Love Lies Bleeding

Sam tytuł brzmiał intrygująco, prosty plakat z niemal nagą kobietą trzymającą broń przyciągał uwagę. Do tego jeszcze zamieszane było studio A24, zaś za scenariusz współodpowiadała Weronika Tofilska, czyli współreżyserka głośnego mini-serialu „Reniferek”. Plus całość osadzona była w latach 80. – jak nie być tym zaintrygowanym?

Wszystko dzieje się gdzieś w małym miasteczku, gdzie diabeł mówi dobranoc. Podążamy za Lou (Kristen Stewart) – menadżerką lokalnej siłowni. A ta zajmuje się różnymi rzeczami: dbaniem o porządek (także w toaletach), sprzęt czy serwując (nielegalne) sterydy. Do tego często nachodzą ją agenci FBI, gdyż jest córką lokalnego gangstera (Ed Harris), z którym nie utrzymuje kontaktu. Ojciec oficjalnie prowadzi strzelnicę, lecz tak naprawdę przemyca broń. I właśnie wtedy w życie Lou wchodzi Jackie (Katy O’Brian) – umięśniona nastolatka, mające ambicje wystartować w zawodach kulturystek w Las Vegas. Zaczyna między nimi iskrzyć, że Lou daje jej sterydy. To doprowadza do dość brutalnej sytuacji, co wywołuje silną reakcję łańcuchową.

Reżyserka Rose Glass mocno idzie w kryminalną pulpę, którą polubiłby Quentin Tarantino. Lata 80. wchodzą od samego początku dzięki elektronicznej muzyce Clinta Mansella, zaś samo wejście do siłowni i skupienie się na spoconych ciałach w slow-motion elektryzuje. Wszystko budowane jest spokojnie, dając sporo przestrzeni na poznanie postaci i tego świata. Jednocześnie czuć, że Lou skrywa jakąś tajemnicę (niektóre ujęcia z czerwonymi twarzami na czarnym tle tworzą oniryczny klimat a’la Lynch) i będzie musiała się z nią zmierzyć. Po drugiej stronie jest Jackie, będąca o wiele silniejszą (dosłownie) kobietą, idącą własną drogą i uparcie dążąca do celu. Do tego jeszcze mamy używanie sterydów, zwiększające poziom agresji, przemoc domową, girl power oraz finał niczym z… „Podróży Guliwera”.

A w całym tym miksie sprawdza się świetny duet Kristen Stewart/Katy O’Brian. Pierwsza pozornie wydaje się opanowana i znosząca kolejne ciosy, ale jest magnetyzująca w chwilach wyciszenia. Ale to ta druga jest prawdziwym odkryciem – fizycznie imponująca, będąca wręcz niekontrolowaną siłą, wywołującą ogromne zamieszanie. Nie można nie wspomnieć o niezawodnym Edzie Harrisie w roli szorstkiego i twardego ojca, cudnej Jean Malone jako siostry Lou czy całkiem niezłego Dave’a Franco, czyli przemocowego szwagra.

Nie znam filmowego dorobku Rose Glass, ale po „Love Lies Bleeding” mam chcę zapoznać się bliżej. Bardzo pokręcony thriller, czerpiący z estetyki i klimatu kina lat 80., paroma niespodziankami oraz świetnym aktorstwem. Kolejne solidne dzieło spod szyldu A24.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pułapka

Czy jestem jedynym, który z własnej woli idzie na nowe filmy M. Night Shyamalana? Cokolwiek nie mówić o tym twórcy, jego filmy są zawsze interesujące i nie ma tutaj miejsca na nudę. Już na etapie promocji facet wie, jak złapać przynętę – a ja się (znowu) dałem złapać. Czyżby „Pułapka” miała się okazać dla mnie… pułapką?

Cała akcja skupia się na koncercie młodej gwiazdki popowej, Lady Raven (Seleka Shyamalan, córka reżysera). Wśród publiczności znajduje się Cooper (Josh Hartnett) z córką Riley (Ariel Donaghue), która się megafanką wokalistki. Ale mężczyzna zaczyna zauważać, że coś tu poważnego się dzieje: jest o wiele więcej kamer, sporo policjantów i o wiele więcej ochrony. Lady Raven to nie jest Beyonce, by mieć takie środki bezpieczeństwa. Jak się nasz bohater dowiaduje od sprzedającego merch Jamiego (Jjonathan Langdon), cały ten koncert to zasadzka przygotowana na seryjnego mordercę. O czym jednak nikt – poza nami widzami – nie wie, że to właśnie Cooper jest poszukiwanym oraz trzyma gdzieś swoją przyszłą ofiarę.

Co najbardziej zaskakuje w „Pułapce” to fakt, że nie ma tutaj żadnych elementów nadnaturalnych. Sama historia opowiedziana jest prosto, bez udziwnień, a twist dostajemy już w pierwszych 15 minutach. Koncept i punkt wyjścia – jak zazwyczaj u Shyamalana – jest bardzo interesujący. Muszę przyznać, że przez pierwszą godzinę udaje się zbudować napięcie oraz przykuć uwagę. To, jak Cooper lawiruje między ochroną i próbuje wydostać się z zasadzki robi wrażenie. Nawet jeśli czasem jest to na granicy prawdopodobieństwa (wejście między policjantów z identyfikatorem pracownika), to naprawdę działa. Same sceny koncertowe wyglądają naprawdę nieźle – obraz z telebimów, jest grupa tancerzy, a same piosenki brzmią więcej niż ok. Jednak po mniej więcej godzinie cała ta atmosfera zaczyna się sypać, a ekran zalewają mniejsze lub większe głupoty.

Spoiwem dającym najwięcej frajdy z oglądania jest absolutnie świetny Josh Hartnett. To, jak przeskakuje od ciepłego ojca do zimnego psychopaty robi piorunujące wrażenie i w każdej scenie magnetyzuje. Czyni go nieprzewidywalnym, niepokojącym oraz trudnym do odczytania. Aktor na swoich plecach trzyma ten film. Reszta w zasadzie nie dorównuje mu, ale najbardziej całość ciągnie w dół Seleka. Kiedy ona ma śpiewać i tańczyć (wszystkie piosenki sama napisała – za to szanuje), to wypadnie. Problem w tym, że staje się ona dość istotna dla trzeciego aktu i wyłazi z niej straszne drewno.

Jednak muszę przyznać, że „Pułapka” jest całkiem niezłym thrillerem i pierwszym filmem reżysera pozbawionym elementów nadprzyrodzonych. Miejscami naiwny, czasami głupawy, jednak potrafi utrzymać uwagę do (niemal) samego końca. Not bad, Mr. Shyamalan, not bad.

6/10

Radosław Ostrowski 

Deadpool & Wolverine

Sześć lat – tyle trzeba było czekać na nowego Deadpoola. W międzyczasie studio 20th Century Fox zostało sprzedane Disneyowi, do tego przedłużające się prace nad scenariuszem, zmiana reżysera czy – co nas najbardziej zaskoczyło – powrót Hugh Jackmana do roli Wolverine’a. Ale w końcu Najemnik z Nawijką powrócił, ale czy pod nowym kierownictwem nie stracił ze swojego charakteru i nie ugrzeczniono go?

Jak dobrze pamiętamy pod koniec „dwójki” Wade Wilson (Ryan Reynolds) troszkę namieszał w czasie, by odzyskać swoją kobietę. Porzucił jednak swoją działalność jako superheros, rozstał się z Vanessą i teraz pracuje jako… sprzedawca samochodów. Przeszłość jednak dopada go w najmniej oczekiwanym momencie i zostaje schwytany przez agentów TVA. Szef komórki Paradox (Matthew Macfadyen) prosi Wade’a, by po śmierci Wolverine’a pozostał Istotą Prymarną, inaczej cała linia czasowa tego świata zostanie wymazana. Ale Deadpool nie byłby sobą, gdyby zamierzał dotrzymać tej umowy. Zamiast tego skacze po różnych liniach czasowych, by znaleźć Wolverine’a (Hugh Jackman) godnego zastąpić Wolverine’a z naszego świata. Akurat trafia na lubiącego mocno wypić i nie mającego nic do stracenia wariację wściekłego zabijaki, co mocno miesza w planach Paradoxa.

Tym razem za kamerą stanął Shawn Levy, który pracował już z Ryanem Reynoldsem przy „Uwolnić Guya” i „Projekcie Adam”, zaś z Hugh Jackmanem stworzył „Gigantów ze stali”. Od razu uprzedzę wszystkie obawy – Deadpool nie został utemperowany, nadal klnie jak szewc, rzuca żartami jak szalony, zaś krew leje się gęsto. Także sprytnie wykorzystywane są piosenki („Bye Bye Bye” N’Sync w pierwszej scenie akcji czy okraszone chórem „Like a Prayer” Madonny), co jest przebłyskiem natchnionego umysłu. Po drodze dostajemy masę nieoczywistych cameo (nie powiem wam kto), szpile wrzucane w Foxa, multiwersum, wariacje Deadpooli. Dzieje się tu dużo i pierwszy raz w tej serii poczułem się przytłoczony. A nie wspomniałem o świecie, gdzie znajdują się zapomniane inkarnacje herosów Marvela, gdzie przebywa główna antagonistka, Cassandra (Emma Corrin).

Kiedy mamy zderzenie śmieszka Deadpoola z bardziej poważnym oraz tragicznym Wolverine’m, czuć tutaj ducha klasycznych buddy movie i to jest prawdziwe serce tego tytułu. Chemia między Hugh Jackmanem a Ryanem Reynoldsem dorównuje takim parom jak Mel Gibson/Danny Glover czy Channing Tatum/Jonah Hill. Ale czasem miało się ochotę, by Deadpool się troszkę zamknął. Tutaj wiele żartów nie trafia w cel, czego się kompletnie nie spodziewałem. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie jak bardzo nierówne jest tempo, zaś najbliżsi przyjaciele Deadpoola (o których życie toczy się ta gra) zostają zepchnięci do mało wyrazistego tła. No czuć tutaj lekkie zmęczenie materiału. A i sama antagonistka wydaje się nie być zbyt wyrazistą postacią

Czy to oznacza, że „Deadpool i Wolverine” to film słaby? Z całej serii o tym herosie – tak, ze wszystkich filmów Marvela – nie. Mimo pewnych przestojów i nie zawsze trafionych żartów, film Levy’ego nadal potrafi dostarczyć sporo dobra i potrafi emocjonalnie trafić. Zaskakująco porządne kino, choć zostawia lekki niedosyt.

7,5/10

Radosław Ostrowski 

Polowanie

Coraz częściej pojawiają się przypadki filmów, które w kinach kompletnie poległy i nie znalazły widowni, za to stają się strasznie popularne na platformach streamingowych. Szczególnie nasze rodzime tytuły. Do tego wpisał się dostępny na Netflixie thriller „Polowanie” od scenarzystów „Układu zamkniętego”. W zasadzie jest on niebezpiecznie znajomo podobny.

Akcja toczy się w małym miasteczku gdzieś w nieokreślonym miejscu. Tutaj mieszka Michał Król (Michał Czarnecki) – doradca finansowy i radny. Widząc nieudolność obecnie panujących władz decyduje się zrobić coś, co prawy, uczciwy i naiwny człowiek zrobić może – startuje na burmistrza. Co ciekawe, zdobywa ten urząd. Wtedy powinno wszystko pójść jak z płatka, prawda? Otóż nie, to by było za proste, bo zaczynają pojawiać się naciski, sterować nim chce właściciel lokalnej gazety Roman Huss (Artur Barciś), zaś wszelkie plany spotykają się z dużym oporem – dawno nie używano tego słowa – UKŁADU. I nie jest to słynny układ Mendelejewa.

W dużym skrócie polityczny thriller, który fabularnie nie będzie zaskakujący (niestety), ani za bardzo trzymał w napięciu. Choć reżyser początkowo powoli buduje całą atmosferę miejsca, które może dziać się w każdej szerokości geograficznej naszego kraju. Dlatego to miasteczko tak nie wyróżnia się z tłumu, co trochę pozbawia go charakteru. Rozumiem, że chodziło tu o uniwersalność tej historii, lecz… sama historia jest mocno schizofreniczna i niedogotowana. Relacje między postaciami są ledwo zarysowane (głównie przeszłość naszego bohatera czy pozostałych członków „grupy trzymającej władzę”), bardziej czuć tutaj nie tyle napięcie, co poczucie bezsilności wobec jej sieci. Ludzi mogących w zasadzie zrobić z człowiekiem wszystko: fałszywe oskarżenia, zakulisowe działania (ledwo widocznie), śledzenie, „znikanie” dokumentów itp. Te sceny potrafią zadziałać, tak jak scena polowania zakończona postrzałem. Tylko reżyserowi brakuje tutaj siły, by zaangażować, zaś pewne sceny (bliżej końca) są tak skokowo pokazane, że nie kupiłem tego. Wielka szkoda.

Dialogi są całkiem ok, technicznie jest to poprawnie wykonane, ale da się to obejrzeć. W czym na pewno pomagają aktorzy, nawet nie mając zbyt wiele do roboty. Michał Czarnecki pasuje do takiej pozytywnej, trochę idealistycznie nastawionej do rzeczywistości oraz swojej siły sprawczej. Co prawda dalsze momenty, gdzie jest zdumiony, zszokowany i złamany są dość pobieżnie pokazane, aktor wiele z tego wyciska. Zaskoczył mnie za to Andrzej Andrzejewski jako menel „Mandaryn”, który staje się sojusznikiem oraz przyjacielem naszego protagonisty. Wnosi on odrobinę humoru oraz lekkości do całego filmu. Ale całość kradnie Artur Barciś jako szara eminencja miasteczka. Balansujący na granicy przerysowana lokalny watażka, co pozornie udaje sprzymierzeńca, jednak spojrzenie ma baaaaaaaaardzo intensywne, złowrogie i groźne jak k****a mać.

„Polowanie” mogło być drugim „Układem zamkniętym”, jednak Paweł Chmielewski to nie Ryszard Bugajski. Przydałby się o wiele bardziej dopracowany scenariusz oraz twórca umiejący budować atmosferę i napięcie. Tym razem nie udało się upolować grubego zwierza.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Jedno życie

W przypadku takich filmów jak „Jedno życie” można sobie zadać pytanie: czy jeszcze jest sens opowiadać historie związane z Holocaustem? Bo powstała masa dzieł kultury, które wydają się ten motyw wyczerpać. A jednak filmy, książki czy komiksy dotykającej tej kwestii jak choćby zeszłoroczna „Strefa interesów”. Teraz pojawia się brytyjska biografia „Jedno życie”.

jedno zycie1

Bohaterem filmu jest Nicholas Winton (Anthony Hopkins) – emerytowany bankowiec, mieszkający gdzieś w małym miasteczku razem z żoną (Lena Olin). Jesteśmy w małym miasteczku w połowie lat 80., zaś sam dom pełen jest dokumentów, szpargałów, zapychających niemal całą przestrzeń. Jednym z tych przedmiotów jest stary album opisujący jego działalność w Komisji ds Uchodźców z Czechosłowacji. Kiedy jako młody bankier (Johnny Flynn) zorganizował transport żydowskich dzieci, które uciekły z zajętego przez nazistowskich Niemiec kraju Sudetów do Pragi. Problemem była jednak kwestia biurokracji, działająca niezbyt szybko, kiedy w każdej chwili granica czechosłowacka może zostać zamknięta. Więc czasu jest niewiele, a sporo ludzi do ocalenia. Jednak poza nim nikt nie zna tej historii, bo też nikogo nie interesuje. Do chwili, gdy przekazuje album zajmującej się kwestią Holocaustu Elizabeth Maxwell (Marthe Keller) i to zmienia wszystko.

jedno zycie2

Film oparto na wspomnieniach opisanych przez córkę Wintona, Barbarę, zaś reżyserią zajął się James Hawes. I jest to jego fabularny debiut, gdyż wcześniej tworzył odcinki do takich seriali jak „Doctor Who”, „Czarne lustro”, „Penny Dreadful”, „Alienista” czy „Kulawe konie”. Historię poznajemy dwutorowo: teraźniejszość przeplata się ze scenami z czasów Pragi, ale wszystko jest bardziej stonowane, pozornie wyciszone i nie pędzące na złamanie karku. Reżyser nie idzie na łatwiznę w pokazywaniu zarówno trudnych warunków działania Komisji, ich walki z biurokracją i czasem, ale też z prześladującym Nicolasa poczuciem winy, że zrobił zwyczajnie za mało. Jeśli spodziewacie się walenia pięścią w stół, podniosłych dialogów czy heroicznych scen w hollywoodzkim stylu, to trafiliście pod zły adres. Co nie oznacza, że „Jedno życie” nie angażuje – tylko robi to, w bardziej subtelny, delikatny sposób, by emocjonalnie uderzyć. Zarówno w momentach przygotowania dokumentów, odjazdów pociągu z dziećmi czy niezapomniana chwila w telewizji. To tylko pokazuje, że aby walczyć ze złem nie zawsze trzeba używać siły fizycznej, lecz charakteru oraz determinacji.

jedno zycie3

Technicznie jest to tylko (lub aż) solidna robota, bez żadnych fajerwerków czy jakiejkolwiek zabawy formą (poza dwutorową narracją czy szybką zbitką montażową w sprawie szukania wsparcia dla sprawy). To jest zaskakująco kameralna historia, odtwarzająca realia zarówno lat 30., jak i 80. w kwestii scenografii, kostiumów czy rekwizytów. Solidna, fachowa robota.

A wszystko podparte jest na świetnych rolach. Zaskoczyła mnie Helena Bohnam Carter wcielająca się w matkę Nicolasa, będąca wsparciem dla jego działań (mocna scena rozmowy z urzędnikiem). Absolutnie cudowny jest Johnny Flynn jako młodsza inkarnacja Wintona. Początkowo idealistyczny facet z bogatej rodziny, który zostaje zderzony z brutalną rzeczywistością, co doprowadza go do przemiany z zdeterminowanego, pełnego zaangażowania społecznika. Niby wydaje się bardzo opanowanym mówcą, jednak czuć intensywność oraz tą charyzmę, co zmusza do wysłuchania go. Jednak najbardziej ekran zawłaszcza potwierdzający swoją formę Anthony Hopkins. Już starszy Winton w jego wykonaniu to niepozorny facet, unikający bycie w jupiterach światła, pełen wyrzutów sumienia, a jednocześnie pełen empatii, ciepła. Znowu wszystko w sposób bardzo delikatny.

jedno zycie4

Film Hawesa jest trochę jak jego bohater: skromny, nie wyróżniający się z tłumu, trochę niedzisiejszy. A jednak pozostanie po seansie na trochę dłużej niż się wydaje. Takie tytuły przywracają nadzieję nie tylko w ludzi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Supersiostry

Polscy filmowcy postanowili przestać się wstydzić robienia kina gatunkowego i zaczynają mierzyć się z konwencjami mniej znanymi lub nie tworzymy w ogóle. Horrory, kino akcji, produkcje familijne czy nawet western zawitał do naszego podwórka. Teraz reżyser Maciej Barczewski postanowił podbić stawkę i zrobić „pierwszy polski film superbohaterski”. Przynajmniej od bardzo dawna. Czy warto było czekać? Czy technicznie będzie przynajmniej przyzwoicie, a efekty specjalne lepsze niż w niesławnym „Wiedźminie”? Na jedno z tych odpowiedź będzie pozytywna.

supersiostry1

Akcja toczy się w roku 1990, w odrodzonej, post-komunistycznej Polsce, a dokładniej w jakimś zadupiu. Tutaj mieszka Ala (Katarzyna Gałązka) razem z ojcem, nauczycielem fizyki (Grzegorz Damięcki). Na pierwszy rzut oka to nastolatka jakich wiele, co chodzi do szkoły, słucha walkmana, nosi warkoczyki. Jest jednak jedna rzecz, wyróżniająca ją z tłumu: potrafi podnosić przedmioty siłą woli, nawet traktory. Dlatego musi się ukrywać po takim incydencie, ścigani przez grupę wojskowych, co chcą przeprowadzać na niej eksperymenty. Jej „ojciec” zostaje zabity, a dziewczynie towarzyszy zafascynowany komiksami „Dżester” (debiutujący Tymoteusz Frączek). Ala odkrywa, że ma siostrę, próbującą się z nią skontaktować. Nie bez kłopotów udaje się naszej parze poznać starszą Lenę (Karolina Bruchnicka) – panującą nad prądem dziewczynę na wózku inwalidzkim. Ta próbuje być mentorką dla młodszej siostry, by pomóc kontrolować jej umiejętności, a następnie zemścić się na pułkowniku (Marek Kalita).

supersiostry4

Na papierze brzmi to całkiem nieźle, nawet jeśli zbyt znajomo: ukrywanie się, poznawanie prawdy, pojawienie się mentora/ki, poznawanie swoich mocy, wreszcie konfrontacja. Po drodze jeszcze ówczesny geek/potencjalny chłopak, różne twisty i przewrotki. A wszystko mocno (zbyt mocno) ociera się gdzieś o estetykę… „Stranger Things”. Tylko, że tutaj nie działa to tak bardzo jak powinno. Dialogi oscylują między głębią a’la Paolo Coehlo (sceny nauki panowania nad mocami) a ciarkami żenady i jeszcze jest to tak poważne, że aż brzmi to śmiesznie. O takich idiotyzmach jak ukrywanie się na polu kukurydzy (a to skąd??) czy rozczarowującym finale nawet nie chcę mówić.

supersiostry3

Czy jest tu coś wartego uwagi? W sumie, ładne są zdjęcia, świetna jest muzyka Bartosza Chajdeckiego, która pasowałaby do hollywoodzkiego blockbustera z lat 90. (pełnoorkiestrowe brzmienie) oraz porządne efekty specjalne, stworzone w… Czechach. Za to aktorsko jest, cóż, nie za dobrze. Antagoniści są albo przerysowani (bardzo teatralny Kalita, który nawet się sprawdza), albo kompletnie niewykorzystani (Mateusz Kościukiewicz, co raptem ma 3 sceny i mówi parę zdań). Równie zmarnowany jest Grzegorz Damięcki w roli „ojca”, który dość szybko wypada z tej hecy. A jako sobie poradziły Gałązka i Bruchnicka? Z tą pierwszą problem mam taki, że… wygląda za staro na nastolatkę, nawet z warkoczami, brzmi sztucznie i nie zapada za bardzo w pamięć. Za to Bruchnicka wypada dużo lepiej, mając sporo charyzmy oraz o wiele większe pole do popisu (poza serwowaniem „paolocoehlizmów”), szczególnie blisko końca.

supersiostry2

To nie jest tak, że nie należy naszego kinowego krajobrazu ubarwić, zwłaszcza w kwestii kina gatunkowego. No bo ile można oglądać kolejną tzw. komedię romantyczną, co nie jest ani komedią, ani romansem czy „błyskotliwie zabawnymi” komediami. Niestety, nie każda próba jest tak udana jak „Kos” czy „Niebezpieczni dżentelmeni”. „Suspersiostry” mogły być całkiem niezłym filmem superbohaterskim/komiksowym, gdyby twórcy zrobili coś więcej niż bezmyślnym kopiowaniem znanych schematów tego nurtu. Niby jest otwarta furtka na sequel, lecz nie sądzę, by to wystarczyło na danie drugiej szansy.

4/10

Radosław Ostrowski

Wrobiony

Cały czas jestem pod wrażeniem jak wiele interesujących pomysłów zostało zaprzepaszczonych i zmarnowanych. Najczęściej wynika to z braku przekucia pomysłu na równie udany film, kompletny brak doświadczenia reżysera i scenarzysty albo ingerencja osób trzecich. Co niepokojące, większość tych filmów powstaje w Polsce albo takie znam najczęściej. Do tego smutnego grona dołącza polsko-włoska koprodukcja tworzona przez parę lat (z przerwami).

Bohaterem „Wrobionego” jest Dominik (nietrafiony Piotr Adamczyk) – pracownik Uniwersytetu Wrocławskiego, pracujący nad doktoratem o ostatnich miesiącach z życia Caravaggio. Udaje mu się zdobyć zgodę na wyjazd do włoskiego miasteczka Porto Ercole, gdzie mają się znajdować szczątki genialnego malarza. Parę tygodni wcześniej znaleziono – uznany za zaginiony – obraz „Maria Magdalena w ekstazie”. Jednak na miejscu nasz bohater ma problemy: hotel nie jest zarezerwowany, krypta zamknięta jest na cztery spusty, zaś klucze skradziono. Do tego poprzedniego księdza, ojca Tornatore zamordowano, zaś nasz doktorant znajduje się na celowniku policji oraz grupy fałszerzy dzieł sztuki.

Na papierze jest tu wszystko, by mieć interesujący dreszczowiec: cenny łup do zdobycia, bohater w obcym otoczeniu, działający z ukrycia złodzieje, piękne krajobrazy. „Wrobiony” Piotra Śmigasiewicza miał zadatki, by pójść w stronę… „Dziewiątych wrót” Romana Polańskiego czy „Kodu da Vinci”. Problem jednak w tym, że cała ta historia jest dziurawa niczym sito, ciąg przyczynowo-skutkowy został wycięty, rzeczy się dzieją (przypadkowo znaleziona rama obrazu i dokumenty księdza), jest masa zbędnych scen i nadmiar postaci (m. in. włoscy policjanci, agent FBI, dziekan wydziału sztuki) nie wnoszący KOMPLETNIE NIC. Jakby tego było mało, wszystko toczy się powolnym tempem, zaś napięcia tu tyle, ile dialogów w filmach porno. A całość sprawia wrażenie taniej produkcji telewizyjnej, choć zdjęcia Arka Tomiaka robią duże wrażenie. Postacie są bardzo przezroczyste i nijakie, a zakończenie jest kompletnie niesatysfakcjonujące oraz… bez sensu. Boli, boli, boli.

„Wrobiony” jest lepiej wyglądającym filmem, który mógłby zrobić Tommy Wiseau. Gdyby tylko umiał robić zdjęcia. Jednak poza wizualną stroną nie ma niczego do zaoferowania jako wyrób thrilleropodobny, bo jako thriller kompletnie nie działa. Absolutnie tragiczne, koszmarne ścierwo, co robi z logiki i scenariusza dziwkę.

2/10

Radosław Ostrowski

Lombard

Polskie kino dokumentalne od wielu dekad jest zauważalne na świecie, a także jest doceniane przez naszą widownię. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie, bo dzięki nim można poznać mniej znane miejsca lub pokazać coś znajomego z innej perspektywy. Do tego grona można wpisać „Lombard” Łukasza Kowalskiego z roku 2022.

lombard1

Jesteśmy w Bytomiu na ulicy Wytrwałych 1. Kiedyś znajdowała się tam Biedronka, lecz teraz znajduje się lombard. Takie miejsce, gdzie można oddać/kupić różne przedmioty: blender, kryształy, zabawki, używany sprzęt AGD. Problem jednak w tym, że czasy świetności tego interesu minęły, a same miasto coraz bardziej biednieje. To mocno odbija się na właścicielach – Wieśku i Joli, będący ze sobą w kilkuletnim związku. Do tego stopnia, że ich spółka znajduje się na krawędzi. Czy jest szansa na wyjście z tej sytuacji?

lombard2

Reżyser przygląda się tytułowemu lombardowi, gdzie niby jest masa różnych rzeczy do kupna i mało chętnych. Okolica jest praktycznie coraz bardziej ubożeje, więc jest dużo rzeczy do sprzedaży (także przez Internet), ale kupców niezbyt wielu. Przez co różnica między właścicielami a klientami nie jest aż tak wielka. Każdy mierzy się tu z własnymi problemami: trudnymi relacjami z najbliższymi, biedą, samotnością i walką o utrzymanie się na powierzchni. Ale jeśli ktoś spodziewa się depresyjnego, mrocznego obrazku z prowincji, trafił pod zły adres. Zaskakująco sporo jest tu humoru, ciepła oraz empatii, wynikającej ze zrozumienia trudnej sytuacji. Wtedy różnica między klientami a pracownikami lombardu jest praktycznie żadna.

lombard3

Wszystko wygląda tak jakby kamera obserwowała codzienność dnia. Otwieranie, rozmowy z klientami, wreszcie dynamika między Jolą a Wieśkiem. Czuć tą miłość i zaangażowanie, ale także pewną frustrację i bezsilność. Czy będzie z czego żyć po opłaceniu najmu oraz rachunków? Czy ten związek przetrwa? Wszystko znajduje się w stanie zawieszenia, nagle się urywając. Krótki czas trwania filmu (niecałe 90 minut) jest tu bronią obosieczną. Z jednej strony czas mija szybko i nie czuć znużenia, z drugiej chciałoby się lepiej poznać klientów oraz samej okolicy. Tu można było z tego więcej wycisnąć.

lombard4

To jest całkiem przyzwoity dokument, gdzie wchodzimy na chwilę do innego świata, do którego chciałoby się pozostać na dłużej. Mimo poważnych wątków i tematów, film Kowalskiego pozostawia z nadzieją oraz odrobiną optymizmu. Bardzo fascynujący paradoks.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kaskader

Czasem jest tak, że znając reżysera filmu na jaki się wybieramy, wiadomo czego można się spodziewać. Takim twórcą zdecydowanie jest David Leitch – były kaskader, wyspecjalizowany w szeroko pojętym kinie akcji z takimi tytułami jak „Atomic Blonde”, „Deadpool 2” czy „Bullet Train” w swoim dorobku. Dlatego idąc na „Kaskadera” można się spodziewać: praktycznych efektów specjalnych, popisów kaskaderskich, dynamicznych oraz lekko przejaskrawionych scen akcji. I w dużej części to właśnie dostałem.

kaskader2

Tytułowym kaskaderem jest Colt Seavers (Ryan Gosling), dla którego podpalenie, skakanie przed eksplozją i brawurowa jazda samochodem marki Cinquecento to chleb powszedni. Od lat jest dublerem gwiazdy kina akcji, Toma Rydera (Aaron Taylor-Johnson) i jest strasznie zabujany w operatorce, Jody (Emily Blunt). Wszystko wydaje się iść dobrze, ALE podczas kręcenia prostej sceny kaskaderskiej coś poszło nie tak. Skończyło się to uszkodzonym kręgosłupem oraz wycofaniem się z branży. Dla kogoś takiego to wyrok śmierci, więc przez 18 miesięcy zaszywa się gdzieś. Wtedy pojawia się jeden telefon od producentki Gail (kompletnie nie do poznania Hannah Waddingham), by znów zrobił swoje jako kaskader do filmu reżyserowanego przez… Jody. I to na jej wyraźną prośbę. Na miejscu sprawa okazuje się o wiele bardziej skomplikowana: Tom Ryder zniknął bez śladu i trzeba go znaleźć, bo inaczej produkcja zostanie wstrzymana. Czasu mało jest, więc Colt musi działać szybko.

kaskader1

Film oparty jest na popularnym w USA, ale nieznanym u nas serialu telewizyjnym z lat 80. Historia jest dość prostą mieszanką kryminału, akcji i odrobiny romansu. A także spojrzenie na branżę filmową z perspektywy osób mniej rozpoznawalnych niż aktorzy i reżyserzy, zaś wykonują najbardziej niebezpieczną pracę – kaskaderów. I czuć tą pasję w tych ludziach oraz szacunek do tego, co robią – w końcu narażają swoje życie dla naszej (poniekąd) rozrywki. Tutaj masę scen pościgów, bijatyk, wybuchów i strzelanin wykonywana jest praktycznie, z niewielką ilością efektów komputerowych. Nasz bohater pakuje się w poważną kabałę i by dotrzeć do prawdę robi masę SZALONYCH rzeczy: a to ściga gości, co porwali asystentkę Rydera, co kończy się bijatyką w jeżdżącej ciężarówce, pędzi na motorówce czy robi mordobicie w klubie na haju. Nie jest to aż tak brutalne i szorstkie jak w „Atomic Blonde” lub energetyczne niczym w „Bullet Train”, lecz jest to zrobione bardzo solidnie. A już finał, gdzie na planie filmowym dochodzi do absolutnej JAZDY BEZ TRZYMANKI (choć plan jest durny), cieszyłem się jak dzieciak, co bardzo baaaaaaaaaaaaaardzo fajne zabawki.

kaskader4

Sama kryminalna intryga i sprawa Rydera nie jest aż tak wciągająca. Łatwo można się domyśleć kto za tym wszystkim stoi, zaś dynamiczna relacja między Coltem a Jodi trochę jest bardziej na wiarę (choć czuć tu chemię między Blunt a Goslingiem). Za to jest dużo jest też humoru oraz odniesień do innych filmów czy to w formie cytatu („Ostatni Mohikanin”, „Rocky”), warstwy wizualnej („Mad Max”, „Diuna”) czy postaci (pies o imieniu… Jean-Claude!!!), gra świetna muza z lat 80. (Kiss, AC/DC, Jan Hammer) i buduje klimat.

kaskader4

Ale to by nie zadziałało, gdyby nie przekonujące aktorstwo. Ryan Gosling jest na wznoszącej fali i kolejny raz sprawdza się jako doświadczony kaskader/detektyw-amator. To ostatnie trochę budzi skojarzenia z postacią graną w „Nice Guys”, tylko po drodze wykonujący różne ewolucje kaskaderskie. Pełen charyzmy i zaskakująco szerokiego wachlarzu emocji: melancholijnego smutku, opanowania, gniewu aż po dziką energię. I wypada świetnie. Równie dobrze radzi sobie Emily Blunt w roli debiutującej reżyserki, próbującej ogarnąć ten realizacyjny chaos. Zaś chemia między tą dwójką działa na tyle, by zaangażować się w tą historię. Ale całość tak naprawdę kradnie świetny Winston Duke (bardzo lojalny i oddany szef kaskaderów Dan Tucker) oraz Hannah Waddingham (producentka Gail, pozornie wspierająca produkcję).

kaskader5

To nie jest najlepszy film akcji i nie jest to najlepszy film w dorobku Davida Leitcha. Za to jest to – jak sam reżyser określił – list miłosny do kaskaderów, odnosząc się z szacunkiem do ich profesji. A wszystko w formie bezpretensjonalną rozrywką w sam raz na zbliżający się okres letni. Wskakujcie śmiało, ściągnijcie kumpli (płci obojga) i bawcie się dobrze, tak jak ja.

7/10

PS. Jak zaczną się napisy końcowe, nie wychodźcie z kina. Nie tylko ze względu na scenę po napisach, ale także na pokazywane momenty realizacji tego filmu.

Radosław Ostrowski

Matecznik

2022 rok dla debiutującego reżysera Grzegorza Mołdy był bardzo ważny. Bo stworzył aż dwa filmy, choć tylko jeden miał premierę we wspomnianym roku. I nie była to „Zadra” o dziewczynie, co „chce być raperem, intencje szczere ma”. Tylko zrobiony z o wiele mniejszym budżetem „Matecznik”, mocno inspirujący się nową falą kina greckiego. Że da się czerpać z tego nurtu bez ślepego kopiowania pokazał „Eastern” z 2019 roku. Tutaj jest jednak trochę inaczej.

Wszystko toczy się w jednym mieszkaniu zwanym tu „mieszkaniem treningowym”. Dlaczego? Bo to ma być miejsce pozwalające przygotować się do życia w ramach resocjalizacji. To tutaj z poprawczaka trafia młodociany Karol (Michał Zieliński), zaś jego dokonania ocenia wychowawczyni Marta (Agnieszka Kryst). Pozornie nie dzieje się dużo, a Karol zaczyna zaliczać kolejne „zajęcia” jak choćby wychowywanie niemowlaka (nie prawdziwego, tylko lalkę). Wszystko jednak się komplikuje, kiedy kobieta wprowadza się do lokum. Zaś kolejne „regulaminowe” zadania są coraz bardziej niepokojące.

To jest ten typ filmu, który wielu doprowadza do szewskiej pasji, a nazywane jest „snujem, wydmuszką”. Bo intrygi czy fabuły jest tu tyle, co kot napłakał. To bardziej obserwowanie zachowań ludzkich w warunkach laboratoryjnych. Bez pośpiechu, w bardzo oszczędnych dialogach i statycznych kadrach. Poczucie obcości i dziwności potęguje równie minimalistyczna scenografia Niby nic niezwykłego się nie dzieje, ALE coś dziwnego wisi w powietrzu. Kolejne zajęcia i przygotowania kobiety (włącznie ze sprawdzaniem popędu seksualnego), gdzie relacja tej dwójki są bardzo niejednoznaczne. Od bycia opiekunką przez matkę aż po – nie wiem jak to ująć – zaborczość i kontrolę z przemocą w tle. Narasta to w sposób w zasadzie niezauważalny, z masą rzeczy dziejących się poza kadrem, wyciętych. Niedopowiedzeń jest tu więcej niż w jakiejkolwiek grze ze studia From Software, bo tam przynajmniej były jakieś drobne poszlaki.

Tutaj ta aura tajemnicy i niepokoju niby działa przez sporą część seansu, lecz z każdą minutą staje się ona coraz bardziej frustrująca. Mołda wydaje się konsekwentnie iść wyznaczoną przez siebie drogą i sprowokować do przemyśleń o „wychowywaniu”. Tylko, że „Matecznik” z czasem staje się coraz mniej jasny, zaś tajemniczość staje się nie do wytrzymania. Jest tu potencjał, nawet odrobina talentu i dobre aktorstwo, ale ostatecznie film nie satysfakcjonuje. Debiut ciekawy, lecz niespełniony.

5,5/10

Radosław Ostrowski