysłową inscenizacją (czy to w kasynie, gdzie słyszymy w tle „White Christmas” czy przed jadłodajnia, gdzie Nick załatwia sześciu kolesi mając tylko łyżkę i nóż plastikowy). Wtedy „Wild Card” nabiera dzikości oraz dynamiki, co w tego typu produkcjach jest esencją.

wild_card2

Reszta aktorów robi tutaj za ciekawe tło, z którego najbardziej wyróżnia się Anne Heche (kelnerka Roxy), Hope Davis (krupierka Cassandra) oraz wyposażony we włosy Stanley Tucci (gangster „Dziecina”). Ogólnie wychodzi z tego całkiem niezła zadyma. W sam raz na luźne popołudnie przy piwku.

wild_card3

6/10

Radosław Ostrowski

Pudłaki

Czym są Pudłaki? To trolle zamieszkujące podziemia miasta Cheesebridge, gdzie nie są mile widziane. Mają złą reputację odkąd oskarżono je o porwanie syna niejakiego Trubshowa – genialnego konstruktora. Podobno porywają dzieci i zjadają je, dlatego zadania wytępienia Pudłaków podejmuje się Archibald Snatcher, w zamian za członkostwo w wyższych sferach prawda jest taka, że syna Trubshowa nie porwały Pudłaki, tylko zajęły się nim. Jednak chłopiec wyrósł i musi podjąć walkę o swoich kumpli.

pudlaki1

Nowe dzieło studia Laika nie jest typową animacją, jakie powstają z ręki takiego Disneya czy DreamWorksa. Zostało ono zrobione w powracającej co kilka lat technice animacji poklatkowej, gdzie postacie jak i tło zostaje stworzone ludzkimi rękoma, a nie komputerem. Wizualnie jest to bardzo groteskowa, odrealniona wizja, gdzie postacie mają bardzo paskudne twarze, nienaturalne rozmiary oraz pewien brud pokryty pokręconą scenografią, mocno pachnącą Timem Burtonem. Oznacza to jedno – nie jest to produkcja dla najmłodszego odbiorcy, chyba że chcecie go wystraszyć. Sama historia może nie jest zbyt zaskakująca (apel o tolerancji i akceptacji inności), jednak zarówno sama wizja świata oraz animacja samych Pudłaków plus kilka brawurowych scen akcji (ucieczka z fabryki Snatchera) robi naprawdę dobre wrażenie. A najzabawniejsze (poza mamrotaniem Pudłaków) są tutaj dyskusje sługusów czarnego charakteru co do słuszności swoich działań. Tylko troszkę to zbyt moralizatorskie dla mnie.

pudlaki2

Swoje za to robi naprawdę udany polski dubbing, co jest zasługą Bartosza Wierzbięty, który nie tylko przetłumaczył całość, ale też wyreżyserował polską wersję językową. Z solidnego dubbingu najbardziej wybija się tu świetny Andrzej Blumenfeld w roli paskudnego i zakompleksionego Snatchera, chcącego wyrwać się z nizin społecznych, choć nie do końca pasuje do wyższych sfer (powiem tylko tyle, że chodzi o ser) oraz prowadzący filozoficzne dialogi duet Janusz Wituch/Paweł Szczęsny (pan Karp i pan Piskorz). Ale też grający główną rolę Wit Apostolakis (Eggs) radzi sobie z postacią młodego chłopca zaprzyjaźnionego z Pudłakami (mamroczą bardzo).

pudlaki3

Jak widać animacja poklatkowa nie umarła i przeżywa swój renesans (m.in. „Fantastyczny pan Lis” czy „ParaNorman”), a „Pudłaki” tylko potwierdzają tą prostą prawdę. Animacja dla bardziej starszego kinomana, który już swoje koszmary senne ma już dawno za sobą.

pudlaki4

7/10

Radosław Ostrowski

Koliber

Joseph Jones był żołnierzem brytyjskich sił specjalnych stacjonujących w Afganistanie. Teraz ukrywa się w londyńskich uliczkach jako bezdomny i towarzyszy mu Isabelle. Uciekając przed łobuzami wpada do domu i przejmuje tożsamość właściciela, który wyjechał na długo. Zdobywa pracę w chińskiej mafii, pomagając siostrze Cristinie zajmującej się bezdomnymi. Ale kiedy dowiaduje się, że Isabelle została zamordowana, chce ją pomścić.

koliber1

Dziwny film zaserwował debiutujący w roli reżysera Steven Knight (scenarzysta m.in. „Wschodnich obietnic” Davida Cronenberga), bo jak na film akcji za mało akcji, tempo jest spokojne, a dużo psychologii. Londyn nocą nie wygląda tak fajnie jak za dnia i nie chodzi mi tu o neony, ale nocą budzą się demony. Wiem, brzmi to banalnie, ale to akurat prawda – prostytucja, haracze, handel towarem, ściąganie długów. Tu sprawiedliwość wymierza się na własną rękę. Klimatu brudu dopełniają ciekawe i niepozbawione uroku zdjęcia Chrisa Mengesa, dobry montaż oraz dość intrygująca fabuła, która może nie jest specjalnie oryginalna, ale nie zanudza. Jak dla mnie to za spokojnie było (ze względu na pewnego aktora liczyłem na więcej zadymy), ale efekt jest niezły, zaś rzadko pojawiające się sceny akcji są porządnie zrobione.

Liczyłem na jatkę i kino akcji, bo zagrał tu niejaki Jason Statham, który jednoznacznie kojarzy się z byciem twardzielem. Tutaj jednak gra faceta z przeszłością, od której próbuje uciec, a by odkupić swoje winy, musi sam załatwić sprawy za pomocą pięści. I facet jest wiarygodny, nawet jeśli nikomu nie spuszcza łomotu. Drugą kluczową postacią jest siostra zakonna grana przez Agatę Buzek. Nie, to nie jest żart. Nie dość, że dobrze mówi po angielsku (choć kilka zdań jest po polsku) i całkiem nieźle poradziła sobie z rolą dość skomplikowanej kobiety.

koliber2

„Koliber” to od czasu „Revolvera” Guya Ritchiego najbardziej nietypowy film w dorobku Jasona Stathama. Jak na film akcji, za dużo gadania i spokoju, a jak na dramat trochę dużo akcji. Efekt wyszedł przyzwoity, a i parę razy potrafi zaskoczyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Kwartet

W domu spokojnej starości dla muzyków i artystów operowych ma zostać przeprowadzana gala, z której dochód będzie przeznaczony na dalsze działanie placówki. Przygotowania zostają lekko zakłócone z powodu pojawienie się nowej lokatorki – podstarzałej diwy, której były mąż tu mieszka. Wtedy wyjdą pewne animozje, choć szef placówki chce wyciągnąć dawny kwartet.

kwartet5

Zazwyczaj kiedy aktor zaczyna debiutować jako reżyser, wówczas pojawiają się głosy, że robi to albo dla większej sławy, większej kasy lub bo mu się znudziło. Nie wiem jakie były motywy debiutującego Dustina Hoffmana na stołku z napisem director, ale chyba nie chodziło tu ani o sławę czy o kasę. Reżyser podjął się adaptacji sztuki Ronalda Harwooda opowiadającej o grupie emerytów-artystów, którzy nigdy nie zrezygnowali z uprawiania sztuki, nawet jeśli większość ich fanów już nie żyje, przemijaniu i czerpaniu radości z życia bez względu na wiek. Niby to nie jest coś o czym nie byłoby wiadomo, ale jest to tak lekkie w odbiorze i tak zabawne, że te półtorej godziny spędzone przy muzyce klasycznej i starszych ludziach sprawia po prostu przyjemność. Nie jest to w żadnym wypadku ramota, bo i miejsce pięknie wygląda i kamerze zdarza się wyjść poza pomieszczenia. Wszystko to opowiedziane pewną ręką.

kwartet4

Hoffman miał też to szczęście, że wybrał za to znakomitych aktorów brytyjskich, którzy udźwignęli swoje role. Są to ludzie z pasją i energią (rozbrajający Billy Connolly z Pauline Collins), ale jednocześnie pełni lęków i tajemnic (grający tu pierwsze skrzypce Maggie Smith z Tomem Courtneyem) i cała ta czwórka jest po prostu fantastyczna. Poza nimi wybija się Michael Gambon (apodyktyczny Cedric).

Może i jest to odrobinę bajkowe, jednak „Kwartet” jest po prostu dobrze zrobionym filmem. Ja się dobrze czułem i dobrze bawiłem. I mam nadzieję, że będąc w wieku bohaterów nadal będę miał swoją energię i humor.

7/10

Radosław Ostrowski

Anna Karenina

Historia tej miłości skazanej na potępienie była przenoszona na ekran wielokrotnie. Tym razem zadania się podjął Joe Wright, który miał na to swój własny pomysł, bo zrobił z tego spektakl – dosłownie. Niby toczy się to w wielu miejscach, ale tak naprawdę wszystko jest kręcone w teatrze (jedynie sceny w majątku Lewina są w plenerze). Może się to wydawać sztuczne, ale reżyser wie, co robi, bo zrealizowane jest to wybornie. Kamera wręcz podąża za bohaterami, gdy scenografia (świadomie sztuczne tła) zmienia się jak w kalejdoskopie – przenosimy się z miejsca na miejsce, a jednocześnie nie gubimy się w tym wszystkim, a całość ogląda się znakomicie. Mimo pewnej teatralności, Wrightowi udało się przekazać i pokazać emocje wśród bohaterów, co można było zignorować. Imponują też kostiumy oraz piękna muzyka, która buduje klimat tej opowieści. Niezwykła i pomysłowa realizacja, co trzeba przyznać.

karenina1

Jednak esencją i największą siła poza oryginalną dość warstwą formalną są bardzo ciekawe i przekonujące kreacje, choć dość nietypowo obsadzeni. Takim przykładem jest Jude Law w roli chłodnego i opanowanego Karenina, który ukrywa swoja upokorzenie. Drugim zaskoczeniem jest Aaron Taylor-Johnson jako Wroński – trochę lalusiowaty, ale powściągliwy bawidamek. Jednak ich wszystkich przyćmiła Keira Knightley. Nie przepadałem za tą aktorką, ale muszę przyznać, ze mnie zaskoczyła, powaliła i bardzo przekonująco pokazała kobietę, która wyzwala się z ciasnych konwenansów i płaci za to wysoką cenę.

karenina2

Ale poza tym trójkątem nie brakuje równie ciekawych ról drugoplanowych, z których najbardziej zapadł Domhnall Gleeson jako idealista Konstantyn Lewin, którego wątek miłosny jest drugim istotnym dla fabuły oraz wywołujący uśmiech Matthew Macfayden (Obłoński).

karenina3

Wierna treściowo, zaskakująca formalnie, wciągająca i angażująca adaptacja. Kolejny przykład, że nie trzeba szokować czy przesadnie eksperymentować, by osiągnąć wymarzony efekt. Brawo!!

8/10

Radosław Ostrowski