Better Man: Niesamowity Robbie Williams

Już jedna muzyczna biografia wskoczyła do kin („Kompletnie nieznany” o Bobie Dylanie), a tu już wskakuje kolejny portret gwiazdy muzyki. Tym razem jest nią Robbie Williams – kiedyś członek boysbandu Take That, imprezowicz i solista z mocno wyboistą karierą. Za kamerą stanął reżyser „Króla rozrywki” Michael Gracey, zaś w artystę wcieliła się… komputerowo wygenerowana małpa. Brzmi jak zwykła sztuczka, która ma odwrócić uwagę od sztampowego i standardowego biopica?

Jakby tego było mało, sam Williams pełni tu rolę narratora, opowiadającego z offu całą historię. Jednak jego komentarz, niepozbawiony złośliwości i ironii jest bardzo mile widzianym dodatkiem. Bo sama historia jest troszkę konwencjonalna: od dzieciaka, traktowanego niemal przez wszystkich jako nieudacznika przez casting do boysbandu Take That aż po solową działalność. Po drodze jego ojciec Peter (Steve Pemberton), szuka swojej szansy jako komik i odchodzi od rodziny, zaś Robbie’ego wspiera mocno babcia (Alison Steadman). W końcu jako nastolatek trafia do boysbandu i tu się zaczyna kariera.

Nie spodziewajcie się mocnego trzymania się faktów oraz odhaczania kolejnych wydarzeń z Wikipedii. Reżyser bardziej skupia się na energii oraz impresyjnego tworzenia portretu artysty. Tutaj sukces z porażką idą ręka w rękę, zaś coraz większa sława mocno odbija się na jego zachowaniu. Zagubiony człowiek, nad którym kontrolę przejmuje ego, co doprowadza do ostrego chlania i ćpania. Ale nawet wtedy „Better Man” wygląda imponująco: od szybkich montażowych zbitek, imponujących scen tanecznych (fantastyczna sekwencja pod utwór „Rock DJ”) oraz znanych hitów Williamsa, pełniących rolę dodatkowego łącznika emocjonalnego. Wszystko zrobione w bardzo kreatywny i nieszablonowy moment (upadek Robbiego z klatki schodowej, gdzie nagle pojawiają się rewiowe pióra czy zderzenie z samochodem).

Ale w drugiej połowie coraz bardziej zaczynają przebijać się klisze: od trudnej relacji z poznaną Nicole Appleton (cudowna Raechelle Banno), całkowity upadek i zniszczenie mieszkania, odwyk oraz triumf sceniczny, ze specjalnym koncertem. Nawet w tych chwilach Gracey potrafi pobawić się znajomymi schematami (ostatnie zdanie Robbiego – idealna puenta), będąc bliżej „Rocketmena” niż „Bohemian Rhapsody”. Aczkolwiek daleko mu do zeszłorocznego „Kneecap”, będącego totalną jazdą bez trzymanki.

A co w przypadku komputerowej małpy w roli głównej? To nie jest tylko sztuczka wizualna, ale dodaje pewnych dodatkowych warstw: Williamsa jako niedojrzałego człowieka, zderzonego i niegotowego na sławę; wytresowanego przez szołbiznes zwierza czy oglądanego i kochanego przez miliony, widzianego przez media oraz szołbiznes niczym w klatce. Uwielbiany, ale nienawidzący samego siebie.

Choć w drugiej połowie są pewne momenty przestoju i klisze zaczynają się przebijać, to „Better Man” jest jedną z lepszych oraz bardziej kreatywnych biografii muzycznych. Bardzo dobrze napisany, świetnie zagrany, pełen dzikiej energii i chwytliwych numerów. Czyli da się zrobić mniej standardową biografię muzyczną – idźcie i bawcie się dobrze.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sztuka pięknego życia

Niby mamy styczeń, a już dostaliśmy film wręcz skrojony pod Walentynki. Film o miłości dwojga młodych ludzi, z poważną chorobą w tle, powinien dostarczyć masę emocji oraz spore zyski dla producentów chusteczek. Ale czy reżyser John Crowley był w stanie wycisnąć (nomen omen) emocjonalną opowieść?

Sama historia skupia się na dwojgu ludzi po przejściach. Tobias (Andrew Garfield) jest w trakcie rozwodu, pracując w IT w firmie produkującej… płatki śniadaniowe; Almut (Florence Pugh) jest właścicielką restauracji po rozstaniu. Poznają się w najbardziej nietypowy sposób, jaki możecie sobie wyobrazić – on zostaje potrącony przez nią autem. Jakże romantycznie! Powoli zaczynają do siebie zbliżać, nawet zaczynają mieszkać razem, ale – jak wszyscy wiemy – ten stan nie może trwać zbyt długo. Pojawia się paskudny nowotwór jajników. Choć początkowo udaje się go pokonać, to bydlak jest wredny i powraca po paru latach.

Reżyser bawi się chronologią i miesza w czasie, co początkowo może wywoływać pewną konsternację. Jednak łatwo można wskoczyć w ten pociąg, zaś przeplatanka chwil radości i celebracji z bardziej dramatycznymi momentami budzi skojarzenia z „500 dni miłości”. Oboje zaczynają dojrzewać do pewnych zmian (kwestia posiadania dziecka), w zasadzie jest jeden poważny konflikt z mocną kłótnią, dobrymi dialogami oraz bardzo delikatną muzyką. Sporo jest tutaj ciepła i zderzenia powagi z humorem w jednej chwili (poród na stacji benzynowej), jest odrobina napięcia (przygotowania oraz przebieg kucharskiej olimpiady), ale ogromna ilość uroku.

To wszystko by nie zadziałało bez grającego główne role duetu Andrew Garfield/Florence Pugh. Chemia między nimi jest tak namacalna i silna, że nie można od nich oderwać oczu. Te postacie budzą całkowitą sympatię, rozumiemy ich działanie (nawet jeśli nie do końca akceptujemy) i ożywiają cały ten film. Ich energia (zarówno jak są razem, jak i osobno) jest wręcz zaraźliwa, udzielając się także widzom.

John Crowley tym filmem zaskoczył i udaje mu się unikać stosowania emocjonalnego szantażu, głównie dzięki obsadzie. Może i ostatecznie jest to prosta, choć nie prosto opowiedziana, historia, jednak potrafi skłonić do pewnych refleksji. Nie tylko do oglądania we dwójkę.

7/10

Radosław Ostrowski

Wolf Man

Wilkołaki to obok wampirów najbardziej popularne potwory kina grozy. Zmieniające się nocą w żądne krwi zwierzęta pokazywano jako kierujące się instynktem oraz bardzo brutalne i bezwzględne. Na przestrzeni dekad pojawiło się kilka wariacji tej postaci, z której najbardziej znane to klasyczny „Wilkołak” z 1941 roku, komedio-horror „Amerykański wilkołak w Londynie” z 1981 roku czy uwspółcześniony „Wilk” z 1994. Teraz z nową inkarnacją wilkołaka postanowił się zmierzyć Leigh Whannell, który udanie odnowił innego klasyka Universala – „Niewidzialnego człowieka”. Czy tym razem też można odtrąbić sukces?

Fabuła „Wolf Mana” skupia się na rodzinie Blake’a (Christopher Abbott). Mężczyzna nie ma stałej pracy, skupiając się na wychowywaniu córki Ginger (Matilda Firth), zaś żona Charlotte (Julia Garner) jest dziennikarką niemal non stop w pracy. Małżeństwo jeszcze się trzyma, ale o wiele mocniej zbudowana jest więź ojca z córką niż między małżonkami. Wtedy Blake dostaje wiadomość o śmierci swojego ojca, z którym nie utrzymywał przez lata kontaktu. Mężczyzna decyduje się zebrać swoją familię do dawnego domu, by zebrać rzeczy oraz wzmocnić więzi. Jednak po drodze ciężarówka wypada z drogi, zaś Blake zostaje podrapany przez dziwne zwierzę.

Reszty historii możecie się domyślać. „Wolf Man” jest prostą historią rodzinną, która zmienia się w walkę w oblężonym domu. Sam początek, kiedy poznajemy naszego bohatera w wieku dziecięcym i jego relacji z ojcem, jest świetny. Polowanie w lesie trzyma w napięciu, poczucie izolacji jest namacalne. Kiedy jednak Blake z rodziną trafia do domu, zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Z jednej strony mamy zagrożenie z zewnątrz, z drugiej ojciec czuć się coraz bardziej nieswojo: przestaje rozumieć słowa, ma wyostrzone zmysły (zapach i słuch) i zaczyna zmieniać się fizycznie (niczym w body horrorze). Wiemy, co oznaczają te zmiany i tatuś sam zmienia się w lykantropa. Problem w tym, że wszystko ogranicza się do uciekania oraz ganiania po okolicy, co z czasem staje się bardzo powtarzalne i monotonne. Widać tutaj ograniczenia budżetowe (jeden dom, stodoła, las), które nie pomagają za bardzo, zaś potencjalne pomysły (skupienie się na psychologicznym aspekcie przemiany) są całkowicie niewykorzystane.

Nie oznacza to jednak, że bawiłem się źle. Kilka razy podskoczyłem i czuć atmosferę, ale czułem dość spory niedosyt. Aktorzy próbują, co mogą (szczególnie Christopher Abbott w scenach przemiany), jednak w połowie filmowi brakuje iskry i staje się staroświecki w najgorszym tego słowa znaczeniu. Zbyt wiele tu starych klisz i za mało nowego spojrzenia na temat wilkołactwa.

6/10

Radosław Ostrowski

Bezdroża

Pewną inicjatywą w znajdującym się w mojej okolicy Multikinie są poniedziałkowe seanse z serii Kultowe kino. Czyli klasyka kina polskiego oraz światowego, zaś w styczniu postanowiono pokazywać produkcje związane ze studiem (Fox) Searchlight Pictures. Dlaczego? Bo studio świętowało w zeszłym roku 30 lat działalności. Wśród pokazywanych filmów („Birdman”, „Grand Budapest Hotel” i „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”) był jeden tytuł pominięty przeze mnie, czyli nakręcone w 2004 roku „Bezdroża”.

bezdroza1

Akcja filmu Alexandra Payne’a skupia się na dwójce przyjaciół tak różnych jak tylko jest to możliwe. Miles (Paul Giamatti) to nauczyciel angielskiego i koneser wina nie mogący sobie poradzić po rozwodzie. Próbuje swoich sił jako pisarz, lecz jego książka była odrzucona przez dwa wydawnictwa. Jest potencjalnie trzecie, ale mężczyzna nie robi sobie żadnych nadziei. Z kolei Jack (Thomas Haden Church) to podstarzały, ale cholernie przystojny aktor, co potrafi wyrwać niemal każdą kobietę. W końcu postanawia się ustatkować i wziąć ślub, zaś Miles ma być drużbą. Nim jednak do niego dojdzie, panowie ruszają na tydzień kawalerski przez Kalifornię, gdzie będą pić (wino), grać w golfa i może pomóc Milesowi poznać jakąś dziewczynę. Sytuacja zmienia się, gdy panowie trafiają najpierw na Mayę (Virginia Madsen) – kelnerkę w jednym z barów, gdzie nasz smakosz eleganckich alkoholi lubi wpadać oraz Stephanie (Sandra Oh) – pracownicę jednej z winnic.

bezdroza2

Reżyser Alexander Payne wykorzystuje konwencję kina drogi do opowiedzenia słodko-gorzkiej opowieści o – jak mówi jeden z tytułów filmu Woody’ego Allena – o życiu i całej reszcie. Poza sporą ilością wina i winnic, mamy tutaj zderzenie dwóch bohaterów, przechodzących kryzys wieku średniego. Obaj panowie czują, że coś zatracili bezpowrotnie i chcą zapomnieć o ich obecnej sytuacji, zatracić się ostatni raz. Dużo jest tutaj cierpkiego humoru, odrobiny slapsticku oraz bardziej refleksyjnego tonu. Jak ciągle liczymy, że następny dzień będzie lepszy od poprzedniego i łatwiej będzie nam znieść kolejne porażki, rozczarowania, poczucie frustracji oraz niespełnienia. Ale „Bezdroża” pozostają zaskakująco lekkie, bez popadania w depresyjno-mroczne tony, zostawiając odrobinę światła i nadziei, z niedopowiedzianym finałem.

bezdroza3

Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie rewelacyjna obsada. Absolutnie fenomenalny jest Paul Giamatti w roli Milesa. Z jednej strony, depresyjno-sfrustrowany facet, potrafiący nagle eksplodować (na wieść o odrzuceniu powieści), lecz pod tą fasadą kryje się złamany, bardzo wrażliwy i inteligentny człowiek. Widać to zarówno jak opowiada o winie z pasją niczym Bogusław Wołoszański o historii XX wieku (choć jest to na granicy obsesji), ale też w bardziej delikatnych momentach z przeuroczą Virginią Madsen (nie mogłem oderwać od niej oczu). I jak wiele ten aktor pokazuje samymi oczami, to jest magnetyzujące. Równie fantastyczny jest Thomas Haden Church. Niby popularny aktor, choć okres sławy ma za sobą i jest strasznym psem na baby – niby chce się ustatkować, jednak z jego zachowania raczej to nie wynika. Kolejna chodząca sprzeczność, która przykuwa uwagę.

Zaczynam rozumieć czemu „Bezdroża” uważane są za najlepszy film Alexandra Payne’a. Świetnie napisane, zagrane oraz potrafiące poprawić samopoczucie. Coś czuję, że z wiekiem ten film zacznie rosnąć w moich oczach. Nawet jeśli nie będę pił pieprzonego merlota.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Stop Making Sense

Ja oraz koncerty to dwa kompletnie różne światy, które nie mają ze sobą fizycznej styczności. Szczególnie jeśli mają one miejsce w plenerze, a mianowicie z powodu współuczestników tego wydarzenia i ich tendencji do rozdeptywania nóg. Dlatego na koncertach nie pojawiam się od dłuższego czasu, a zmiana tego stanu rzeczy wydaje się mało prawdopodobna. Czy dlatego zdecydowałem się pójść do kina na koncert? Tak, ale nie na byle jaki, tylko odnowiony cyfrowo „Stop Making Sense”.

stop making sense 1

Film Jonathana Demme to zapis koncertu zespołu Talking Heads z grudnia 1983 w Pantages Theater. A dokładniej z trzech dni, zmontowane w jeden koncert. Bez żadnych wywiadów przed występem, making off, ujęć zza kulis. Nawet nie ma tutaj ujęć na publiczność (poza ostatnią piosenką), co dzisiaj może wydawać się szalonym pomysłem. A że to będzie nietypowy koncert, czuć to od samego początku. Najpierw kamera pokazuje same buty, wchodzące na scenę. Jak się okaże, to David Byrne. Z gitarą oraz magnetofonem, mówiąc: „Chce wam coś zaśpiewać”. Z taśmy leci perkusja, on chwyta gitarę i zaczyna grać „Psycho Killer”. A z każdym utworem dołączają kolejni członkowie zespołu, podczas grania piosenek widzimy ekipę techniczną przygotowującą scenę (miejsce dla perkusji, perkusjonaliów, klawiszy), wreszcie mamy nałożoną (coś jakby) płachtę. Nawet jak kamera stoi w miejscu, cały czas coś się dzieje: dwie chórzystki tańczą, gitarzysta wywija solówkę, wreszcie sam Byrne biega przez całą scenę.

stop making sense 2

Demme, ekipa realizacyjna z autorem zdjęć Jordanem Cronenwethem na czele oraz zespół tworzą bardzo precyzyjnie przemyślany spektakl. I cały czas byłem zaskakiwany: kiedy na chwilę pojawia się światło stroboskopowe, w tle są tylko widoczne cienie zespołu, a to za oświetlenie robiła tylko… lampa czy wreszcie Byrne występujący w o wiele za dużym garniturze. Wszystko pełne energii, gdzie niemal wszyscy są cały czas w ruchu. Wręcz widać na ich twarzach i podkoszulkach pot, ale jest jeszcze coś: czuć przyjemność z grania. Zespół ma zwyczajnie frajdę z tego, co robi, zaś energia jest bardzo zaraźliwa.

stop making sense 3

„Film Jonathana Demme i Talking Heads” – takie napisy pojawiają się na początku tyłówki i one oddają całkowicie charakter tego filmu. Połączenie kreatywnych sił reżysera i zespołu dało niesamowite doświadczenie, pełne pasji, celebracji oraz bardzo zaraźliwej energii. Nawet jeśli nie znacie zespołu Davida Byrne’a, zobaczcie to koniecznie. Zwłaszcza na dużym ekranie.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Babygirl

Ostatnimi czasy próbowano przywrócić kino o zabarwieniu erotycznym, co spowodowało falę produkcji pokroju „50 twarzy Greya” czy innych „365 dni”. Efekty zazwyczaj były rozczarowujące albo wręcz żenujące (może poza „Elle” Paula Verhoevena). Sytuację próbuje zmienić studio A24, a konkretnie reżyserka Halina Reijn ze swoją „Babygirl”.

babygirl1

Akcja dzieje się w okolicy Bożego Narodzenia w Nowym Jorku. Tutaj mieszka i pracuje Romy Mathis (Nicole Kidman) – prezes korporacji w firmie, która produkuje roboty. Ale spokojnie, żadne tam androidy i skomplikowane maszyny ze sztuczną inteligencją. Jednym słowem – kobieta sukcesu, z kochającym mężem (Antonio Banderas) oraz dwójką dzieci. Wszystko zmieni się, gdy pojawi się tajemniczy Samuel (Harris Dickinson), czyli młody praktykant przydzielony w ramach programu mentorskiego. Już przy ich pierwszej rozmowie coś zaczyna iskrzyć i dochodzi do… pocałunku. A to dopiero początek tej dziwnej relacji.

babygirl2

Na pierwszy rzut oka, fabuła tego filmu brzmi i wydaje się banalna. Biurowy romans, gdzie bardziej doświadczona i pewna siebie kobieta ulega młodszemu chłopakowi. Ale kto tu kogo tak naprawdę uwodzi? On ją czy ona jego? Bo reżyserka nie idzie na łatwiznę w pokazywaniu tej relacji, której sami bohaterowie nie są w stanie nazwać. Czy to romans, zauroczenie, fizyczne przyciąganie czy może jednak coś więcej? Co jest w nim takiego, że kobieta jest w stanie zrobić dla niego wszystko? Umówić się w pokoju, klęczeć i na kolanach zlizywać mleczko z miski? Być tą uległą i posłuszną? W czasach po #metoo taki film, bez jednoznacznego wskazywania oraz unikania robienia ofiar z kogokolwiek jest zaskakujący oraz nieoczywisty.

babygirl3

„Babygirl” bardzo działa na zmysły. Wystarczy wspomnieć teledyskowy montaż pod „Never Tear Us Apart” INXS czy tańczącego w spodniach Samuela do „Father Figure” George’a Michaela. Jednak film nie skręca w stronę porno, a miejscami wywołuje sporo niezręczności (mogącej zarówno budować napięcie, jak i humoru). Wszystko także jest bardzo dobrze sfotografowane, z absolutnie rewelacyjną muzyką oraz dość nieoczywistym finałem. Jedyny problem miałem ze sceną w dyskotece, gdzie dźwięk był podkręcony do tego stopnia, że wywołało to we mnie ból uszu. Do tego absolutnie elektryzujący duet Nicole Kidman/Harris Dickinson, gdzie wszystko wokół nich tworzy wiele niejednoznaczności – wiele niedopowiedzeń, manipulacji oraz dominacji.

Więcej nie zamierzam zdradzić, ale powiem jedno: „Babygirl” bardzo mnie zaskoczyło. To bardziej dramat psychologiczny skupiony na kobiecym pożądaniu niż pełnokrwisty erotyk, ale jest w nim miejsce na napięcie, odrobinę humoru oraz refleksji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Here. Poza czasem

Był kiedyś taki czas, że filmy Roberta Zemeckisa były dla mnie sporym wydarzeniem. Żaden inny reżyser nie był tak blisko bycia drugim Stevenem Spielbergiem, który potrafił zarówno zaangażować emocjonalnie oraz zachwycić kolejnymi technologicznymi sztuczkami. Ostatnimi czasy jednak twórca „Powrotu do przyszłości” za bardziej się skupia na aspekcie technologicznym, gdzie postacie oraz emocje zanikają. Czy tak będzie w przypadku adaptacji komiksu Richarda McGuire’a?

here2

Sam pomysł jest prosty i frapujący – kamera cały czas stoi w jednym miejscu, zaś akcja toczy się na przestrzeni kilku milionów lat. Czyli od czasów prehistorycznych, gdy nie było jeszcze Amerykanów przez XVIII wiek z nieślubnym synem Benjamina Franklina aż do czasów dzisiejszych i czarnoskórą rodziną. Choć większość czasu spędzimy wokół Richarda (Tom Hanks) oraz przyszłej żony Margaret (Robin Wright) – z radościami i smutkami.

here1

Cała sztuczka polega na tym, że te historyjki są a) poszatkowane chronologicznie, b) dzieją się równolegle. Jak to możliwe? Za pomocą pojawiających się okienek niczym w komiksowych kadrach, które zostają ożywione na naszych oczach. Jest to jednocześnie siła i słabość „Here”. Z jednej strony trudno nie oderwać oczu od tych dziejących się rzeczy, ale z drugiej nie wszystkie wątki są aż tak angażujące. Przeplatanie się czasów zaczyna wywoływać dezorientację, próbując sobie przypomnieć kto jest kim oraz KIEDY jesteśmy. Niczym oglądanie rozbitych kawałków zwierciadeł i próba sklejenia ich. Gdy jesteśmy bliżej Richarda oraz jego familii (szczególnie rodziców granych przez Paula Bettany i Kelly Reilly), tym bardziej byłem zaangażowany. Są tu drobne perełki i piękne sceny (scena ślubu, urodziny czy ostatnie spojrzenie na dom przed sprzedażą), odmłodzeni komputerowo Hanks z Wright wyglądają naprawdę dobrze, zaś scenografia świetnie pomaga wejść w epoki.

here3

Zemeckis w „Here” nadal próbuje znaleźć tą równowagę, która wyróżniała jego najlepsze filmy. Niemniej udało się zrobić co najmniej interesujący, choć nie wykorzystujący w pełni swojego potencjału dzieło. Dobrze zagrane, z niezłymi dialogami oraz solidną realizacją.

6/10

Radosław Ostrowski

Minghun

Minghun według chińskiej tradycji to pośmiertne zaślubiny, gdyż osoby niezamężne w zaświatach są nieszczęśliwe. Dlatego trzeba po śmierci trzeba znaleźć oblubieńca/oblubienicę, znaczy się ciało. Wokół odprawienia tego rytuału krąży historia nowego filmu Jana P. Matuszyńskiego – najbardziej kameralna produkcja w dorobku, ale też zaskakująco rozczarowująca.

minghun1

Głównym bohaterem jest Jurek (Marcin Dorociński) – mieszkający w Gdańsku wykładowca, samotnie wychowujący córkę Masię (Natalia Bui). Kiedy ich poznajemy świętują chiński Nowy Rok razem z przyjaciółmi i znajomymi. Dziewczyna prosi ojca, by pojechać do koleżanek na noc. Następnego dnia okazuje się, że był wypadek, samochód wpadł w poślizg, zaś Masia… nie przeżyła. Jurek jest kompletnie rozsypany, próbując jednocześnie przygotować do pogrzebu. Wtedy przybywa teść, czyli dziadek Benny (Daxing Zhang), który próbuje doprowadzić do odprawienia w kraju minghuna. I tu zaczynają się tarcia.

minghun2

Sam film próbuje być bardzo wyciszonym dramatem psychologicznym, gdzie w tle mamy zderzenie dwóch kultur i dwóch światów. Problem jednak w tym, że scenarzysta Grzegorz Łoszewski nie wykorzystuje w pełni potencjału tej historii. Światopoglądowe zderzenie wydaje się być pozbawione iskry, choć ma parę momentów zaskakująco zabawnych (szukanie ciała w kostnicy czy pośredniczka, która… handluje organami). Podobały mi się także momenty, gdzie mamy przebitki na zdarzenia z przeszłości (córka grająca na cymbałach) czy chwile wyciszenia z kamerą obserwującą Jerzego. Ale im dalej w las, tym nie mogłem pozbyć się wrażenia, że coś za wygodnie to się wszystko układa. Jest zbyt wiele zbiegów okoliczności (córka ukrywała, że ma chłopaka – przy okazji, niedługo po śmierci dziewczyny umiera), zaś emocje robią sobie wolne i historia w ogóle mnie nie zaangażowała.

minghun3

Owszem, wizualnie to wygląda bardzo dobrze i niemal każdy kadr mógłby robić za tapetę, zaś Marcin Dorociński oraz partnerujący mu Daxing Zhang i Ewelina Starejki wyciskają maksimum ze scenariusza. Tylko, że ten scenariusz sprawia wrażenie kompletnie niedogotowanego, jakby to był zaledwie pierwszy szkic, dialogi ocierają się o pretensjonalność i wywołują zgrzyt, zaś zmiana nastawienia Jerzego mnie kompletnie nie przekonuje.

I to wielka szkoda, bo Matuszyński do tej pory nie rozczarowywał. „Minghun” to przykład niewykorzystanego potencjału na mocny, poruszający dramat. Warstwa wizualna nie jest w stanie zmyć całkowitej obojętności jaką przeżyłem w trakcie seansu. Pozostaje mieć nadzieję, że ta produkcja była wypadkiem przy pracy.

6/10

Radosław Ostrowski

Diabeł

Polscy filmowcy od kilku lat próbują stworzyć kino akcji z prawdziwego zdarzenia, ale efekty raczej są niezbyt wysokich lotów. Produkcje Daniela Markiewicza i Patryka Vegi pozostawiały najwyżej niesmak, zaś jeden Władysław Pasikowski to trochę za mało. Niemniej ciągle ktoś próbuje wbić się do tego gatunku jak Cyprian T. Olencki z „Furiosą”. Czy równie udany będzie przypadek debiutu Błażeja Jankowiaka?

Tytułowym Diabłem jest niejaki Max Achtelik (Eryk Lubos) – były żołnierz, wyszkolony komandos, obecnie przebywa z dala od wielkiego miasta oraz armii. Potem działał jako najemnik pod dowództwem pułkownik „Łabędź” (Aleksandra Popławska), jednak obecnie nie planuje wracać do akcji. Wraca do rodzinnego miasteczka na pogrzeb swojego ojca, z którym nie utrzymywał kontaktu od 20 lat. I już na miejscu ktoś próbuje się włamać do mieszkania nieboszczyka, ale Max załatwia sprawę twardymi pięściami. A to dopiero początek awantury, w którą zamieszany jest pewien lokalny gangster Kantor (Piotr Trojan) oraz przyjaciel jego ojca (Krzysztof Stroiński). Max jako wsparcie ma jedynie swoją dowódczynię, towarzyszącego psa i dawną dziewczynę (Paulina Gałązka).

Sam film trudno nazwać stricte filmem akcji, a reżyser nie do końca panuje nad materiałem. Historia jest oparta na masie klisz i schematów: od ostatniego sprawiedliwego niczym westernowego herosa, kilka tajemnic do ukrycia, tajemniczych zgonów, prób zabójstwa oraz krążących w okolicy najemników. Nie można nie wspomnieć o układzie, niczym z największych koszmarów polityków PiS. Historia toczy się dość powoli i spokojnie, zaś scen akcji jest tu o wiele mniej niż się można spodziewać. Nie są zbyt efektowne, wyglądają poprawnie, ale czasami bywa bardzo nieczytelnie. Do tego jeszcze czasem dialogi nie brzmią za dobrze, nadmiar pobocznych wątków potrafi przytłoczyć oraz zdezorientować, zaś zakończenie jest mało satysfakcjonujące (z otwartą furtką na ciąg dalszy oraz – kompletnie wziętą znikąd planszą o stanie polskich weteranów).

Sytuację częściowo ratuje obsada, ale nie jest ona w pełni wykorzystana. Eryk Lubos ma w sobie sporą charyzmę i w roli Maxa „Diabła” sprawdza się bardzo dobrze – opanowany, twardy wojownik, co potrafi wyjść z każdej opresji. Nie zawodzi też Stroiński, którego obecność zawsze jest przyjemnością, a także Karol Biernacki (najemnik „Zimny”), za to dość zbędna jest tutaj Paulina Gałązka (Kaja) – jej postać jako obiekt zainteresowania nie przekonuje, zaś jej działania na końcu czynią z niej idiotkę i drażniła mnie. W drobniejszych rolach przewijają się m. in. Andrzej Kłak (dziennikarz Ziemianek), Marek Dyjak („Buba”) czy Aleksandra Konieczna (Bernadetta Kloch), ale nie mają możliwości zabłyśnięcia.

Niby „Diabeł”, ale jakiś taki mało groźny i bez jakiegoś napięcia. Widać debiutancką rękę reżysera, miotającego się między akcją, kryminałem oraz thrillerem, nie mogąc się do końca zdecydować w jakim kierunku chce pójść. Niemniej ogląda się to bezboleśnie, Lubos przyciąga uwagę i klimat też jest niezły, lecz był potencjał na dużo więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Heretic

Jeszcze parę lat temu chodzenie do kina na horror byłoby dla mnie totalną abstrakcją. Ale przełamałem się dzięki „Czarnemu telefonowi” i coraz chętnie skręcam w kierunki grozy. Dlatego zaintrygował mnie „Heretic”, czyli nowe dzieło duet Scott Beck/Bryan Woods (scenarzyści „Cichego miejsca”).

Wszystko zaczyna się od dwóch dziewczyn z kościoła mormonów, które próbują zwerbować nowych członków swojej wiary. Siostra Paxton (Chloe East) i siostra Barnes (Sophie Thatcher) nie mają w tej kwestii zbyt dużo szczęścia, bo albo są ignorowane, albo ośmieszane. Jednak w końcu jest jeden człowiek, który chciałby poznać ich religię – pan Reed (Hugh Grant). Mężczyzna wydaje się bardzo uprzejmy, budzący sympatię i zainteresowany tematem. Ale im dalej trwa rozmowa, tym bardziej okazuje się to wszystko pułapką. Zaś nasz dżentelmen prowadzi swój wykład, że religia to pierdololo. Daje im wyjście, a dokładniej wybór drzwi: przy jednych jest napis WIARA, przy drugich NIEWIARA.

Teraz jest to o wiele bardziej kameralnych opowieści, gdzie mamy zderzenie wiary z rozumem. Jakbym był złośliwy, nazwałbym ten film rozszerzoną wersją monologu George’a Carlina Religion is bullshit. Dialogi (i monologi) są niepozbawione ostrych niczym brzytwa ripost (porównanie religii do… Monopoly czy coverowania piosenek – perełka), ale napięcie jest tutaj budowanie bardzo prosto i oszczędnie. Do tego sama piwnica i podziemne labirynty są jednym z najbardziej przerażających siedlisk od dawna – oszczędnie sfotografowana oraz świetnie oświetlona. Sam finał (w sensie ostatnie 3 minuty temu) jednak był dość rozczarowujący, co jest pewną drobną skazą.

Całość na barkach trzyma świetna trójka: Hugh Grant, Sophie Thatcher i Chloe East. Pierwszy absolutnie błyszczy ze swoim opanowanym głosem, elokwencją oraz sensownymi argumentami. Widać, że bawi się tą rolą i ma z tego masę frajdy. Thatcher i East wydają się pozornie sprzeczne: pierwsza wydaje się mądrzejsza i pewna siebie, zaś druga bardziej wycofana oraz niepewna. Jednak w pewnym momencie to ta druga przejmuje inicjatywę i okazuje się o wiele mądrzejsza niż się wydaje. Ale to musicie się sami przekonać.

„Heretic” to powrót duetu do formy i przykład jak ograniczenia mogą być siłą oraz sprawnie napisanego straszaka. Jedna przestrzeń, trójka aktorów oraz dyskusja o religii – co może być ciekawszego? Takiego wykładu nikt się nie spodziewał.

7/10

Radosław Ostrowski