Bohemian Rhapsody

Jeśli ktoś choć troszkę interesuje się muzyką, prędzej czy później natknie się na brytyjską formację Queen. Zespół pod wodzą Freddy’ego Mercury’ego w latach 70. i 80. wywrócił muzykę do góry nogami, gdzie mieszali gatunki ze sobą (rock z operą, popem, nawet disco), czego nikt nie robił na taką skalę. Problem w tym, że filmowe biografie nieprzeciętnych artystów, zazwyczaj są bardzo przeciętne (może poza „The Doors” czy „Love & Mercy”) i zrobione od sztampy. Jak sobie w zderzeniu z legendą poradził reżyser Bryan Singer?

bohemian_rhapsody1

Sam początek jest obiecujący, gdzie widzimy Mercury’ego przychodzącego do koncertu Live Aid (a widzimy tylko jego sylwetkę) i to jest fajnie zainscenizowane. I już ma zacząć się występ, gdy… cofamy się do roku 1970. Wtedy Farrouk Bulsara pracował na lotnisku w Hearthrow, wyciągając bagaże z samolotów. Jednak miał inny plan na siebie, kiedy poznał muzyków, co grali od knajpy do knajpy i byli jeszcze młodymi chłopakami po studiach – Brian i Roger. Właśnie odszedł od nich basista oraz wokalista, zaś nasz protagonista (już nazywany Freddy’m) postanawia do nich dołączyć.

bohemian_rhapsody2

Reszty możecie się domyślać. Skromne początki, magnetyzująca charyzma Freddy’ego, sprzedaż vana, nagranie pierwszej płyty, wielki sukces oraz koncerty z wielką widownią. Wielki sukces, wielkie zagubienie oraz równie wielki powrót. Problem jednak w tym, że to wszystko jest jakieś takie nijakie. A od momentu nagrania pierwszej płyty, akcja zaczyna pędzić na złamanie karku i próbuje opowiedzieć po łebkach okres działalności grupy Queen. Nie dajcie się zwieść zapowiedzią, że to będzie film o zespole, a nie biografia Freddy’ego, bo jest dokładnie na odwrót. Freddy jest tutaj na pierwszym planie, lecz nie wiele się o nim dowiadujemy (oprócz tego, że jest genialnym artystom). Zarówno droga muzyczna, jak i życie prywatne to jeden wielki bałagan, zaś najbardziej mnie interesujące wątki (orientacja seksualna, wręcz hedonistyczny tryb życia czy zarażenie się HIV) pokazano byle jak i po łebkach. Żeby w dwie godziny upchnąć wszystko, co się da. Panowie, tak się w filmie nie robi.

bohemian_rhapsody3

Mogę podejrzewać, że przyczyną tego stanu rzeczy mogło być wsparcie ze strony żyjących członków zespołu (Briana Maya i Rogera Taylora, John Deacon kompletnie nie interesował się tym przedsięwzięciem), którzy byli także konsultantami filmu. Z jednej strony wydaje się, że ci goście pamiętają, jak to było „naprawdę” i pomagali swoim filmowym odpowiednikom wejść w swoje role, ale mam wrażenie, że zepchnięci na drugi plan May oraz Taylor są tutaj troszkę wybieleni. No i w tym świecie alkohol, narkotyki i seks po prostu nie istnieją – tego nie ma, zaś wszelkie ekscesy oraz dylematy są tutaj bardziej wypowiadane w dialogach niż pokazywane. Czyżby bano się zbrukania legendy Queen? Nie rozumiem tej decyzji, tak samo jak stereotypowego pokazania gejów w tym filmie (wąsy, ciasne stroje i odrobina lateksu – kurwa, serio?).

bohemian_rhapsody4

Czy w ogóle jest coś dobrego w tym filmie? O dziwo, tak. Po pierwsze muzyka, który broni się sama i miejscami jest głównym bohaterem tego dzieła. Największe wrażenie robią albo sceny koncertowe, z tysiącami ludzi albo momenty nagrywania poszczególnych utworów (zwłaszcza nagranie tytułowej piosenki pokazano w dość humorystyczny sposób). Wtedy „Bohemian Rhapsody” zaczyna żyć, pulsować i nabiera epickiego rozmachu (zwłaszcza odtworzony występ podczas Live Aid). Także scenografia oraz kostiumy (wszelkie stroje Mercury’ego) potrafią przykuć oko, a miejscami praca kamery też wypada jak najbardziej ok.

A jak wypadł w roli Freddy’ego Rami Malek? Widać, że stara się poruszać jak Freddy, porusza „kłapami” podczas koncertów tak, że nie wywołuje to zgrzytu (bo zaśpiewać jak Freddy, to jednak trzeba mieć jaja oraz talent). No daje radę i ma parę mocnych scen jak podczas konferencji prasowej czy kiedy wyznaje o tym, że ma AIDS. Pozostali członkowie Queen wyglądają jeszcze bardziej podobnie do swoich protoplastów (szczególnie Gwilym Lee jako Brian May), przez co nie czułem żadnego dysonansu. Ale reszta postaci po prostu się rozmywa, mimo udziału takich rozpoznawalnych aktorów jak Aiden Gillen (menadżer John Reid), Tom Hollander (mecenas Jim „Miami” Beach) czy zaskakujący Mike Myers (producent Ray Foster, który bardziej wygląda jak Jeff Lynne).

Czy po tym filmie poznacie bliżej Freddy’ego, jego fenomen (oraz całego zespołu Queen) oraz ich wpływ na muzykę? Raczej nie. To przeciętna biografia, poprowadzona od jednego wątku do drugiego w bardzo ekspresowym tempie, bez ładu i składu, ciekawego pomysłu oraz pozbawiona jakiegoś własnego charakteru. Jeśli chcecie zobaczyć nieprzeciętną biografię, lepiej jeszcze raz obejrzeć „The Doors” Stone’a albo „Love & Mercy” o Brianie Wilsonie z The Beach Boys, bo one przynajmniej miały jakiś pomysł na siebie.

6/10 

Radosław Ostrowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s