I Am the Pretty Thing That Lives in the House

Pamiętam jak jedną z większych niespodzianek był horror Oza Perkinsa „Zło we mnie”. Bardzo klimatyczny, pozornie statyczny, powolny, pozbawiony scen gore, makabry, a jednocześnie bardzo niepokojący, mroczny, stawiający na atmosferę. Po tym debiucie reżyser poszedł na układ z Netflixem i zrealizował kolejny horror. Przynajmniej taki był zamysł, ale czy „Jestem pięknością, co żyje w tym domu” jest satysfakcjonujący?

slicznotka1

Bohaterką filmu jest niejaka Liliy – młoda pielęgniarka, która ma zająć się starszą panią. Kobieta jest autorką powieści grozy, nie ma rodziny, zaś jej domostwo wygląda jakby wzięta z XIX wieku. Wszystko wydaje się być proste, prawda? A że staruszka nazywa ją Polly, można wytłumaczyć starością czy demencją. Tylko, że dom skrywa pewną tajemnicę.

slicznotka2

Reżyser robi ten film w swoim stylu, czyli mamy bardzo długie ujęcia, akcja toczy się baaaardzo powoli, dostajemy do tego narratorkę oraz oszczędną muzykę. Zdecydowanie bardzo zależało twórcy na budowaniu nastroju i poczucia podskórnego mroku. Są nawet pewne przebitki z przeszłości, pokazujące młodość pani Blum, a nawet jednej z jej powieści. Wszystko to jest ze sobą zmieszane i ma pokazać zarówno tajemnicę domostwa, jak i fakt, jaki wpływ ma na pisarstwo lokatorki. Trudno wymazać kadry, gdzie mamy tajemniczą postać rozmazaną, nieczytelną, jakby z innego świata. Problem jednak w tym, że ta enigmatyczna fabuła nie tylko nie angażuje, lecz zwyczajnie przynudza. Co gorsza, zwyczajnie nie straszy (może poza sceną z telefonem czy gwałtowną śmiercią opisanej Polly), zaś Perkins kompletnie zniechęca do poznanej historii. Zupełnie jakby miał widza gdzieś i postanowił nakręcić coś dla siebie. Szkoda mi jedynie aktorów, bo Ruth Wilson, Bob Balaban oraz Paula Prentiss starają się wycisnąć z tego lichego materiału ile się da. Tylko, że nawet oni nie są w stanie podnieść tego średniaka, jedynie czynią ją bardziej oglądalnym.

slicznotka3

I powiem tak: nie jest to tak świetny horror jak debiut Perkinsa, niemniej to nadal jednym z ciekawszych reżyserów, którzy jeszcze mogą namieszać. Mogę mieć tylko nadzieję, że „I Am the Pretty…” będzie tylko wypadkiem przy pracy.

5/10

Radosław Ostrowski

Bohemian Rhapsody

Jeśli ktoś choć troszkę interesuje się muzyką, prędzej czy później natknie się na brytyjską formację Queen. Zespół pod wodzą Freddy’ego Mercury’ego w latach 70. i 80. wywrócił muzykę do góry nogami, gdzie mieszali gatunki ze sobą (rock z operą, popem, nawet disco), czego nikt nie robił na taką skalę. Problem w tym, że filmowe biografie nieprzeciętnych artystów, zazwyczaj są bardzo przeciętne (może poza „The Doors” czy „Love & Mercy”) i zrobione od sztampy. Jak sobie w zderzeniu z legendą poradził reżyser Bryan Singer?

bohemian_rhapsody1

Sam początek jest obiecujący, gdzie widzimy Mercury’ego przychodzącego do koncertu Live Aid (a widzimy tylko jego sylwetkę) i to jest fajnie zainscenizowane. I już ma zacząć się występ, gdy… cofamy się do roku 1970. Wtedy Farrouk Bulsara pracował na lotnisku w Hearthrow, wyciągając bagaże z samolotów. Jednak miał inny plan na siebie, kiedy poznał muzyków, co grali od knajpy do knajpy i byli jeszcze młodymi chłopakami po studiach – Brian i Roger. Właśnie odszedł od nich basista oraz wokalista, zaś nasz protagonista (już nazywany Freddy’m) postanawia do nich dołączyć.

bohemian_rhapsody2

Reszty możecie się domyślać. Skromne początki, magnetyzująca charyzma Freddy’ego, sprzedaż vana, nagranie pierwszej płyty, wielki sukces oraz koncerty z wielką widownią. Wielki sukces, wielkie zagubienie oraz równie wielki powrót. Problem jednak w tym, że to wszystko jest jakieś takie nijakie. A od momentu nagrania pierwszej płyty, akcja zaczyna pędzić na złamanie karku i próbuje opowiedzieć po łebkach okres działalności grupy Queen. Nie dajcie się zwieść zapowiedzią, że to będzie film o zespole, a nie biografia Freddy’ego, bo jest dokładnie na odwrót. Freddy jest tutaj na pierwszym planie, lecz nie wiele się o nim dowiadujemy (oprócz tego, że jest genialnym artystom). Zarówno droga muzyczna, jak i życie prywatne to jeden wielki bałagan, zaś najbardziej mnie interesujące wątki (orientacja seksualna, wręcz hedonistyczny tryb życia czy zarażenie się HIV) pokazano byle jak i po łebkach. Żeby w dwie godziny upchnąć wszystko, co się da. Panowie, tak się w filmie nie robi.

bohemian_rhapsody3

Mogę podejrzewać, że przyczyną tego stanu rzeczy mogło być wsparcie ze strony żyjących członków zespołu (Briana Maya i Rogera Taylora, John Deacon kompletnie nie interesował się tym przedsięwzięciem), którzy byli także konsultantami filmu. Z jednej strony wydaje się, że ci goście pamiętają, jak to było „naprawdę” i pomagali swoim filmowym odpowiednikom wejść w swoje role, ale mam wrażenie, że zepchnięci na drugi plan May oraz Taylor są tutaj troszkę wybieleni. No i w tym świecie alkohol, narkotyki i seks po prostu nie istnieją – tego nie ma, zaś wszelkie ekscesy oraz dylematy są tutaj bardziej wypowiadane w dialogach niż pokazywane. Czyżby bano się zbrukania legendy Queen? Nie rozumiem tej decyzji, tak samo jak stereotypowego pokazania gejów w tym filmie (wąsy, ciasne stroje i odrobina lateksu – kurwa, serio?).

bohemian_rhapsody4

Czy w ogóle jest coś dobrego w tym filmie? O dziwo, tak. Po pierwsze muzyka, który broni się sama i miejscami jest głównym bohaterem tego dzieła. Największe wrażenie robią albo sceny koncertowe, z tysiącami ludzi albo momenty nagrywania poszczególnych utworów (zwłaszcza nagranie tytułowej piosenki pokazano w dość humorystyczny sposób). Wtedy „Bohemian Rhapsody” zaczyna żyć, pulsować i nabiera epickiego rozmachu (zwłaszcza odtworzony występ podczas Live Aid). Także scenografia oraz kostiumy (wszelkie stroje Mercury’ego) potrafią przykuć oko, a miejscami praca kamery też wypada jak najbardziej ok.

A jak wypadł w roli Freddy’ego Rami Malek? Widać, że stara się poruszać jak Freddy, porusza „kłapami” podczas koncertów tak, że nie wywołuje to zgrzytu (bo zaśpiewać jak Freddy, to jednak trzeba mieć jaja oraz talent). No daje radę i ma parę mocnych scen jak podczas konferencji prasowej czy kiedy wyznaje o tym, że ma AIDS. Pozostali członkowie Queen wyglądają jeszcze bardziej podobnie do swoich protoplastów (szczególnie Gwilym Lee jako Brian May), przez co nie czułem żadnego dysonansu. Ale reszta postaci po prostu się rozmywa, mimo udziału takich rozpoznawalnych aktorów jak Aiden Gillen (menadżer John Reid), Tom Hollander (mecenas Jim „Miami” Beach) czy zaskakujący Mike Myers (producent Ray Foster, który bardziej wygląda jak Jeff Lynne).

Czy po tym filmie poznacie bliżej Freddy’ego, jego fenomen (oraz całego zespołu Queen) oraz ich wpływ na muzykę? Raczej nie. To przeciętna biografia, poprowadzona od jednego wątku do drugiego w bardzo ekspresowym tempie, bez ładu i składu, ciekawego pomysłu oraz pozbawiona jakiegoś własnego charakteru. Jeśli chcecie zobaczyć nieprzeciętną biografię, lepiej jeszcze raz obejrzeć „The Doors” Stone’a albo „Love & Mercy” o Brianie Wilsonie z The Beach Boys, bo one przynajmniej miały jakiś pomysł na siebie.

6/10 

Radosław Ostrowski

Apostoł

Początek XX wieku. Gdzieś z dala od cywilizacji znajduje się wyspa, której mieszkańcom przewodzi prorok Malcolm. Ostatnio jednak coraz bardziej doskwierają problemy, bo ziemia nie chce dać plonu, mimo silnych modlitw, a dodatkowo pojawiają się tam szpiedzy króla, próbujący zinfiltrować wyspę. Dlatego jedną z metod utrzymania się jest porywanie ludzi dla okupu, by móc jakoś przetrwać. Dlatego pojawia się tam Thomas Richardson, by odbić przebywającą tam siostrę.

aposto1

Tym razem dla Netflixa poszedł tworzyć Gareth Evans, czyli twórca nowych klasyków kina kopanego – „Raid” oraz „Raid 2”. Jednak jego nowe dzieło ma z kinem kopanym tyle wspólnego co rap z disco polo. „Apostoł” to bardzo mroczny thriller, niepozbawiony elementów horroru, gdzie nie ma tak naprawdę pośpiechu. Spokojne tempo narracji pomaga budować klimat, oparty na tajemnicy dotyczącej czemu oddaje się cześć na tej wyspie oraz funkcjonującym tu zasadom. Powoli zaczynamy poznawać kolejnych mieszkańców, kto jest kim, a także jakie wkrótce mogą dojść spięcia. Bo będziemy mieli zarówno młodych kochanków, świetnie sobie radzącą z medycyną córkę proroka oraz kompletnie inaczej podążających ojców założycieli wyspy. Cała ta aura wywołuje ciągłe poczucie zagrożenia, wręcz klaustrofobii, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać, dopiero w finale wykładając wszystkie karty na stół.

aposto2

Wrażenie robi strona wizualna i widać tutaj spory budżet, bo wiernie odtworzono stroje oraz budynki z początku XX wieku. Na początku – zanim trafiamy na wyspę – mamy krótkie momenty ówczesnej rzeczywistości, gdzie nie brakuje zarówno pociągów, jak i dość bogatego domostwa. Surowa scenografia, pełna drewnianych budynków, jakiegoś tunelu czy tajemniczego budynku a’la stodoły, gdzie… o nie, tego wam nie zdradzę. Muzyka wręcz niemal świdruje uszy, operator serwuje kilka tricków, jak choćby znany z „Upgrade” sceny, gdzie kamera przykleja się do boku bohatera.

aposto3

Musze jednak ostrzec: to seans dla ludzi o bardzo mocnych nerwach i jeszcze twardszych żołądkach. Bo krew leje się ostro i jest bardzo naturalistycznie przedstawiona przemoc, która zostanie w pamięci na długo. Tak jak pytania o to, do czego może doprowadzić wiara jako narzędzie kontroli oraz posłuszeństwo (pamiętanie „Brimstone”?), a także do czego jest w stanie dopuścić się człowiek, by osiągnąć cel słuszny dla swojej grupy.

Reżyser nie tylko pewnie prowadzi narrację, pełną intensywnych emocji, krwawych scen oraz świetnego aktorstwa. Dan Stevens jako Thomas z błyskiem szaleństwa oraz cynizmem zmieszanym z determinacją tworzy postać bardzo przesiąkniętą mrokiem oraz naznaczoną mroczną przeszłością. Trudno mu nie kibicować, choć musi działać podstępem. Dla mnie największe wrażenie zrobił Michael Sheen w roli proroka Malcolma, który stara się zachować swoje stado w jedności, choć miewa momenty zwątpienia, zaś siłę stosuje tylko w ostateczności. Świetny jest także drugi plan, któremu przewodzi Lucy Boynton (Andrea, córka proroka) oraz wręcz diabelski Mark Lewis Jones (Quinn).

Coś ostatnio dziwnego się dzieje, bo Netflix w realizowaniu filmów chyba zaczyna łapać wiatr w żagle. „Apostoł” to jedna z najlepszych rzeczy, jakie ta sieć miała do zaoferowania w tym roku, a Gareth Evans potwierdza klasę jako reżyser. Bez ciosów z karata, ale nie bez przemocy. Wiele kadrów oraz scen zapamiętacie na długo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zło we mnie

Luty zawsze kojarzy się z chłodem, strasznie dużą ilością śniegu oraz coraz krótszymi dniami. A skoro jest ciemniej i mroczniej, to łatwiej jest, by weszło do nas Zło. Jesteśmy w katolickiej szkole z internatem w Bramford. To tutaj przebywa Katherine i Rose, czekające na swoich rodziców przed zimowymi feriami. Jednocześnie w tym samym czasie Joan próbuje dotrzeć do Bramford. Co łączy te dwie, pozornie niepowiązane ze sobą wątki? Co ma z tym wspólnego Szatan? Co się tak naprawdę stało?

zo_we_mnie1

Kiedy wydaje się, że – nielubiany zbyt mocno przeze mnie – film z gatunku horror und groza stacza się na dno, bo już nic nowego się nie da wymyślić, nagle pojawia się młody gnojek pokazując, że jednak się da. Przynajmniej tak zrobił Oz Perkins, syn legendarnego aktora Anthony’ego Perkinsa (Norman Bates z „Psychozy”) w swoim debiucie. Tylko dlaczego musieliśmy czekać dwa lata (!!!) na premierę w naszym kraju. Ale to nieważne. Sama historia pozornie wydaje się prosta, ale reżyser majstruje przy historii, wprawiając wielokrotnie w konsternację, wynikające z dwóch rzeczy: bardzo oszczędnego dawkowania informacji oraz przede wszystkim nieoczywistemu montażowi. Na czym to polega?

zo_we_mnie2

Że reżyser w kluczowym momencie nagle tnie, wprowadza ciemny ekran i przeskakuje do następnego zdarzenia. I kolejny raz, i kolejny, by pod koniec wszystko połączyć w przewrotny finał. Do tego kompletnie miesza tropy, wprowadzając z jednej strony oczywiste motywy (plotka o oddawaniu czci Szatana, ukrywanie wieści o rodzicach, opętanie, wymioty podczas posiłku), z drugiej niepokój budzi sama zimowa sceneria oraz bardzo ciasne, ciemne korytarze. Niemal do końca nie wiedziałem, czy to urojenia, majaki, a może prawda. Jednocześnie Perkins stawia pytania o genezę zła, czy łatwo się z niego uwolnić albo uniknąć. Odpowiedzi nie są wcale takie proste, ani oczywiste, a wszystko polane wieloznaczną symboliką. A kiedy rozkręca się przemoc, to wtedy czułem się jakbym dostał mocny cios.

zo_we_mnie3

Wszystko to jest jeszcze bardzo dobrze zagrane, chociaż role dziewczyn (to one dźwigają całość) opierają się na niedopowiedzeniu i tajemnicy, ledwo sygnalizując swoje emocje. Trudno się przyczepić do ról Lucy Boynton (Rose), Kiernan Shipki (Katherine) i przede wszystkim Emmy Roberts (Joan), zapadając bardzo mocno w pamięć. Tak samo jest z Jamesem Remarem, czyli Billem. Pozornie będącym dobrym Samarytaninem, ale skrywającym pewną mroczną tajemnicę.

zo_we_mnie4

Polski tytuł idealnie oddaje pytanie na temat genezy zła, które w pewnej chwili przejmuje nad nami w pewnym momencie kontrolę. Potrafi być mroczny, skupiający na budowaniu nastroju, niepokoju niż na klasycznym straszeniu. Wielu może zniechęcić wolne i spokojne tempo, ale pozwala ona wybrzmieć bardziej porażającym fragmentom, czekając na coś niepokojącego. Dla osób szukających nieoczywistych filmów grozy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Młodzi przebojowi

Dublin, rok 1985. Jest bieda, nędza, a co sprytniejsi obywatele tego narodu wyruszają za chlebem do Anglii. Wśród tych, co ostali znajduje się Conor. Mieszka z bratem, siostrą i rodzicami, ale kryzys patrzy im mocno w oczy. Ojciec stracił pracę i by znaleźć oszczędności, chłopak zostaje przeniesiony do katolickiej szkoły. Nie do końca udaje mu się zaklimatyzować. I wtedy w tym szarym jak chmura życiu pojawia się Ona – to była miłość od pierwszego wejrzenia. Tylko jak do Niej podejść i bajerować? Cosmo improwizuje i mówi tak: jestem wokalistą takiej kapeli i mamy taką piosenkę, no i chciałbym, żebyś zagrała w teledysku do tej piosenki. Ona (a imię jej Raphina – prawda, że śliczne?) się zgadza, tylko trzeba zorganizować kapelę i nagrać kawałek.

sing_street1

Jeśli film reżyseruje John Carney, to na pewno pojawią się dwie rzeczy: miłość i muzyka. Lub też miłość do muzyki, która jest napędzana pierwszą miłością. Sama historia wydaje się jedną z wielu, jakie widziałem/słyszałem/czytałem. Miłość, świat nieprzyjazny, gdzie każdy człowiek jest podporządkowany i uszeregowany oraz Ta, dla której jesteś w stanie przenieść góry i zdecydować się na rzeczy, których nawet nie podejrzewałeś. Wszystko to przedstawione tak naturalnie, że nie czuć w tym wszystkim grama fałszu. I to zarówno jeśli chodzi o zbieranie zespołu, bardzo subtelny portret powoli tworzącego się związku dwojga ludzi. Jest to tak urocze, że chciałem zanurzyć się całkowicie w tym świecie i nigdy z niego nie wyjść. Reżyser bardzo wiernie odtwarza realia lat 80. – kostiumy, scenografia, charakteryzacja. Tu wszystkie klocki pasują do siebie, a jak dodamy jeszcze muzykę, która zgrabnie przygrywa w tle (z jednej strony Motorhead i The Clash, z drugiej The Cure, Spandau Ballet i Duran Duran), stając się inspiracją dla naszych bohaterów.

sing_street2

Ja najbardziej zapamiętam z tego filmu trzy sceny. Pierwszą jest pierwsze spojrzenie na Raphinę, która trochę wygląda jak laska z wytapirowaną fryzurą i te jej oczy – cudowne. Druga jest stworzony w głowie teledysk do jednej z piosenek w realiach potańcówki  lat 50. – tak pełnego kolorów oraz prostej, lecz ślicznej choreografii (te stroje z epoki to smaczek). Jest nawet motor i obowiązkowa bójka z nożem. No i trzecia, czyli szkolna impreza z ostrym numerem o księdzu dyrektorze. Piosenki napisane do filmu brzmią po prostu wspaniale i dla osób szukających czegoś w stylu lat 80., będą wielką przyjemnością.

sing_street3

Do tego wszystko jest znakomicie zagrane, co jest zasługą kompletnie mało znanych aktorów (z wyjątkiem Aidena Gillena, czyli lorda Baelisha z „Gry o tron”). Trudno było mi oderwać oczy od Lucy Boynton (Raphina), która była dla mnie zjawiskowa niczym nadlatująca kometa. Podobnie cudowny był Ferdia Walsh-Peelo jako próbujący się odnaleźć Conor, dla którego muzyka stanie się szansą na lepsze życie. Oboje razem wyglądali po prostu ślicznie. Trudno nie docenić też świetnego Marka McKenny (wszechstronnie uzdolniony muzycznie Eamon) oraz Jacka Reynora (brat Conora, Brendan).

sing_street4

John Carney dał znowu z siebie wiele serca i energii, którą widać w „Młodych przebojowych” – to szlachetne, poruszające i zrobione z głową kino. Małe i skromne, ale kipiące od emocji i dobrej muzyki. Szkoda, że nie trafiła do naszych kin ta produkcja, bo byłaby tego warta.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski