Papillon. Motylek

Paryż, rok 1931. Tutaj żyje Henri Charriere zwany Papillon. Był bardzo znanym i szanowanym złodziejem półświatka. Ale jego stabilne życie uległo gwałtownej zmianie, kiedy zostaje oskarżony o morderstwo. Choć nie popełnił tego czynu, został skazany na dożywocie w Gujanie Francuskiej. Więzienie jest na wyspie, otoczonej przez rekiny, pozbawionej żywności. Szansy na ucieczkę praktycznie brak, ale w drodze do nowego domu poznaje Louisa Degę. Ten facet trafił do więzienia za fałszerstwo. Panowie zaczynają łączyć siły, by uciec.

papillon3

Historia Papillona została przez niego spisana w 1969 roku i stała się bestsellerem. Tak wielkim, że w 1973 roku (kiedy Charriere zmarł) powstała ekranizacja ze Stevem McQueenem oraz Dustinem Hoffmanem w rolach głównych. Ale opowieści mają to do siebie, że po pewnym czasie lubi się do nich wracać. Dlatego powstała nowa wersja historii Papillona. W sumie nie ma tutaj zaskoczeń, bo jest to dramat więzienny. Tutaj więzienie jest piekłem, gdzie trafiają najgorsi, a chodzi tylko o złamanie charakteru. Więc co naprawdę trzyma naszych bohaterów przy życiu? Dlaczego decydują się uciec, choć nic nie mają? Narracja prowadzona jest bardzo spokojnie, ale nie oznacza to, że nic się tam nie dzieje. Reżyser Michael Noer nie boi się pokazać przemocy oraz obojętności strażników, zaś sama natura wydaje się drugim zagrożeniem. Tutaj nie do końca wiadomo komu można zaufać, a przyjaźń wydaje się być wystawiona na ciężką próbę.

papillon1

Pozornie wiemy, co się wydarzy, lecz potrafi trzymać w napięciu. Widać to w każdej scenie próby zabicia Papillona i Degi (montaż potrafi podkręci adrenalinę) czy podczas ucieczek. Tutaj czuć poczucie zagrożenia, niemal namacalnego do samego końca. Równie mocne sceny robią momenty izolacji naszego protagonisty. Rzeczywistość oraz omamy mieszają się ze sobą, przez co zwyczajnie jeszcze bardziej zależało na postaci. Nie miałem okazji zobaczyć oryginału, więc nie mogę porównać nowej wersji. Czuć tutaj lepkość, brud, wręcz naturalizm w pokazywaniu okrucieństwa.

papillon2

Równie zaskakujący okazał się casting. Do roli tytułowej zaangażowano Charliego Hunnama, co wywołało pewne kontrowersje. Bo za ładny, bo nie ma talentu, bo za sztywny. Ale tutaj wyjątkowo dobrze sobie radzi. Jest bardzo wyciszony, szorstki i twardy, a największe wrażenie robił we mnie podczas scen izolacji oraz finałowych partiach na Diabelskiej Wyspie. Jeszcze lepszy jest Rami Malek jako Dega. Niski, troszkę niedowidzący cwaniak, z lekko rozedrganym głosem, sprawia wrażenie troszkę nieporadnego. Jednak z czasem zaczyna nabierać barw, zaś relacja z Hunnamem daje masę dynamiki. Drugi plan też jest dość mocny, choć dla mnie faworytem jest Roland Moller jako bezwzględny Ceiller oraz Michael Socha w roli porąbanego Julota.

„Motylek” AD 2017 to więcej niż porządny dramat więzienny. To mocna, angażująca, chwytająca za serce opowieść o woli wolności, której żadne kraty nie są w stanie zatrzymać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bohemian Rhapsody

Jeśli ktoś choć troszkę interesuje się muzyką, prędzej czy później natknie się na brytyjską formację Queen. Zespół pod wodzą Freddy’ego Mercury’ego w latach 70. i 80. wywrócił muzykę do góry nogami, gdzie mieszali gatunki ze sobą (rock z operą, popem, nawet disco), czego nikt nie robił na taką skalę. Problem w tym, że filmowe biografie nieprzeciętnych artystów, zazwyczaj są bardzo przeciętne (może poza „The Doors” czy „Love & Mercy”) i zrobione od sztampy. Jak sobie w zderzeniu z legendą poradził reżyser Bryan Singer?

bohemian_rhapsody1

Sam początek jest obiecujący, gdzie widzimy Mercury’ego przychodzącego do koncertu Live Aid (a widzimy tylko jego sylwetkę) i to jest fajnie zainscenizowane. I już ma zacząć się występ, gdy… cofamy się do roku 1970. Wtedy Farrouk Bulsara pracował na lotnisku w Hearthrow, wyciągając bagaże z samolotów. Jednak miał inny plan na siebie, kiedy poznał muzyków, co grali od knajpy do knajpy i byli jeszcze młodymi chłopakami po studiach – Brian i Roger. Właśnie odszedł od nich basista oraz wokalista, zaś nasz protagonista (już nazywany Freddy’m) postanawia do nich dołączyć.

bohemian_rhapsody2

Reszty możecie się domyślać. Skromne początki, magnetyzująca charyzma Freddy’ego, sprzedaż vana, nagranie pierwszej płyty, wielki sukces oraz koncerty z wielką widownią. Wielki sukces, wielkie zagubienie oraz równie wielki powrót. Problem jednak w tym, że to wszystko jest jakieś takie nijakie. A od momentu nagrania pierwszej płyty, akcja zaczyna pędzić na złamanie karku i próbuje opowiedzieć po łebkach okres działalności grupy Queen. Nie dajcie się zwieść zapowiedzią, że to będzie film o zespole, a nie biografia Freddy’ego, bo jest dokładnie na odwrót. Freddy jest tutaj na pierwszym planie, lecz nie wiele się o nim dowiadujemy (oprócz tego, że jest genialnym artystom). Zarówno droga muzyczna, jak i życie prywatne to jeden wielki bałagan, zaś najbardziej mnie interesujące wątki (orientacja seksualna, wręcz hedonistyczny tryb życia czy zarażenie się HIV) pokazano byle jak i po łebkach. Żeby w dwie godziny upchnąć wszystko, co się da. Panowie, tak się w filmie nie robi.

bohemian_rhapsody3

Mogę podejrzewać, że przyczyną tego stanu rzeczy mogło być wsparcie ze strony żyjących członków zespołu (Briana Maya i Rogera Taylora, John Deacon kompletnie nie interesował się tym przedsięwzięciem), którzy byli także konsultantami filmu. Z jednej strony wydaje się, że ci goście pamiętają, jak to było „naprawdę” i pomagali swoim filmowym odpowiednikom wejść w swoje role, ale mam wrażenie, że zepchnięci na drugi plan May oraz Taylor są tutaj troszkę wybieleni. No i w tym świecie alkohol, narkotyki i seks po prostu nie istnieją – tego nie ma, zaś wszelkie ekscesy oraz dylematy są tutaj bardziej wypowiadane w dialogach niż pokazywane. Czyżby bano się zbrukania legendy Queen? Nie rozumiem tej decyzji, tak samo jak stereotypowego pokazania gejów w tym filmie (wąsy, ciasne stroje i odrobina lateksu – kurwa, serio?).

bohemian_rhapsody4

Czy w ogóle jest coś dobrego w tym filmie? O dziwo, tak. Po pierwsze muzyka, który broni się sama i miejscami jest głównym bohaterem tego dzieła. Największe wrażenie robią albo sceny koncertowe, z tysiącami ludzi albo momenty nagrywania poszczególnych utworów (zwłaszcza nagranie tytułowej piosenki pokazano w dość humorystyczny sposób). Wtedy „Bohemian Rhapsody” zaczyna żyć, pulsować i nabiera epickiego rozmachu (zwłaszcza odtworzony występ podczas Live Aid). Także scenografia oraz kostiumy (wszelkie stroje Mercury’ego) potrafią przykuć oko, a miejscami praca kamery też wypada jak najbardziej ok.

A jak wypadł w roli Freddy’ego Rami Malek? Widać, że stara się poruszać jak Freddy, porusza „kłapami” podczas koncertów tak, że nie wywołuje to zgrzytu (bo zaśpiewać jak Freddy, to jednak trzeba mieć jaja oraz talent). No daje radę i ma parę mocnych scen jak podczas konferencji prasowej czy kiedy wyznaje o tym, że ma AIDS. Pozostali członkowie Queen wyglądają jeszcze bardziej podobnie do swoich protoplastów (szczególnie Gwilym Lee jako Brian May), przez co nie czułem żadnego dysonansu. Ale reszta postaci po prostu się rozmywa, mimo udziału takich rozpoznawalnych aktorów jak Aiden Gillen (menadżer John Reid), Tom Hollander (mecenas Jim „Miami” Beach) czy zaskakujący Mike Myers (producent Ray Foster, który bardziej wygląda jak Jeff Lynne).

Czy po tym filmie poznacie bliżej Freddy’ego, jego fenomen (oraz całego zespołu Queen) oraz ich wpływ na muzykę? Raczej nie. To przeciętna biografia, poprowadzona od jednego wątku do drugiego w bardzo ekspresowym tempie, bez ładu i składu, ciekawego pomysłu oraz pozbawiona jakiegoś własnego charakteru. Jeśli chcecie zobaczyć nieprzeciętną biografię, lepiej jeszcze raz obejrzeć „The Doors” Stone’a albo „Love & Mercy” o Brianie Wilsonie z The Beach Boys, bo one przynajmniej miały jakiś pomysł na siebie.

6/10 

Radosław Ostrowski