Polowanie

Coraz częściej pojawiają się przypadki filmów, które w kinach kompletnie poległy i nie znalazły widowni, za to stają się strasznie popularne na platformach streamingowych. Szczególnie nasze rodzime tytuły. Do tego wpisał się dostępny na Netflixie thriller „Polowanie” od scenarzystów „Układu zamkniętego”. W zasadzie jest on niebezpiecznie znajomo podobny.

Akcja toczy się w małym miasteczku gdzieś w nieokreślonym miejscu. Tutaj mieszka Michał Król (Michał Czarnecki) – doradca finansowy i radny. Widząc nieudolność obecnie panujących władz decyduje się zrobić coś, co prawy, uczciwy i naiwny człowiek zrobić może – startuje na burmistrza. Co ciekawe, zdobywa ten urząd. Wtedy powinno wszystko pójść jak z płatka, prawda? Otóż nie, to by było za proste, bo zaczynają pojawiać się naciski, sterować nim chce właściciel lokalnej gazety Roman Huss (Artur Barciś), zaś wszelkie plany spotykają się z dużym oporem – dawno nie używano tego słowa – UKŁADU. I nie jest to słynny układ Mendelejewa.

W dużym skrócie polityczny thriller, który fabularnie nie będzie zaskakujący (niestety), ani za bardzo trzymał w napięciu. Choć reżyser początkowo powoli buduje całą atmosferę miejsca, które może dziać się w każdej szerokości geograficznej naszego kraju. Dlatego to miasteczko tak nie wyróżnia się z tłumu, co trochę pozbawia go charakteru. Rozumiem, że chodziło tu o uniwersalność tej historii, lecz… sama historia jest mocno schizofreniczna i niedogotowana. Relacje między postaciami są ledwo zarysowane (głównie przeszłość naszego bohatera czy pozostałych członków „grupy trzymającej władzę”), bardziej czuć tutaj nie tyle napięcie, co poczucie bezsilności wobec jej sieci. Ludzi mogących w zasadzie zrobić z człowiekiem wszystko: fałszywe oskarżenia, zakulisowe działania (ledwo widocznie), śledzenie, „znikanie” dokumentów itp. Te sceny potrafią zadziałać, tak jak scena polowania zakończona postrzałem. Tylko reżyserowi brakuje tutaj siły, by zaangażować, zaś pewne sceny (bliżej końca) są tak skokowo pokazane, że nie kupiłem tego. Wielka szkoda.

Dialogi są całkiem ok, technicznie jest to poprawnie wykonane, ale da się to obejrzeć. W czym na pewno pomagają aktorzy, nawet nie mając zbyt wiele do roboty. Michał Czarnecki pasuje do takiej pozytywnej, trochę idealistycznie nastawionej do rzeczywistości oraz swojej siły sprawczej. Co prawda dalsze momenty, gdzie jest zdumiony, zszokowany i złamany są dość pobieżnie pokazane, aktor wiele z tego wyciska. Zaskoczył mnie za to Andrzej Andrzejewski jako menel „Mandaryn”, który staje się sojusznikiem oraz przyjacielem naszego protagonisty. Wnosi on odrobinę humoru oraz lekkości do całego filmu. Ale całość kradnie Artur Barciś jako szara eminencja miasteczka. Balansujący na granicy przerysowana lokalny watażka, co pozornie udaje sprzymierzeńca, jednak spojrzenie ma baaaaaaaaardzo intensywne, złowrogie i groźne jak k****a mać.

„Polowanie” mogło być drugim „Układem zamkniętym”, jednak Paweł Chmielewski to nie Ryszard Bugajski. Przydałby się o wiele bardziej dopracowany scenariusz oraz twórca umiejący budować atmosferę i napięcie. Tym razem nie udało się upolować grubego zwierza.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Jedno życie

W przypadku takich filmów jak „Jedno życie” można sobie zadać pytanie: czy jeszcze jest sens opowiadać historie związane z Holocaustem? Bo powstała masa dzieł kultury, które wydają się ten motyw wyczerpać. A jednak filmy, książki czy komiksy dotykającej tej kwestii jak choćby zeszłoroczna „Strefa interesów”. Teraz pojawia się brytyjska biografia „Jedno życie”.

jedno zycie1

Bohaterem filmu jest Nicholas Winton (Anthony Hopkins) – emerytowany bankowiec, mieszkający gdzieś w małym miasteczku razem z żoną (Lena Olin). Jesteśmy w małym miasteczku w połowie lat 80., zaś sam dom pełen jest dokumentów, szpargałów, zapychających niemal całą przestrzeń. Jednym z tych przedmiotów jest stary album opisujący jego działalność w Komisji ds Uchodźców z Czechosłowacji. Kiedy jako młody bankier (Johnny Flynn) zorganizował transport żydowskich dzieci, które uciekły z zajętego przez nazistowskich Niemiec kraju Sudetów do Pragi. Problemem była jednak kwestia biurokracji, działająca niezbyt szybko, kiedy w każdej chwili granica czechosłowacka może zostać zamknięta. Więc czasu jest niewiele, a sporo ludzi do ocalenia. Jednak poza nim nikt nie zna tej historii, bo też nikogo nie interesuje. Do chwili, gdy przekazuje album zajmującej się kwestią Holocaustu Elizabeth Maxwell (Marthe Keller) i to zmienia wszystko.

jedno zycie2

Film oparto na wspomnieniach opisanych przez córkę Wintona, Barbarę, zaś reżyserią zajął się James Hawes. I jest to jego fabularny debiut, gdyż wcześniej tworzył odcinki do takich seriali jak „Doctor Who”, „Czarne lustro”, „Penny Dreadful”, „Alienista” czy „Kulawe konie”. Historię poznajemy dwutorowo: teraźniejszość przeplata się ze scenami z czasów Pragi, ale wszystko jest bardziej stonowane, pozornie wyciszone i nie pędzące na złamanie karku. Reżyser nie idzie na łatwiznę w pokazywaniu zarówno trudnych warunków działania Komisji, ich walki z biurokracją i czasem, ale też z prześladującym Nicolasa poczuciem winy, że zrobił zwyczajnie za mało. Jeśli spodziewacie się walenia pięścią w stół, podniosłych dialogów czy heroicznych scen w hollywoodzkim stylu, to trafiliście pod zły adres. Co nie oznacza, że „Jedno życie” nie angażuje – tylko robi to, w bardziej subtelny, delikatny sposób, by emocjonalnie uderzyć. Zarówno w momentach przygotowania dokumentów, odjazdów pociągu z dziećmi czy niezapomniana chwila w telewizji. To tylko pokazuje, że aby walczyć ze złem nie zawsze trzeba używać siły fizycznej, lecz charakteru oraz determinacji.

jedno zycie3

Technicznie jest to tylko (lub aż) solidna robota, bez żadnych fajerwerków czy jakiejkolwiek zabawy formą (poza dwutorową narracją czy szybką zbitką montażową w sprawie szukania wsparcia dla sprawy). To jest zaskakująco kameralna historia, odtwarzająca realia zarówno lat 30., jak i 80. w kwestii scenografii, kostiumów czy rekwizytów. Solidna, fachowa robota.

A wszystko podparte jest na świetnych rolach. Zaskoczyła mnie Helena Bohnam Carter wcielająca się w matkę Nicolasa, będąca wsparciem dla jego działań (mocna scena rozmowy z urzędnikiem). Absolutnie cudowny jest Johnny Flynn jako młodsza inkarnacja Wintona. Początkowo idealistyczny facet z bogatej rodziny, który zostaje zderzony z brutalną rzeczywistością, co doprowadza go do przemiany z zdeterminowanego, pełnego zaangażowania społecznika. Niby wydaje się bardzo opanowanym mówcą, jednak czuć intensywność oraz tą charyzmę, co zmusza do wysłuchania go. Jednak najbardziej ekran zawłaszcza potwierdzający swoją formę Anthony Hopkins. Już starszy Winton w jego wykonaniu to niepozorny facet, unikający bycie w jupiterach światła, pełen wyrzutów sumienia, a jednocześnie pełen empatii, ciepła. Znowu wszystko w sposób bardzo delikatny.

jedno zycie4

Film Hawesa jest trochę jak jego bohater: skromny, nie wyróżniający się z tłumu, trochę niedzisiejszy. A jednak pozostanie po seansie na trochę dłużej niż się wydaje. Takie tytuły przywracają nadzieję nie tylko w ludzi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Supersiostry

Polscy filmowcy postanowili przestać się wstydzić robienia kina gatunkowego i zaczynają mierzyć się z konwencjami mniej znanymi lub nie tworzymy w ogóle. Horrory, kino akcji, produkcje familijne czy nawet western zawitał do naszego podwórka. Teraz reżyser Maciej Barczewski postanowił podbić stawkę i zrobić „pierwszy polski film superbohaterski”. Przynajmniej od bardzo dawna. Czy warto było czekać? Czy technicznie będzie przynajmniej przyzwoicie, a efekty specjalne lepsze niż w niesławnym „Wiedźminie”? Na jedno z tych odpowiedź będzie pozytywna.

supersiostry1

Akcja toczy się w roku 1990, w odrodzonej, post-komunistycznej Polsce, a dokładniej w jakimś zadupiu. Tutaj mieszka Ala (Katarzyna Gałązka) razem z ojcem, nauczycielem fizyki (Grzegorz Damięcki). Na pierwszy rzut oka to nastolatka jakich wiele, co chodzi do szkoły, słucha walkmana, nosi warkoczyki. Jest jednak jedna rzecz, wyróżniająca ją z tłumu: potrafi podnosić przedmioty siłą woli, nawet traktory. Dlatego musi się ukrywać po takim incydencie, ścigani przez grupę wojskowych, co chcą przeprowadzać na niej eksperymenty. Jej „ojciec” zostaje zabity, a dziewczynie towarzyszy zafascynowany komiksami „Dżester” (debiutujący Tymoteusz Frączek). Ala odkrywa, że ma siostrę, próbującą się z nią skontaktować. Nie bez kłopotów udaje się naszej parze poznać starszą Lenę (Karolina Bruchnicka) – panującą nad prądem dziewczynę na wózku inwalidzkim. Ta próbuje być mentorką dla młodszej siostry, by pomóc kontrolować jej umiejętności, a następnie zemścić się na pułkowniku (Marek Kalita).

supersiostry4

Na papierze brzmi to całkiem nieźle, nawet jeśli zbyt znajomo: ukrywanie się, poznawanie prawdy, pojawienie się mentora/ki, poznawanie swoich mocy, wreszcie konfrontacja. Po drodze jeszcze ówczesny geek/potencjalny chłopak, różne twisty i przewrotki. A wszystko mocno (zbyt mocno) ociera się gdzieś o estetykę… „Stranger Things”. Tylko, że tutaj nie działa to tak bardzo jak powinno. Dialogi oscylują między głębią a’la Paolo Coehlo (sceny nauki panowania nad mocami) a ciarkami żenady i jeszcze jest to tak poważne, że aż brzmi to śmiesznie. O takich idiotyzmach jak ukrywanie się na polu kukurydzy (a to skąd??) czy rozczarowującym finale nawet nie chcę mówić.

supersiostry3

Czy jest tu coś wartego uwagi? W sumie, ładne są zdjęcia, świetna jest muzyka Bartosza Chajdeckiego, która pasowałaby do hollywoodzkiego blockbustera z lat 90. (pełnoorkiestrowe brzmienie) oraz porządne efekty specjalne, stworzone w… Czechach. Za to aktorsko jest, cóż, nie za dobrze. Antagoniści są albo przerysowani (bardzo teatralny Kalita, który nawet się sprawdza), albo kompletnie niewykorzystani (Mateusz Kościukiewicz, co raptem ma 3 sceny i mówi parę zdań). Równie zmarnowany jest Grzegorz Damięcki w roli „ojca”, który dość szybko wypada z tej hecy. A jako sobie poradziły Gałązka i Bruchnicka? Z tą pierwszą problem mam taki, że… wygląda za staro na nastolatkę, nawet z warkoczami, brzmi sztucznie i nie zapada za bardzo w pamięć. Za to Bruchnicka wypada dużo lepiej, mając sporo charyzmy oraz o wiele większe pole do popisu (poza serwowaniem „paolocoehlizmów”), szczególnie blisko końca.

supersiostry2

To nie jest tak, że nie należy naszego kinowego krajobrazu ubarwić, zwłaszcza w kwestii kina gatunkowego. No bo ile można oglądać kolejną tzw. komedię romantyczną, co nie jest ani komedią, ani romansem czy „błyskotliwie zabawnymi” komediami. Niestety, nie każda próba jest tak udana jak „Kos” czy „Niebezpieczni dżentelmeni”. „Suspersiostry” mogły być całkiem niezłym filmem superbohaterskim/komiksowym, gdyby twórcy zrobili coś więcej niż bezmyślnym kopiowaniem znanych schematów tego nurtu. Niby jest otwarta furtka na sequel, lecz nie sądzę, by to wystarczyło na danie drugiej szansy.

4/10

Radosław Ostrowski

Wrobiony

Cały czas jestem pod wrażeniem jak wiele interesujących pomysłów zostało zaprzepaszczonych i zmarnowanych. Najczęściej wynika to z braku przekucia pomysłu na równie udany film, kompletny brak doświadczenia reżysera i scenarzysty albo ingerencja osób trzecich. Co niepokojące, większość tych filmów powstaje w Polsce albo takie znam najczęściej. Do tego smutnego grona dołącza polsko-włoska koprodukcja tworzona przez parę lat (z przerwami).

Bohaterem „Wrobionego” jest Dominik (nietrafiony Piotr Adamczyk) – pracownik Uniwersytetu Wrocławskiego, pracujący nad doktoratem o ostatnich miesiącach z życia Caravaggio. Udaje mu się zdobyć zgodę na wyjazd do włoskiego miasteczka Porto Ercole, gdzie mają się znajdować szczątki genialnego malarza. Parę tygodni wcześniej znaleziono – uznany za zaginiony – obraz „Maria Magdalena w ekstazie”. Jednak na miejscu nasz bohater ma problemy: hotel nie jest zarezerwowany, krypta zamknięta jest na cztery spusty, zaś klucze skradziono. Do tego poprzedniego księdza, ojca Tornatore zamordowano, zaś nasz doktorant znajduje się na celowniku policji oraz grupy fałszerzy dzieł sztuki.

Na papierze jest tu wszystko, by mieć interesujący dreszczowiec: cenny łup do zdobycia, bohater w obcym otoczeniu, działający z ukrycia złodzieje, piękne krajobrazy. „Wrobiony” Piotra Śmigasiewicza miał zadatki, by pójść w stronę… „Dziewiątych wrót” Romana Polańskiego czy „Kodu da Vinci”. Problem jednak w tym, że cała ta historia jest dziurawa niczym sito, ciąg przyczynowo-skutkowy został wycięty, rzeczy się dzieją (przypadkowo znaleziona rama obrazu i dokumenty księdza), jest masa zbędnych scen i nadmiar postaci (m. in. włoscy policjanci, agent FBI, dziekan wydziału sztuki) nie wnoszący KOMPLETNIE NIC. Jakby tego było mało, wszystko toczy się powolnym tempem, zaś napięcia tu tyle, ile dialogów w filmach porno. A całość sprawia wrażenie taniej produkcji telewizyjnej, choć zdjęcia Arka Tomiaka robią duże wrażenie. Postacie są bardzo przezroczyste i nijakie, a zakończenie jest kompletnie niesatysfakcjonujące oraz… bez sensu. Boli, boli, boli.

„Wrobiony” jest lepiej wyglądającym filmem, który mógłby zrobić Tommy Wiseau. Gdyby tylko umiał robić zdjęcia. Jednak poza wizualną stroną nie ma niczego do zaoferowania jako wyrób thrilleropodobny, bo jako thriller kompletnie nie działa. Absolutnie tragiczne, koszmarne ścierwo, co robi z logiki i scenariusza dziwkę.

2/10

Radosław Ostrowski

Lombard

Polskie kino dokumentalne od wielu dekad jest zauważalne na świecie, a także jest doceniane przez naszą widownię. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie, bo dzięki nim można poznać mniej znane miejsca lub pokazać coś znajomego z innej perspektywy. Do tego grona można wpisać „Lombard” Łukasza Kowalskiego z roku 2022.

lombard1

Jesteśmy w Bytomiu na ulicy Wytrwałych 1. Kiedyś znajdowała się tam Biedronka, lecz teraz znajduje się lombard. Takie miejsce, gdzie można oddać/kupić różne przedmioty: blender, kryształy, zabawki, używany sprzęt AGD. Problem jednak w tym, że czasy świetności tego interesu minęły, a same miasto coraz bardziej biednieje. To mocno odbija się na właścicielach – Wieśku i Joli, będący ze sobą w kilkuletnim związku. Do tego stopnia, że ich spółka znajduje się na krawędzi. Czy jest szansa na wyjście z tej sytuacji?

lombard2

Reżyser przygląda się tytułowemu lombardowi, gdzie niby jest masa różnych rzeczy do kupna i mało chętnych. Okolica jest praktycznie coraz bardziej ubożeje, więc jest dużo rzeczy do sprzedaży (także przez Internet), ale kupców niezbyt wielu. Przez co różnica między właścicielami a klientami nie jest aż tak wielka. Każdy mierzy się tu z własnymi problemami: trudnymi relacjami z najbliższymi, biedą, samotnością i walką o utrzymanie się na powierzchni. Ale jeśli ktoś spodziewa się depresyjnego, mrocznego obrazku z prowincji, trafił pod zły adres. Zaskakująco sporo jest tu humoru, ciepła oraz empatii, wynikającej ze zrozumienia trudnej sytuacji. Wtedy różnica między klientami a pracownikami lombardu jest praktycznie żadna.

lombard3

Wszystko wygląda tak jakby kamera obserwowała codzienność dnia. Otwieranie, rozmowy z klientami, wreszcie dynamika między Jolą a Wieśkiem. Czuć tą miłość i zaangażowanie, ale także pewną frustrację i bezsilność. Czy będzie z czego żyć po opłaceniu najmu oraz rachunków? Czy ten związek przetrwa? Wszystko znajduje się w stanie zawieszenia, nagle się urywając. Krótki czas trwania filmu (niecałe 90 minut) jest tu bronią obosieczną. Z jednej strony czas mija szybko i nie czuć znużenia, z drugiej chciałoby się lepiej poznać klientów oraz samej okolicy. Tu można było z tego więcej wycisnąć.

lombard4

To jest całkiem przyzwoity dokument, gdzie wchodzimy na chwilę do innego świata, do którego chciałoby się pozostać na dłużej. Mimo poważnych wątków i tematów, film Kowalskiego pozostawia z nadzieją oraz odrobiną optymizmu. Bardzo fascynujący paradoks.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kaskader

Czasem jest tak, że znając reżysera filmu na jaki się wybieramy, wiadomo czego można się spodziewać. Takim twórcą zdecydowanie jest David Leitch – były kaskader, wyspecjalizowany w szeroko pojętym kinie akcji z takimi tytułami jak „Atomic Blonde”, „Deadpool 2” czy „Bullet Train” w swoim dorobku. Dlatego idąc na „Kaskadera” można się spodziewać: praktycznych efektów specjalnych, popisów kaskaderskich, dynamicznych oraz lekko przejaskrawionych scen akcji. I w dużej części to właśnie dostałem.

kaskader2

Tytułowym kaskaderem jest Colt Seavers (Ryan Gosling), dla którego podpalenie, skakanie przed eksplozją i brawurowa jazda samochodem marki Cinquecento to chleb powszedni. Od lat jest dublerem gwiazdy kina akcji, Toma Rydera (Aaron Taylor-Johnson) i jest strasznie zabujany w operatorce, Jody (Emily Blunt). Wszystko wydaje się iść dobrze, ALE podczas kręcenia prostej sceny kaskaderskiej coś poszło nie tak. Skończyło się to uszkodzonym kręgosłupem oraz wycofaniem się z branży. Dla kogoś takiego to wyrok śmierci, więc przez 18 miesięcy zaszywa się gdzieś. Wtedy pojawia się jeden telefon od producentki Gail (kompletnie nie do poznania Hannah Waddingham), by znów zrobił swoje jako kaskader do filmu reżyserowanego przez… Jody. I to na jej wyraźną prośbę. Na miejscu sprawa okazuje się o wiele bardziej skomplikowana: Tom Ryder zniknął bez śladu i trzeba go znaleźć, bo inaczej produkcja zostanie wstrzymana. Czasu mało jest, więc Colt musi działać szybko.

kaskader1

Film oparty jest na popularnym w USA, ale nieznanym u nas serialu telewizyjnym z lat 80. Historia jest dość prostą mieszanką kryminału, akcji i odrobiny romansu. A także spojrzenie na branżę filmową z perspektywy osób mniej rozpoznawalnych niż aktorzy i reżyserzy, zaś wykonują najbardziej niebezpieczną pracę – kaskaderów. I czuć tą pasję w tych ludziach oraz szacunek do tego, co robią – w końcu narażają swoje życie dla naszej (poniekąd) rozrywki. Tutaj masę scen pościgów, bijatyk, wybuchów i strzelanin wykonywana jest praktycznie, z niewielką ilością efektów komputerowych. Nasz bohater pakuje się w poważną kabałę i by dotrzeć do prawdę robi masę SZALONYCH rzeczy: a to ściga gości, co porwali asystentkę Rydera, co kończy się bijatyką w jeżdżącej ciężarówce, pędzi na motorówce czy robi mordobicie w klubie na haju. Nie jest to aż tak brutalne i szorstkie jak w „Atomic Blonde” lub energetyczne niczym w „Bullet Train”, lecz jest to zrobione bardzo solidnie. A już finał, gdzie na planie filmowym dochodzi do absolutnej JAZDY BEZ TRZYMANKI (choć plan jest durny), cieszyłem się jak dzieciak, co bardzo baaaaaaaaaaaaaardzo fajne zabawki.

kaskader4

Sama kryminalna intryga i sprawa Rydera nie jest aż tak wciągająca. Łatwo można się domyśleć kto za tym wszystkim stoi, zaś dynamiczna relacja między Coltem a Jodi trochę jest bardziej na wiarę (choć czuć tu chemię między Blunt a Goslingiem). Za to jest dużo jest też humoru oraz odniesień do innych filmów czy to w formie cytatu („Ostatni Mohikanin”, „Rocky”), warstwy wizualnej („Mad Max”, „Diuna”) czy postaci (pies o imieniu… Jean-Claude!!!), gra świetna muza z lat 80. (Kiss, AC/DC, Jan Hammer) i buduje klimat.

kaskader4

Ale to by nie zadziałało, gdyby nie przekonujące aktorstwo. Ryan Gosling jest na wznoszącej fali i kolejny raz sprawdza się jako doświadczony kaskader/detektyw-amator. To ostatnie trochę budzi skojarzenia z postacią graną w „Nice Guys”, tylko po drodze wykonujący różne ewolucje kaskaderskie. Pełen charyzmy i zaskakująco szerokiego wachlarzu emocji: melancholijnego smutku, opanowania, gniewu aż po dziką energię. I wypada świetnie. Równie dobrze radzi sobie Emily Blunt w roli debiutującej reżyserki, próbującej ogarnąć ten realizacyjny chaos. Zaś chemia między tą dwójką działa na tyle, by zaangażować się w tą historię. Ale całość tak naprawdę kradnie świetny Winston Duke (bardzo lojalny i oddany szef kaskaderów Dan Tucker) oraz Hannah Waddingham (producentka Gail, pozornie wspierająca produkcję).

kaskader5

To nie jest najlepszy film akcji i nie jest to najlepszy film w dorobku Davida Leitcha. Za to jest to – jak sam reżyser określił – list miłosny do kaskaderów, odnosząc się z szacunkiem do ich profesji. A wszystko w formie bezpretensjonalną rozrywką w sam raz na zbliżający się okres letni. Wskakujcie śmiało, ściągnijcie kumpli (płci obojga) i bawcie się dobrze, tak jak ja.

7/10

PS. Jak zaczną się napisy końcowe, nie wychodźcie z kina. Nie tylko ze względu na scenę po napisach, ale także na pokazywane momenty realizacji tego filmu.

Radosław Ostrowski

Matecznik

2022 rok dla debiutującego reżysera Grzegorza Mołdy był bardzo ważny. Bo stworzył aż dwa filmy, choć tylko jeden miał premierę we wspomnianym roku. I nie była to „Zadra” o dziewczynie, co „chce być raperem, intencje szczere ma”. Tylko zrobiony z o wiele mniejszym budżetem „Matecznik”, mocno inspirujący się nową falą kina greckiego. Że da się czerpać z tego nurtu bez ślepego kopiowania pokazał „Eastern” z 2019 roku. Tutaj jest jednak trochę inaczej.

Wszystko toczy się w jednym mieszkaniu zwanym tu „mieszkaniem treningowym”. Dlaczego? Bo to ma być miejsce pozwalające przygotować się do życia w ramach resocjalizacji. To tutaj z poprawczaka trafia młodociany Karol (Michał Zieliński), zaś jego dokonania ocenia wychowawczyni Marta (Agnieszka Kryst). Pozornie nie dzieje się dużo, a Karol zaczyna zaliczać kolejne „zajęcia” jak choćby wychowywanie niemowlaka (nie prawdziwego, tylko lalkę). Wszystko jednak się komplikuje, kiedy kobieta wprowadza się do lokum. Zaś kolejne „regulaminowe” zadania są coraz bardziej niepokojące.

To jest ten typ filmu, który wielu doprowadza do szewskiej pasji, a nazywane jest „snujem, wydmuszką”. Bo intrygi czy fabuły jest tu tyle, co kot napłakał. To bardziej obserwowanie zachowań ludzkich w warunkach laboratoryjnych. Bez pośpiechu, w bardzo oszczędnych dialogach i statycznych kadrach. Poczucie obcości i dziwności potęguje równie minimalistyczna scenografia Niby nic niezwykłego się nie dzieje, ALE coś dziwnego wisi w powietrzu. Kolejne zajęcia i przygotowania kobiety (włącznie ze sprawdzaniem popędu seksualnego), gdzie relacja tej dwójki są bardzo niejednoznaczne. Od bycia opiekunką przez matkę aż po – nie wiem jak to ująć – zaborczość i kontrolę z przemocą w tle. Narasta to w sposób w zasadzie niezauważalny, z masą rzeczy dziejących się poza kadrem, wyciętych. Niedopowiedzeń jest tu więcej niż w jakiejkolwiek grze ze studia From Software, bo tam przynajmniej były jakieś drobne poszlaki.

Tutaj ta aura tajemnicy i niepokoju niby działa przez sporą część seansu, lecz z każdą minutą staje się ona coraz bardziej frustrująca. Mołda wydaje się konsekwentnie iść wyznaczoną przez siebie drogą i sprowokować do przemyśleń o „wychowywaniu”. Tylko, że „Matecznik” z czasem staje się coraz mniej jasny, zaś tajemniczość staje się nie do wytrzymania. Jest tu potencjał, nawet odrobina talentu i dobre aktorstwo, ale ostatecznie film nie satysfakcjonuje. Debiut ciekawy, lecz niespełniony.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Challengers

Jaki tenis jest, każdy widzi. Dwie osoby (lub pary) odbijają piłkę tak, by ci po drugiej stronie nie mogli jej odbić. Przy okazji jest dużo biegania oraz różnej maści odgłosów, bardziej budzących skojarzenia z sytuacjami w sypialni. Szczególnie wśród pań, ale nie o tym dzisiaj. Wokół tej gry toczy się akcja nowego dzieła Luki Guadagnino.

challengers1

Akcja „Challengers” toczy się w roku 2019 podczas lokalnego turnieju tenisowego w New Rochelle. Tutaj gra w finale dwóch już niemłodych zawodników. Wielokrotnie utytułowany Art Donalsdson (Mike Feist) oraz ciągle próbujący się przebić Patrick Zweig (Josh O’Connor) – obaj kiedyś grali razem w deblu jako juniorzy. Byli więcej niż dobrzy w te klocki, a wtedy na ich drodze pojawiła się ona – Tashi Duncan (Zendaya). 13 lat temu obiecująca tenisistka, ale teraz trenerka i żona Arta. Oraz była dziewczyna Patricka.

challengers4

Ja wiem, że ten zamieszczony opis brzmi jak fabuła z jakieś tandetnej telenoweli (jakby jeszcze wpisali, że dziewczyna to nieznana siostra jednego z chłopaków – byłoby bardzo w stylów brazylijskiego tasiemca). Ale reżyser i scenarzysta są bardziej cwani niż się to wydaje na pierwszy rzut oka. Sama historia opowiedziana jest na dwóch linia czasowych: podczas finałowego pojedynku oraz w ciągu 13 lat. Reżysera interesuje dynamika między tą trójką, napędzana przez rywalizację, pożądanie i pasję do tenisa. Problem jednak w tym, iż nikt z tego trójkąta nie jest kimś, kogo można całkowicie polubić czy sympatyzować. Niby jest to tylko rozmowa czy mecz, jednak podskórnie czuć napięcie.

challengers3

Szczególnie jest to widoczne podczas scen tenisowych. Z jednej strony są kręcone na szerokich ujęciach, gdzie widać obie strony, z drugiej jest tu sporo zbliżeń na detale (ruchy nóg, twarze) i budowanie napięcia. Jak jeszcze dodamy do tego agresywną techno-elektroniczną muzykę duetu Reznor/Ross oraz kapitalny montaż, dostajemy wręcz pełne ekstazy doświadczenie. Ale nic nie jest w stanie przygotować na ostatnie 15-20 minut, czyli tie-beaku. Guadagnino wtedy dosłownie szaleje – jest slow-motion, ujęcia POV, kort pokazany od dołu jakby tam było szkło czy pokazana perspektywa… piłeczki.

challengers2

Sam film działa dzięki absolutnie rewelacyjnemu trio. Kompletnie zaskoczyła mnie Zendaya, choć wielu zarzuca jej granie jedną, ciągle nabzdyczoną miną. Ale nie tutaj, sprawdzając się jako zafiksowana na punkcie tenisa zawodniczka, później trenerka, niejako przenosząc to zaangażowanie także na życie prywatne. Przez co sprawia wrażenie wyrachowanej, zimnej suki i zirytuje was. Równie wyraziści są Mike Feist i Josh O’Connor jako duet przyjaciół/rywali – pierwszy wyciszony, bardziej wrażliwy oraz skupiony, lecz powoli tracący siły; drugi bardziej pewny siebie, przekonany o swojej wyższości, cały czas przekonany, iż jeszcze ma szansę coś osiągnąć. Kiedy na ekranie są razem ta synergia nabiera większej intensywności niż większość thrillerów.

Nie będzie zaskoczeniem, jeśli uznam „Challengers” za najlepszy film Guadagnino do tej pory stworzony. Bardzo działający na wszystkie zmysły, intensywny, lecz bardzo elegancki i pociągający. Jeszcze nigdy zawody tenisowe nie wyglądały tak zjawiskowo, ale o tym trzeba się samemu przekonać.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Święty

Trend polskich kryminałów osadzonych w czasach PRL-u ma się całkiem dobrze, co pokazywały takie filmy jak „Czerwony pająk”, „Jestem mordercą” czy serialowy „Rojst”. To tego grona aspiruje nowy film Sebastiana Buttnego „Święty”. Inspirowany prawdziwymi wydarzeniami film mógł stanowić intrygujące spojrzenie na końcówkę PRL-u, ale wygląda na to, że reżysera i scenarzystę w jednej osobie temat przygniótł.

Sama intryga skupiona jest wokół najbardziej bezczelnej kradzieży w historii PRL-u. W nocy z 19 na 20 marca 1986 roku włamano się do remontowanej katedry w Gnieźnie. Skradziona została srebrna figura św. Wojciecha z sarkofagu, gdzie przechowywane są szczątki pierwszego polskiego męczennika. Dla Milicji Obywatelskiej sprawa miała charakter priorytetowy, nie tylko z powodu kryminalnego charakteru sprawy, lecz bardzo napiętych stosunków między władzą komunistyczną a Kościołem katolickim. Przebieg śledztwa mógł te relacje poprawić lub pogorszyć, szczególnie iż kradzież miała miejsce półtora roku po zabójstwie księdza Popiełuszki. Do poprowadzenia sprawy zostaje wyznaczony Andrzej Baran (Mateusz Kościukiewicz) – porucznik milicji z Poznania, gdyż tamtejsi stróże prawa za bardzo boją się kontaktów z władzami duchownymi. Oficer prowadzi sprawę widząc w niej zwykły rabunek w celu zdobycia srebra. Im dalej w las, zaczyna podejrzewać, iż włamanie może mieć swoje drugie dno.

„Święty” ma spory potencjał na dobry film oraz różne ścieżki do wyboru. Z jednej strony, to mógł być czarny kryminał w realiach późnego PRL-u, z drugiej polityczny dreszczowiec ze śledczym w sprawie będącej polem minowym z masą pułapek, a z trzeciej komedią o zabarwieniu satyrycznym. Problem jednak w tym, że reżyser w swoim drugim nie bardzo może się zdecydować, gdzie z tym całym fantem pójść. Dlatego film sprawia wrażenie krążącego w kółko delikwenta wracającego z zakrapianej imprezy. Jest parę chwil przebłysku, kiedy porucznik zaczyna zauważać podobieństwo kradzieży z historią samego św. Wojciecha, opisaną na drzwiach katedry. Jeśli to budzi skojarzenia z „Kodem Leonarda da Vinci”, jest to trop prawidłowy. Sama sugestia, że kradzież byłaby polityczną intrygą, zaś śledczy jest częścią tej gry podbiłby bardzo mocno stawkę. Tak samo jak w paru scenach, kiedy figura traktowana jest jako żywa osoba.

Niestety, zawodzi bardzo mocno wykonanie. Film wygląda jak produkcja telewizyjna i to w nie najlepszym znaczeniu tego słowa. Niby scenografia oraz kostiumy wydają się pasować do realiów epoki, ale nie wybijają się za mocno. Całość sfilmowana jest bez jakiejkolwiek finezji czy kreatywności, ze sporą ilością zbliżeń oraz ujęć nocnych. Narracja jest chaotyczna, z masą pootwieranych wątków (m. in. rzekomego udziału w sprawie oficera SB, inwigilacji katedry przez bezpiekę), upchniętych do nieco ponad 90 minut. Brakuje w tym wszystkim emocjonalnego ciężaru oraz zaangażowania w całe dochodzenie.

Nawet uzdolnieni aktorzy nie są w stanie wyciągnąć tego dzieła do poziomu satysfakcjonującego. Co jest bardzo wielką szkodą, widząc m. in. Mateusza Koścukiewicza (porucznik Baran), Leszka Lichotę (ksiądz proboszcz) czy Dobromira Dymeckiego (oficer SB Marian Porębski) zmarnowanych w tak brutalny sposób. Cało w zasadzie wychodzi tylko intrygująca Lena Góra jako żona porucznika, będąca historykiem sztuki i czuć, że tam dzieje się coś ciekawego. Tylko nie wybrzmiewa to z taką siłą, potrzebną do tego „dzieła”.

Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle – niestety, to kolejne rozczarowanie na naszym podwórku. Zawsze daję szansę kinu gatunkowemu made in Poland (z wyjątkiem kina Patryka Vegi oraz artystycznych pornosów a’la „365 dni” i jego mutacji), jednak „Święty” nie zasługuje na to wsparcie. Niczym sama kradzież jest brutalną robotą w wykonaniu kompletnego amatora, desperacko szukającego cennego łupu. Do tego stopnia, że niszczą wartość potencjalnego zysku i cała gra okazuje się nie warta świeczki.

4/10

Radosław Ostrowski

Mocny temat

Co jakiś czas pojawiają się filmy o tym jaką siłę ma i może jeszcze mieć dziennikarstwo. Nie chodzi mi o clickbaity, ślepe gonienie za sensacją, by nakład/oglądalność się zgadzała, ale czymś mogącym zmienić oblicze Ziemi, tej Ziemi. Dobra, z ostatnią częścią zdania przeholowałem, jednak rozumiecie co mam na myśli. Takie tytuły jak „Stan gry”, „Spotlight” czy „Czwarta władza”. Teraz do tego grona aspiruje brytyjska produkcja Netflixa „Mocny temat”.

mocny temat2

Cała historia skupia się na głośnym wywiadzie księcia Andrzeja (Rufus Sewell) z dziennikarką BBC Newsnight Emily Maitlis (Gillian Anderson) przeprowadzonym w pałacu Buckingham i transmitowany 16 października 2019 roku. Wszystko to pokazane z perspektywy producentki programu, Samanthy McAllister (Billie Piper). Co nie dziwi zważywszy, że film jest oparty na jej wspomnieniach oraz McAllister jest jedną z producentek filmu. Widzimy zarówno prowadzone negocjacje z reprezentantami medialnymi księcia, przygotowania do wywiadu czy zbieranie informacji na temat przyjaźni księcia z Jeffreyem Epsteinem. A także reperkusji tej rozmowy, która skończyła się kompromitacją członka rodziny królewskiej.

mocny temat3

Teoretycznie wszystko wydaje się być na miejscu: mocny temat, trio kobiet (producentka, dziennikarka i naczelna) doprowadzające do upadku, powolne odkrywanie zależności przy pomocy lokalnego paparazzi z Nowego Jorku. Wreszcie próba pogodzenia życia zawodowego z prywatnym Sam, która czuje się jakby nie była członkiem tej grupy. Niby wiele robiąca, lecz niedoceniana i uważana za bardziej odpowiednią do jakiegoś tabloidu. Problem jednak jest jeden i to bardzo istotny: kompletnie przeciętna realizacja. Wszystko jest zrobione w bardzo telewizyjny sposób, niby jest tu spore przywiązanie do szczegółów. Tylko to nie angażuje emocjonalnie w ogóle, cała historia jest strasznie płytka i jednowymiarowa, napisana po łebkach. Niby są jakieś zarysowane problemy Sam z wychowywaniem syna czy brakiem poczucia docenioną za swoją pracę, ale to wszystko bardziej zarysowane niż pokazane. Tak samo przygotowanie do wywiadu czy perspektywa samego Andrzeja na tą sytuację.

mocny temat1

Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest sama scena wywiadu. W tej jednej chwili mamy tutaj iskry, napięcie oraz nieporadne próby wybrnięcia z tego wszystkiego ze strony Andrzeja. To tutaj też Anderson i Sewell (bardzo dobrze ucharakteryzowani) wyciskają najwięcej ze scenariusza. Szkoda, że ta scena jest jedyną wartą uwagi w tym bardzo przeciętnym filmie. Aktorzy nie mają zbyt wielkiego pola do stworzenia postaci, a temat jest kompletnie zmarnowany. Wielka, wielka szkoda.

5/10

Radosław Ostrowski